Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Ignaczak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Ignaczak. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 stycznia 2018

„Lektury dla kibica” – Portret Arkadiusza Gołasia

Nostalgia, smutek i łzy.

Rozdział 150.

Arkadiusz Gołaś. Przerwana podróż – Piotr Bąk

16 września 2005 roku siatkarski świat pogrążył się w smutku i żałobie. Tego dnia Arkadiusz Gołaś, skromny chłopak, wybitny talent, jadąc po sportowe marzenia zginął w wypadku na austriackiej autostradzie. Choć od tego dnia minęło ponad dwanaście lat pamięć o jednym z najlepszych środkowych w historii jest nadal żywa. Wyraźnie świadczy o tym książka „Arkadiusz Gołaś. Przerwana podróż”, która na początku listopada 2017 roku, ukazała się nakładem Wydawnictwa SQN.

„Drugiego takiego talentu w męskiej siatkówce nie mieliśmy ani wcześniej, ani później”

Recenzując biografię Arkadiusza Gołasia autorstwa Piotra Bąka zacznę od pewnych mankamentów, aby później skupić się na mocnych stronach publikacji. Najsłabszym elementem książki są fragmenty opisujące przebieg kariery Gołasia. Została ona, bowiem przedstawiona w nieco nużący sposób, z zbyt dużą ilością wyników i statystyk. Z pewnością więcej ciekawostek, czy też anegdot dodałoby tym opisom „kolorytu”. Inną słabą stroną lektury jest zaburzona chronologia wydarzeń. Wprowadza to spory chaos, a także uniemożliwia śledzenie życiowej, tytułowej podróży siatkarza.

Powyższe niedociągnięcia są efektem tego, iż celem autora nie było przedstawienie sportowych losów polskiego siatkarza. Piotr Bąk bardziej skupił się, bowiem na ukazaniu Gołasia – człowieka, niż Gołasia – sportowca. Dzięki relacjom i wspomnieniom jego rodziny, przyjaciół, trenerów i kolegów-siatkarzy stworzył unikatowy portret polskiego zawodnika. Wypowiedzi te stanowią największą wartość lektury. Jednocześnie autor próbuje w książce znaleźć odpowiedź na pytanie: „na czym polega fenomen Arka Gołasia?”, że pamięć o nim wciąż jest żywa. Czy mu się to udało, każdy będzie mógł ocenić samodzielnie po przeczytaniu ostatniej strony lektury.

„Arek miał dar – potrafił roztoczyć wokół siebie aurę, która sprawiała, że wszyscy go lubili.”

Kibicom pamiętającym Arkadiusza Gołasia z siatkarskiego parkietu „Przerwana podróż” przyniesie wiele emocji. Początek lektury najbardziej chwyta człowieka za serce, nie może być inaczej, gdyż autor od razu podejmuje wątek śmierci siatkarza. Trudno się nie wzruszyć czytając wspomnienia bliskich Arka z feralnego dnia 16 września. Ten fragment to najlepszy rozdział książki. Pozostała część biografii Gołasia również nacechowana jest emocjonalnie. Dlatego też, pomimo iż książkę ogólnie czyta się bardzo szybko, to czasem trzeba się na chwilę po prostu zatrzymać. 

„W ostatniej drodze Arka brali udział nie tylko kibice. On zauroczył ludzi swoją dobrocią.”

Na potrzeby książki Piotr Bąk przeprowadził wiele rozmów, więc sporo znanych osób wspomina Arkadiusza Gołasia. Przedstawione w lekturze wypowiedzi są na wskroś pozytywne, ale jak podkreśla Paweł Papke nie chodzi o to, że o zmarłych wypada mówić tylko dobrze. Gołaś po prostu taki był. 

Łukasz Żygadło wspomina jak Arek Gołaś zachowywał się w szatni. Ryszard Bosek wyjaśnia, dlaczego uważa, iż „Arek był bardzo dziwnym człowiekiem”. Ireneusz Mazur zdradza natomiast, czym siatkarz od początku go zauroczył. Najciekawsze wspomnienia są jednak autorstwa Krzysztofa Ignaczaka, najlepszego przyjaciela Gołasia. Opowiada on o początkach ich znajomości i rozwoju prawdziwej przyjaźni. Zdradza, co godzinami robili po treningach oraz dlaczego Gołaś często zmieniał telefony (przypadek? kaprys? fanaberia?). „Igła” wspomina także wspólne studiowanie i „radzenie sobie” podczas egzaminów. 

„[…] sprawiał wrażenie, jakby się unosił w obłokach. Nie było wiadomo, jak to w ogóle możliwe.”

Sięgając po tę książkę dowiecie się, w jakich okolicznościach Arkadiusz Gołaś doznał w dzieciństwie wstrząsu mózgu i pęknięcia czaszki. Przeczytacie anegdotę o pozyskaniu Gołasia przez AZS Częstochowa. Odkryjecie, dlaczego siatkarz wybrał ofertę klubu z Padwy, choć Bełchatów proponował mu lepsze warunki finansowe. Dowiecie się również, jakim typem lidera był Gołaś oraz jak ważne ogniwo stanowił w drużynie Raúla Lozano. Piotr Bąk przedstawia także inicjatywy, jakie są podejmowane w naszym kraju, aby pamięć o Arkadiuszu Gołasiu nie zatarła się.

„Po jego atakach rywalom spadały skarpety.”

Zapewne wielu kibiców wciąż pamięta ceremonię medalową mistrzostw świata w Japonii w 2006 roku. Widok naszych siatkarzy w koszulkach z nazwiskiem i numerem Arkadiusza Gołasia zapadł głęboko w pamięci fanów i przeszedł do historii. Z książki dowiecie się, kiedy polscy siatkarze dowiedzieli się o przygotowanych koszulkach, a także, kto był pomysłodawcą uhonorowania w ten sposób zmarłego reprezentanta Polski. 

„Arka nie było już z nami, a jednak miałem wrażenie, że stał tam, na podium w Japonii.”

Piotr Bąk podjął się trudnego zadania postanawiając napisać książkę o Arkadiuszu Gołasiu. Jednak dzięki tej odważnej decyzji i powstałej książce pamięć o „chłopaku z Ostrołęki”, wielkim siatkarskim talencie nie przepadnie. Książka „Arkadiusz Gołaś. Przerwana podróż”, choć niepozbawiona kilku wad, jest z pewnością pozycją, którą każdy miłośnik siatkówki powinien przeczytać. 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.


Źródło zdjęcia: własne

Powiązane wpisy:
       1. „Lektury dla kibica” – Barwne życie Kadziewicza
       2. „Lektury dla kibica” - Giba, jakiego nie znacie
       3. „Lektury dla kibica” - Siatkówka i inne miłości Andrzeja Niemczyka
       4. „Lektury dla kibica” - Barwy siatkówki

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Wspomnienia z 2017 roku…

Rok 2017 przeszedł do historii. Zgodnie z blogową tradycją chciałabym dokonać podsumowania minionych 365 dni. Jak zwykle będzie wyłącznie sportowo i subiektywnie. ;)

Real Madryt

Jak zawsze sportowe podsumowanie minionego roku rozpoczynam od ukochanego klubu. Drużyny, która przysparza mi wielu zmartwień, nerwów, a w niedalekiej przyszłości z pewnością także siwych włosów. Jednak przede wszystkim klubu, który daje mi mnóstwo radości i napawa dumą. Klubu, wokół którego kręci się mój sportowy świat.

Fatalne ostatnie miesiące w wykonaniu Realu Madryt odsunęły nieco na bok wspaniałe dokonania Los Blancos w roku 2017. A przecież był to najlepszy w rok w całej historii klubu z Madrytu!! Królewscy zdobyli pięć – na sześć możliwych – trofeów! Odzyskali tytuł mistrza Hiszpanii. Jako pierwszy klub w historii wygrali rozgrywki Champions League dwa razy z rzędu!! Następnie triumfowali w Superpucharach – Europy i Hiszpanii. W grudniu dorzucili do kolekcji Klubowe Mistrzostwo Świata. Polegli jedynie w Pucharze Króla.

Źródło: realmadrid.com
W związku z powyższym z minionych 365 dni nie mogę i nie chcę zapamiętać katastrofalnych występów z początku kampanii 2017/2018. Chcę zapamiętać najwspanialsze momenty, a było ich, co niemiara! Do perfekcji opanowany przez Zidane’a system rotacji, który zapewnił nam mistrzostwo Hiszpanii. Niesamowite boje w kolejnych rundach Ligi Mistrzów, pokonanie Napoli, Bayernu, Atlético (z fantastyczną akcją Benzemy) i pewna wygrana w wielkim finale z Juventusem! „Uszaty” puchar znowu trafił na Bernabéu! Mówili, że tego trofeum nie da się obronić, ale dla madryckiego klubu niemożliwe nie istnieje! Nie sposób nie wspomnieć także o koncertowej grze Los Blancos w obu meczach El Clásico w ramach Superpucharu Hiszpanii oraz o przepięknych golach Marco Asensio. Cóż to były za spotkania! Kompletna dominacja! Real grał jak natchniony! I to przeciwko komu? Samej Barcelonie! To były najlepsze Klasyki, jakie widziałam w swoim życiu! Tego nie można zapomnieć!

Dlatego też drodzy madridistas, jeśli ktoś odważy się wypominać nam aktualną formę, wyniki i stratę w ligowej tabeli, śmiejąc się, „jaki ten nasz Real jest beznadziejny”, ze spokojem każcie mu przeliczyć trofea w klubowych muzeach i spojrzeć na triumfatora poszczególnych rozgrywek w roku 2017! Ten rok był po prostu Królewski! Nasz! Cały BIAŁY! I nie ważcie się zapomnieć o tym, do czego ten klub jest zdolny!

Moje sportowe wojaże 


Meczami Los Blancos emocjonowałam się w tym roku niestety tylko za pośrednictwem mediów, ale jak każdego roku, także i w 2017 osobiście wzięłam udział w wielu innych wydarzeniach sportowych. 

Wizyty na trybunach rozpoczęłam wcześnie, gdyż już w styczniu wybrałam się na mecz siatkarskiej PlusLigi do katowickiego Spodka. Miejscowy GKS spotkał się z Lotosem Trefl Gdańsk. Pomimo początkowego wyniku – gospodarze prowadzili w setach 2-0 – byłam świadkiem bardzo nerwowego spotkania. Goście z Gdańska doprowadzili bowiem do remisu i zafundowali publiczności huśtawkę emocji przegrywając dopiero w tie-breaku. W marcu natomiast ponownie w Spodku odbyły się Siatkarskie Derby Śląska, czyli GKS Katowice kontra Jastrzębski Węgiel. W tym spotkaniu także do wyłonienia zwycięzcy potrzebne było rozegranie aż pięciu setów, z tą różnicą, że tym razem to Gieksa przegrywała 0-2, doprowadziła do tie-breaka, w którym ostatecznie poległa. 



Na kolejną sportową wyprawę przyszło mi czekać do maja, kiedy to w Spodku odbył się mecz Polska-Iran w ramach inicjatywy Alei Gwiazd Siatkówki. Spotkanie miało charakter towarzyski, ale emocji nie zabrakło, gdyż był to również ostatni mecz w biało-czerwonych barwach naszego libero – Krzysztofa Ignaczaka. Polacy wygrali, a wypełniony Spodek godnie podziękował za wieloletnią grę „Igły”. 


W czerwcu nadeszły mistrzostwa Europy do lat 21. Impreza, na którą czekałam kilka miesięcy. Wydawałoby się, iż młodzieżowy czempionat nie będzie cieszył się zbytnią popularnością, tymczasem rodacy od razu zakupili sporą część wejściówek i zapełnili trybuny rodzimych stadionów. Z wysokości trybun Stadionu Miejskiego w Tychach zobaczyłam grupowe spotkanie Czechów z Włochami. Nasi południowi sąsiedzi zaskoczyli zgromadzonych kibiców, ale przede wszystkim przeciwników wygrywając 3-1. Fantastyczna atmosfera, wspaniale dopingujący czescy fani oraz sporo dobrego futbolu w pełni wynagrodziły miesiące oczekiwania na owe mistrzostwa. 

Kilka dni później ponownie w Tychach byłam świadkiem pełnego zwrotów akcji meczu półfinałowego pomiędzy Anglią i Niemcami. Atmosfera niestety nie była tak dobra jak w przypadku meczu grupowego, ale pierwszy raz na żywo udało mi się zobaczyć nie tylko dogrywkę meczu piłkarskiego, ale i konkurs rzutów karnych, więc druga wizyta w Tychach zostawiła również jedynie pozytywne wspomnienia. UEFA Under-21 Championship zaliczam więc do jednych z najlepszych sportowych wspomnień minionego roku. Nie zmienia tego ani rozczarowanie brakiem widoku na żywo upragnionych Hiszpanów, ani zwycięstwo w całym turnieju reprezentacji Niemiec. 



Po mistrzostwach u-21 nadeszło kilka „suchych” sportowo tygodni. Jednak nawet podczas urlopu nie mogło zabraknąć akcentów sportowych. Odwiedzając Półwysep Iberyjski udało mi się zobaczyć – niestety jedynie z zewnątrz – kilka piłkarskich aren. Moim oczom ukazał się Estadi Cornellà-El Prat - stadion Espanyol de Barcelona, Estadio Mestalla w pięknej Walencii, a nawet Estadio de los Juegos Mediterráneos w Almerii. W niezapomnianej, powalającej Sevilii przemknęłam obok stadionu Betisu – Estadio Benito Villamarín. W ukochanym Madrycie pewnym punktem wycieczki było rzecz jasna najpiękniejsze na świecie Bernabéu ❤. W stolicy Hiszpanii nie obyło się także bez wizyty w klubowym sklepie Los Blancos. ;) W Porto w oddali ujrzałam Estádio do Dragão, zaś we francuskim Lyonie stadion Parc Olympique Lyonnais. W Niemczech stanęłam natomiast pod areną TSG 1899 Hoffenheim. Jedynym stadionem, który zwiedziłam podczas wakacji było… Camp Nou. Wróg u bram, piłkarski szpieg i te sprawy. ;) 


W sierpniu 2017 roku nadeszły wyczekiwane przez wszystkich siatkarskich kibiców mistrzostwa Europy. Miało być pięknie, a wyszło… dobrze wiemy jak wyszło. Moje rozczarowanie było tym większe, iż od wielu miesięcy posiadałam bilety na mecze rozstrzygające o kolejności drużyn na podium. Mieli być Polacy, a byli Serbowie, Belgowie, Niemcy i Rosjanie. Mazurka Dąbrowskiego i medalu dla naszych siatkarzy w Krakowie nie było. Zobaczyłam jednak „kawał” dobrej siatkówki, a także odwiedziłam tymczasowe muzeum Volley Bajka. Eurovolley 2017 było kolejną wielką, wspaniale zorganizowaną sportową imprezą w naszym kraju, w której miałam szczęście uczestniczyć. Gdyby tylko w czwórce byli Polacy… ach byłaby bajka… 


Pierwszego dnia października pospieszyłam na Dzień Otwarty Stadionu Śląskiego. Moje rodzinne miasto zostało dosłownie zakorkowane, co dobitnie pokazało jak bardzo wszyscy tęsknili za Kotłem Czarownic! Z radością zasiadłam na niebieskim krzesełku i cieszyłam oczy widokiem wreszcie wyremontowanego stadionu, niegdyś Stadionu Narodowego. Tego dnia na Śląskim miał miejsce finał Silesia Marathonu, ja wyczekuję już pierwszego piłkarskiego spotkania, które zostało zaplanowane na marzec 2018 roku.


Rok zbliżał się ku końcowi, ja jednak nie zwalniałam tempa. W listopadzie zawitałam w stolicy, gdzie zostało rozegrane towarzyskie spotkanie Polski z Urugwajem na Stadionie Narodowym. Niewiele brakowało a w ogóle nie byłoby mnie na pożegnaniu Artura Boruca. Katastrofalna – siedmiu godzinna! – autobusowa podróż do Warszawy i bieg przez połowę miasta (nie pytajcie proszę o szczegóły…) sprawił, że zasiadłam na trybunach Narodowego kilka minut po pierwszym gwizdku. Nienawidzę się spóźniać na mecze, ale w zaistniałej sytuacji nie mogłam narzekać, cudem przecież się tam w ogóle znalazłam. Goli niestety nie ujrzałam, ale Polacy nie przegrali, więc świętować można było połowiczny sukces.


Ostatnim akcentem w moim sportowym kalendarzu był wyjazd do Kielc. Było to spotkanie w ramach rozgrywek Ligi Mistrzów piłkarzy ręcznych pomiędzy PGE VIVE Kielce a PSG Handball w Hali Legionów. Dotychczas oglądałam na żywo jedynie mecze reprezentacji, nigdy wcześniej nie byłam na meczu rozgrywek klubowych. Pierwsze, co „uderzyło” mnie po wejściu do kieleckiej hali, to… jej wielkość. A w zasadzie „małość”. W porównaniu ze Spodkiem, czy Tauron Areną Kraków wydawało się, że to zwykła szkolna hala. Jednak, gdy rozpoczęło się spotkanie ta niewielka hala zamieniła się w kocioł! Trudno opisać to, co się działo na trybunach. To było coś niepowtarzalnego! Wręcz ogłuszający doping! Niesamowita atmosfera. A na parkiecie wielkie gwiazdy światowego szczypiorniaka. Niestety zawodnicy Vive przegrali to spotkanie jedną bramką, ale walczyli do ostatniej sekundy, dostarczając zgromadzonej publiczności ogromnych emocji. Wspaniale było być częścią tego widowiska! Do dziś jestem pod wrażeniem tego, co działo się w Kielcach! Bez wątpienia jeszcze nie raz zawitam w Hali Legionów.


2017 ---> 2018

Zanim zabrałam się do pisania podsumowania minionego roku, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego jak wiele przeżyłam w 2017. Ile sportowych aren odwiedziłam, w ilu wydarzeniach wzięłam udział, ile zgromadziłam wspomnień. To był naprawdę wspaniały czas! Oby 2018 obfitował w równie wiele niezapomnianych pozytywnych wrażeń! Tego życzę sobie, wszystkim madridistas i pozostałym kibicom! Zdrowia, radości i życiowej słodyczy!

Szczęśliwego nowego roku 2018!

Feliz año nuevo 2018!

Happy new year 2018!