Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Santiago Bernabéu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Santiago Bernabéu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 maja 2020

„Lektury dla kibica” – Stadiony świata

Po dłużej przerwie wracam z nową książkową propozycją!

Rozdział 219.

Stadiony świata – Joanna Bachanek, Jacek Cukrowicz

Żyjąc w czasach pandemii, kiedy praktycznie codziennie słyszymy hasło „zostań w domu” warto sięgać po książki, które pozwalają, choć na chwilę przenieść się poza swoje najbliższe otoczenie. Dla kibiców tęskniących za futbolem i powrotem na trybuny taką pozycją może być książka Wydawnictwa Dwukropek pt. „Stadiony świata”.

„Stadiony świata” to – zgodnie z podtytułem – ilustrowany przewodnik po najpiękniejszych arenach. Mówiąc dokładniej to ponad dwustustronicowy album, dzięki któremu mamy okazję „zwiedzić” niespełna 50 najbardziej znanych stadionów nie ruszając się z własnej kanapy. Od Wembley i San Siro, poprzez Estadio Santiago Bernabéu i Stadion Śląski, aż po Maracanę, czy La Bombonerę. 

Książka jest bardzo ładnie wydana, duży format pozwolił na ekspozycję równie dużych fotografii, które są największym atutem omawianej pozycji. Szata graficzna książki sugeruje, iż album jest dedykowany dzieciom i młodzieży. Bez wątpienia liczne ilustracje przykują uwagę najmłodszych. Jednak album może zainteresować także niejednego dorosłego. Tekst opisujący kolejne piłkarskie obiekty w żadnym wypadku nie został napisany infantylnym językiem, za to zawiera wiele ciekawych informacji. To książka idealna do czytania wraz z dzieckiem, każdy, bowiem znajdzie w niej coś dla siebie.

„Ale stadion to nie tylko architektura, to również kibice, historia, emocje.”

Album został podzielony na kilka rozdziałów. Najpierw autorzy przedstawiają areny, na których miały się odbyć mecze tegorocznego Euro, następnie odbywamy podróż po pozostałych wartych uwagi stadionach znajdujących się w Europie, a na końcu „odwiedzamy” najciekawsze obiekty obu Ameryk, Azji oraz Afryki. 

„Stadiony świata” to album, który można oglądać i czytać od początku w całości lub na wyrywki z dowolnego miejsca. Wystarczy otworzyć książkę na konkretnym stadionie. I choć opisy kolejnych aren nie są ze sobą w żaden sposób połączone to wszystkie mają podobny schemat. Prezentowane są zdjęcia stadionu, jego nazwa oraz metryczka zawierająca podstawowe dane takie jak państwo i miasto, w którym znajduje się obiekt, gospodarz stadionu, pojemność, rok powstania, a nawet nazwisko projektanta. Dalej poznajemy genezę nazwy areny, historię powstania stadionu, czy też ciekawostki. 

„[…] architekci nawiązali do morskiej wody i zaprojektowali stadion, który wygląda jak olbrzymia fala.”

Niestety jak większość publikacji i „Stadiony świata” mają trochę mankamentów. Jeśli chodzi o aspekty wizualne to moja jedyna uwaga dotyczy czcionki, która jak na książkę takich gabarytów jest trochę za mała. To jednak nie stanowi większego problemu. Inaczej jest z wartością merytoryczną książki. Omawiana publikacja jest nowym wydaniem albumu, który ukazał się w 2016 roku. Niestety ewidentnie niektóre opisy zostały skopiowane, bez sprawdzenia i aktualizacji. I tak w książce Cristiano Ronaldo strzela gole zarówno w barwach Realu Madryt na Bernabéu, jak i jest zawodnikiem Juventusu. W Neapolu zaś nadal mamy rok 2016. 

To nie koniec wychwyconych przeze mnie błędów. Polska podobno nigdy nie przegrała na Stadionie Narodowym w Warszawie, a Urugwaj organizując pierwsze w historii mistrzostwa świata był już dwukrotnym zdobywcą tego tytułu (?!). Problem pojawia się także, kiedy autorzy wspominają o najstarszym klubie piłkarskim. W „Stadionach świata” jest to Notts County. Angielski klub faktycznie jest najstarszym profesjonalnym klubem piłkarskim na świecie. Jednak za pierwszy klub oficjalnie, również przez FIFA, uznawany jest Sheffield F.C. Twórcy książki pomijając słowo „profesjonalny” przy nazwie Notts County wprowadzają czytelnika w błąd. 

Co więcej autorzy nie ustrzegli się także pomyłek w pisowni. Nazwy klubów nie zawsze były odmieniane przez przypadki, część z nich była napisana poprawnie a część po prostu zostawiona w wersji oryginalnej. Mundial notorycznie pisany dużą literą, tak samo jak mistrzostwa świata, choć nie była podawana pełna nazwa konkretnego turnieju. Takich błędów zawsze powinno się wystrzegać, a w przypadku książki dla dzieci należałoby szczególnie zwrócić uwagę na poprawną pisownię.

„Po starym stadionie zostały tylko wspomnienia, ale jego nazwa niezmiennie wywołuje dreszcze zarówno wśród kibiców, jak i zawodników.”

Pomimo powyższych uwag bez wątpienia to pozycja warta uwagi. Książka zawiera nie tylko piękne zdjęcia, ale i naszpikowana jest mnóstwem ciekawostek. Dowiecie się, do czego nawiązuje nazwa Wembley, gdzie krzesełka wykonano z trzciny cukrowej zamiast plastiku, czy też, która arena jest największym zadaszonym stadionem na świecie. Odkryjecie, kim był John Hampden, którego nazwiskiem nazwano arenę w Glasgow, jak również, którą szatnię urządzono zgodnie z zasadami feng-shui. 

Sięgając po tę książkę dowiecie się, co jest dłuższe: kolejka linowa na Kasprowy Wierch, a może liny dachu Stadionu Narodowego w Warszawie, a także gdzie po raz pierwszy zastosowano siatki w bramkach. Odkryjecie skąd pochodzi murawa znajdująca się na Stadionie Śląskim w Chorzowie, który obiekt przypomina pudełko czekoladek oraz co wyróżnia stadion Schalke. 

Przeczytacie, dlaczego włoski rząd nie przystał na prośbę władz Neapolu, aby ich stadion nazwać na cześć Diego Maradony. Ponadto dowiecie się gdzie znajduje się największy pływający stadion na świecie, a także architekci, którego obiektu inspirowali się rzymskim Panteonem. 

„Taki klub nie potrzebuje stadionu… on potrzebuje świątyni!”


Co zakopano na boisku nowego Wembley? Jak kibice nazywają San Mamés? Pod murawą, którego europejskiego stadionu biegnie… autostrada?! Która arena przypomina statek kosmiczny? Co jest cięższe – wieża Eiffla czy dach Stade de France?

Podsumowując „Stadiony świata” to piękna, wizualna podróż dookoła piłkarskiego świata. Jednak książka ucieszy nie tylko oczy młodszych, jak i nieco starszych miłośników futbolu, ale także uzbroi ich w mnóstwo interesujących faktów.  


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Sportowej Książce Roku.



Źródło zdjęcia: własne

Powiązane wpisy:
   1. Piękna gra. Piłka nożna w obrazkach
   2. Mundial. Opowieści niesamowite
   3. Lewy. Chłopak, który zachwycił świat

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Wspomnienia z 2017 roku…

Rok 2017 przeszedł do historii. Zgodnie z blogową tradycją chciałabym dokonać podsumowania minionych 365 dni. Jak zwykle będzie wyłącznie sportowo i subiektywnie. ;)

Real Madryt

Jak zawsze sportowe podsumowanie minionego roku rozpoczynam od ukochanego klubu. Drużyny, która przysparza mi wielu zmartwień, nerwów, a w niedalekiej przyszłości z pewnością także siwych włosów. Jednak przede wszystkim klubu, który daje mi mnóstwo radości i napawa dumą. Klubu, wokół którego kręci się mój sportowy świat.

Fatalne ostatnie miesiące w wykonaniu Realu Madryt odsunęły nieco na bok wspaniałe dokonania Los Blancos w roku 2017. A przecież był to najlepszy w rok w całej historii klubu z Madrytu!! Królewscy zdobyli pięć – na sześć możliwych – trofeów! Odzyskali tytuł mistrza Hiszpanii. Jako pierwszy klub w historii wygrali rozgrywki Champions League dwa razy z rzędu!! Następnie triumfowali w Superpucharach – Europy i Hiszpanii. W grudniu dorzucili do kolekcji Klubowe Mistrzostwo Świata. Polegli jedynie w Pucharze Króla.

Źródło: realmadrid.com
W związku z powyższym z minionych 365 dni nie mogę i nie chcę zapamiętać katastrofalnych występów z początku kampanii 2017/2018. Chcę zapamiętać najwspanialsze momenty, a było ich, co niemiara! Do perfekcji opanowany przez Zidane’a system rotacji, który zapewnił nam mistrzostwo Hiszpanii. Niesamowite boje w kolejnych rundach Ligi Mistrzów, pokonanie Napoli, Bayernu, Atlético (z fantastyczną akcją Benzemy) i pewna wygrana w wielkim finale z Juventusem! „Uszaty” puchar znowu trafił na Bernabéu! Mówili, że tego trofeum nie da się obronić, ale dla madryckiego klubu niemożliwe nie istnieje! Nie sposób nie wspomnieć także o koncertowej grze Los Blancos w obu meczach El Clásico w ramach Superpucharu Hiszpanii oraz o przepięknych golach Marco Asensio. Cóż to były za spotkania! Kompletna dominacja! Real grał jak natchniony! I to przeciwko komu? Samej Barcelonie! To były najlepsze Klasyki, jakie widziałam w swoim życiu! Tego nie można zapomnieć!

Dlatego też drodzy madridistas, jeśli ktoś odważy się wypominać nam aktualną formę, wyniki i stratę w ligowej tabeli, śmiejąc się, „jaki ten nasz Real jest beznadziejny”, ze spokojem każcie mu przeliczyć trofea w klubowych muzeach i spojrzeć na triumfatora poszczególnych rozgrywek w roku 2017! Ten rok był po prostu Królewski! Nasz! Cały BIAŁY! I nie ważcie się zapomnieć o tym, do czego ten klub jest zdolny!

Moje sportowe wojaże 


Meczami Los Blancos emocjonowałam się w tym roku niestety tylko za pośrednictwem mediów, ale jak każdego roku, także i w 2017 osobiście wzięłam udział w wielu innych wydarzeniach sportowych. 

Wizyty na trybunach rozpoczęłam wcześnie, gdyż już w styczniu wybrałam się na mecz siatkarskiej PlusLigi do katowickiego Spodka. Miejscowy GKS spotkał się z Lotosem Trefl Gdańsk. Pomimo początkowego wyniku – gospodarze prowadzili w setach 2-0 – byłam świadkiem bardzo nerwowego spotkania. Goście z Gdańska doprowadzili bowiem do remisu i zafundowali publiczności huśtawkę emocji przegrywając dopiero w tie-breaku. W marcu natomiast ponownie w Spodku odbyły się Siatkarskie Derby Śląska, czyli GKS Katowice kontra Jastrzębski Węgiel. W tym spotkaniu także do wyłonienia zwycięzcy potrzebne było rozegranie aż pięciu setów, z tą różnicą, że tym razem to Gieksa przegrywała 0-2, doprowadziła do tie-breaka, w którym ostatecznie poległa. 



Na kolejną sportową wyprawę przyszło mi czekać do maja, kiedy to w Spodku odbył się mecz Polska-Iran w ramach inicjatywy Alei Gwiazd Siatkówki. Spotkanie miało charakter towarzyski, ale emocji nie zabrakło, gdyż był to również ostatni mecz w biało-czerwonych barwach naszego libero – Krzysztofa Ignaczaka. Polacy wygrali, a wypełniony Spodek godnie podziękował za wieloletnią grę „Igły”. 


W czerwcu nadeszły mistrzostwa Europy do lat 21. Impreza, na którą czekałam kilka miesięcy. Wydawałoby się, iż młodzieżowy czempionat nie będzie cieszył się zbytnią popularnością, tymczasem rodacy od razu zakupili sporą część wejściówek i zapełnili trybuny rodzimych stadionów. Z wysokości trybun Stadionu Miejskiego w Tychach zobaczyłam grupowe spotkanie Czechów z Włochami. Nasi południowi sąsiedzi zaskoczyli zgromadzonych kibiców, ale przede wszystkim przeciwników wygrywając 3-1. Fantastyczna atmosfera, wspaniale dopingujący czescy fani oraz sporo dobrego futbolu w pełni wynagrodziły miesiące oczekiwania na owe mistrzostwa. 

Kilka dni później ponownie w Tychach byłam świadkiem pełnego zwrotów akcji meczu półfinałowego pomiędzy Anglią i Niemcami. Atmosfera niestety nie była tak dobra jak w przypadku meczu grupowego, ale pierwszy raz na żywo udało mi się zobaczyć nie tylko dogrywkę meczu piłkarskiego, ale i konkurs rzutów karnych, więc druga wizyta w Tychach zostawiła również jedynie pozytywne wspomnienia. UEFA Under-21 Championship zaliczam więc do jednych z najlepszych sportowych wspomnień minionego roku. Nie zmienia tego ani rozczarowanie brakiem widoku na żywo upragnionych Hiszpanów, ani zwycięstwo w całym turnieju reprezentacji Niemiec. 



Po mistrzostwach u-21 nadeszło kilka „suchych” sportowo tygodni. Jednak nawet podczas urlopu nie mogło zabraknąć akcentów sportowych. Odwiedzając Półwysep Iberyjski udało mi się zobaczyć – niestety jedynie z zewnątrz – kilka piłkarskich aren. Moim oczom ukazał się Estadi Cornellà-El Prat - stadion Espanyol de Barcelona, Estadio Mestalla w pięknej Walencii, a nawet Estadio de los Juegos Mediterráneos w Almerii. W niezapomnianej, powalającej Sevilii przemknęłam obok stadionu Betisu – Estadio Benito Villamarín. W ukochanym Madrycie pewnym punktem wycieczki było rzecz jasna najpiękniejsze na świecie Bernabéu ❤. W stolicy Hiszpanii nie obyło się także bez wizyty w klubowym sklepie Los Blancos. ;) W Porto w oddali ujrzałam Estádio do Dragão, zaś we francuskim Lyonie stadion Parc Olympique Lyonnais. W Niemczech stanęłam natomiast pod areną TSG 1899 Hoffenheim. Jedynym stadionem, który zwiedziłam podczas wakacji było… Camp Nou. Wróg u bram, piłkarski szpieg i te sprawy. ;) 


W sierpniu 2017 roku nadeszły wyczekiwane przez wszystkich siatkarskich kibiców mistrzostwa Europy. Miało być pięknie, a wyszło… dobrze wiemy jak wyszło. Moje rozczarowanie było tym większe, iż od wielu miesięcy posiadałam bilety na mecze rozstrzygające o kolejności drużyn na podium. Mieli być Polacy, a byli Serbowie, Belgowie, Niemcy i Rosjanie. Mazurka Dąbrowskiego i medalu dla naszych siatkarzy w Krakowie nie było. Zobaczyłam jednak „kawał” dobrej siatkówki, a także odwiedziłam tymczasowe muzeum Volley Bajka. Eurovolley 2017 było kolejną wielką, wspaniale zorganizowaną sportową imprezą w naszym kraju, w której miałam szczęście uczestniczyć. Gdyby tylko w czwórce byli Polacy… ach byłaby bajka… 


Pierwszego dnia października pospieszyłam na Dzień Otwarty Stadionu Śląskiego. Moje rodzinne miasto zostało dosłownie zakorkowane, co dobitnie pokazało jak bardzo wszyscy tęsknili za Kotłem Czarownic! Z radością zasiadłam na niebieskim krzesełku i cieszyłam oczy widokiem wreszcie wyremontowanego stadionu, niegdyś Stadionu Narodowego. Tego dnia na Śląskim miał miejsce finał Silesia Marathonu, ja wyczekuję już pierwszego piłkarskiego spotkania, które zostało zaplanowane na marzec 2018 roku.


Rok zbliżał się ku końcowi, ja jednak nie zwalniałam tempa. W listopadzie zawitałam w stolicy, gdzie zostało rozegrane towarzyskie spotkanie Polski z Urugwajem na Stadionie Narodowym. Niewiele brakowało a w ogóle nie byłoby mnie na pożegnaniu Artura Boruca. Katastrofalna – siedmiu godzinna! – autobusowa podróż do Warszawy i bieg przez połowę miasta (nie pytajcie proszę o szczegóły…) sprawił, że zasiadłam na trybunach Narodowego kilka minut po pierwszym gwizdku. Nienawidzę się spóźniać na mecze, ale w zaistniałej sytuacji nie mogłam narzekać, cudem przecież się tam w ogóle znalazłam. Goli niestety nie ujrzałam, ale Polacy nie przegrali, więc świętować można było połowiczny sukces.


Ostatnim akcentem w moim sportowym kalendarzu był wyjazd do Kielc. Było to spotkanie w ramach rozgrywek Ligi Mistrzów piłkarzy ręcznych pomiędzy PGE VIVE Kielce a PSG Handball w Hali Legionów. Dotychczas oglądałam na żywo jedynie mecze reprezentacji, nigdy wcześniej nie byłam na meczu rozgrywek klubowych. Pierwsze, co „uderzyło” mnie po wejściu do kieleckiej hali, to… jej wielkość. A w zasadzie „małość”. W porównaniu ze Spodkiem, czy Tauron Areną Kraków wydawało się, że to zwykła szkolna hala. Jednak, gdy rozpoczęło się spotkanie ta niewielka hala zamieniła się w kocioł! Trudno opisać to, co się działo na trybunach. To było coś niepowtarzalnego! Wręcz ogłuszający doping! Niesamowita atmosfera. A na parkiecie wielkie gwiazdy światowego szczypiorniaka. Niestety zawodnicy Vive przegrali to spotkanie jedną bramką, ale walczyli do ostatniej sekundy, dostarczając zgromadzonej publiczności ogromnych emocji. Wspaniale było być częścią tego widowiska! Do dziś jestem pod wrażeniem tego, co działo się w Kielcach! Bez wątpienia jeszcze nie raz zawitam w Hali Legionów.


2017 ---> 2018

Zanim zabrałam się do pisania podsumowania minionego roku, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego jak wiele przeżyłam w 2017. Ile sportowych aren odwiedziłam, w ilu wydarzeniach wzięłam udział, ile zgromadziłam wspomnień. To był naprawdę wspaniały czas! Oby 2018 obfitował w równie wiele niezapomnianych pozytywnych wrażeń! Tego życzę sobie, wszystkim madridistas i pozostałym kibicom! Zdrowia, radości i życiowej słodyczy!

Szczęśliwego nowego roku 2018!

Feliz año nuevo 2018!

Happy new year 2018!

czwartek, 3 grudnia 2015

…Marzenia się spełnia!

Planowanie i oczekiwanie na podróż mojego życia dobiegło końca. Wreszcie nadszedł ten dzień. Dzień, w którym realizacja marzeń stała się faktem. Dzień wylotu do Madrytu. Trudno uwierzyć, że rano byłam jeszcze w pracy a wieczorem postawiłam stopy na hiszpańskiej ziemi. W stolicy Hiszpanii wylądowaliśmy przed północą, o zwiedzaniu nie było mowy, więc udaliśmy się do hotelu.

Stadion i Tour Bernabéu

Pierwszego dnia naszego pobytu – jak prawdziwi madridistas - wybraliśmy się na Estadio Santiago Bernabéu. Wysiedliśmy z podziemi metra i naszym oczom ukazał się on  - legendarny stadion. Najpierw odwiedziliśmy oficjalny sklep klubu, by nabyć brakujące obowiązkowe koszulki, a potem zakupiliśmy bilety na Tour Bernabéu. Z wejściówkami w rękach i uśmiechami na twarzy ruszyliśmy spełniać marzenia. Trudno słowami oddać towarzyszące emocje. Wszystko zaczyna się od widoku panoramicznego, który zapiera dech w piersiach. Pierwszy raz byłam na tak dużym stadionie, a jest on naprawdę ogromny! I piękny.

Zwiedzanie stadionu odbywa się indywidualnie, nikt nas nie poganiał, więc mogliśmy patrzeć do woli. ;) Później udaliśmy się w „podróż w czasie”. Były trofea zdobyte przez klub oraz najważniejsze wydarzenia z historii drużyny w wersji multimedialnej. Na ekranach sami mogliśmy wybierać, które zdjęcia i filmy chcieliśmy w danej chwili zobaczyć. Najdłużej zatrzymaliśmy się przy bramce Sergio Ramosa, dającej upragnioną La Decimę. Następnie trasa prowadziła w stronę historii najnowszej. Były Złote Piłki i Złote Buty należące do Zizou, Fabio Cannavaro, czy też Cristiano Ronaldo. Po chwili udaliśmy się do najbardziej obleganej sali, po środku, której stoi gablota z 10. Pucharami Europy. Wokół jest ciemno, podświetlone są jedynie trofea. Magiczne miejsce. Następnie udaliśmy się na płytę boiska, usiedliśmy na ławce rezerwowych, zwiedziliśmy obie szatnie, salę konferencyjną, by zakończyć tour ponownie w oficjalnym sklepie. Po drodze każdy mógł zrobić sobie zdjęcia z La Decimą oraz z wybranym piłkarzem (wstawianym obok nas oczywiście komputerowo), a dopiero na końcu wycieczki ewentualnie zdecydować się na ich kupno.

Zwiedzanie stadionu zajęło nam bodajże z trzy godziny, które minęły błyskawicznie. Po opuszczeniu stadionu natrafiliśmy na telewizję. Reporter zadał kilka pytań i bardzo się zdziwił, gdy usłyszał, że przyjechaliśmy na mecz aż z Polski. Hmm może nie wiedział gdzie ten „dziki” kraj leży. ;)

Mecz

W sobotę czekała nas główna atrakcja i powód wyjazdu – mecz. Nie będę pisać z niego relacji. Jak było każdy widział. Stało się to, czego najbardziej się obawiałam. Nie była to zwykła porażka, ale druzgocąca klęska. Nie cieszyłam się chociażby z jednej bramki, a w zamian otrzymałam cztery ciosy w serce. To, co mogłam zaplanować się udało. Wyniku meczu niestety nie, choć od początku czułam, że nie skończy się dobrze. Wiele bym dała, by być na Bernabéu rok wcześniej, kiedy Real pokonał Barcelonę... Niestety nie można mieć wszystkiego. Kibicem się jest, a nie bywa. Po meczu siedziałam i patrzyłam na pustą murawę, musiałam wyglądać naprawdę źle skoro pocieszał mnie przechodzący obok Hiszpan…

Piłkarze zostali wygwizdani, kibice machali białymi chusteczkami i głośno skandowali „Florentino dimision”. Nie mogło być innej reakcji trybun na całkowity brak ambicji, zaangażowania i woli walki. O postawie piłkarzy Los Blancos może świadczyć fakt, iż jako jedyny owacje i brawa otrzymał zawodnik, który grał niespełna pół godziny i zszedł po otrzymaniu czerwonej kartki. Głośne „Isco, Isco” towarzyszyło Hiszpanowi podczas opuszczania murawy.

Piłkarze Barcelony od wyjścia na rozgrzewkę musieli wysłuchiwać przeraźliwych gwizdów. Podczas meczu cały czas natomiast towarzyszyły one Pique, który zawsze bardzo emanuje swoje przywiązanie do Katalonii. Zawodnik Barcy chyba zapomniał, w jakiej koszulce zdobył tytuły międzynarodowe, przez co przez pozostałych Hiszpanów został naprawdę znienawidzony. Kibice Realu nie zapominają jednak dobrych rzeczy. Iniesta dał La Roja mistrzostwo globu, a na Bernabéu zagrał z wielką klasą, więc gdy schodził z boiska towarzyszyły mu brawa.

Najpiękniejsze chwile spotkania miały miejsce jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Spiker wyczytywał numer zawodników oraz ich imiona, a wszyscy kibice wykrzykiwali nazwiska. Zaś wysłuchanie hymnu Realu oraz zaśpiewanie wraz z 80 tysiącami kibiców Hala Madrid y Nada Más to coś, co zapamiętam do końca życia. Wynik wymazuję z pamięci, nie chcę o nim myśleć.

Valdebebas 

W poniedziałek postanowiliśmy udać się pod ośrodek treningowy Realu Madryt. Nie spodziewaliśmy się, że po tak druzgocącej porażce zawodnicy będą chcieli rozmawiać z kibicami, ale chcieliśmy, chociaż spróbować. Obiekty szkoleniowe Realu znajdują się w Valdebebas w pobliżu lotniska Barajas. Z naszego hotelu pojechaliśmy trzema linami metra, a następnie ruszyliśmy w dalszą drogę pieszo. Niestety trochę pobłądziliśmy i nie obyło się bez kontaktu telefonicznego z bratem w Polsce i pomocy GPS-a. Po długiej drodze ujrzeliśmy wreszcie stadion Alfredo Di Stéfano, obok którego znajduje się ośrodek treningowy pierwszej drużyny. Problem był jeden: dzieliło nas od niego wielkie pole. Droga naokoło wydawała się być katorgą, a ponieważ z naszej strony płot był zepsuty postanowiliśmy zaryzykować i pójść na skróty. Zgodnie z oczekiwaniami po drugiej stronie płot już był, to nas jednak nie zniechęciło. By ujrzeć piłkarzy Realu musieliśmy go przeskoczyć, co szybko uczyniliśmy. Chwilę później staliśmy już wraz z grupką innych kibiców przy wyjeździe z centrum treningowego Los Blancos.

Po chwili z ośrodka wyjechał Jesé Rodríguez, a zaraz za nim Toni Kroos. Niemiec bez zatrzymywania pomachał do wszystkich kibiców. Obok nas przemknęli także Ronaldo, Bale, Daniel Carvajal, Danilo, Raphaël Varane, Lucas Vázquez. Wszyscy zawodnicy pozdrowili czekających fanów. Był także Isco, który gwałtownie przyspieszając wyraźnie dał do zrozumienia, że nie ma zamiaru się zatrzymywać, ale również gestem dłoni przywitał się z madridistas. Jedynym piłkarzem, który zdecydował się na chwilę przystanąć był Keylor Navas. Bramkarza Realu w sekundę otoczyła grupa kibiców.

Niestety nie udało nam się zdobyć żadnego autografu ani zrobić wspólnego zdjęcia z piłkarzami. Byliśmy jednak tak blisko gwiazd, które miliony podziwiają na ekranie telewizora, że wyprawę pod Valdebebas uznaję za udaną.

Madryt 

W pozostałe dni pobytu zwiedzaliśmy Madryt. Stolica Hiszpanii to piękne miasto. Wszędzie zabytki, urocze place i fontanny. Zobaczyliśmy wszystkie najważniejsze miejsca miasta. Puerta del Sol wraz z niedźwiedziem (symbolem Madrytu), ulicę Gran Via oraz świątynię Templo de Debod, czyli Egipt w środku Hiszpanii. Plaza Mayor obecny w każdym przewodniku po mieście niestety był przygotowywany na nadchodzące święta, więc nie robił żadnego wrażenia. Odwiedziliśmy przepiękny Park Retiro z Pałacem Kryształowym oraz miejsce zamachów z 11 marca 2004 roku - halę dworca Atocha, wewnątrz której znajduje się ogród pełen roślin tropikalnych. Byliśmy oczywiście na Plaza de Cibeles, gdzie Real Madryt świętuje swoje triumfy oraz przy fontannie poświęconej Neptunowi, przy której z kolei zbierają się fani Atletico. Madryt to królewskie miasto, więc obowiązkowym punktem zwiedzania był także Pałac Królewski, do którego udało nam się wejść zupełnie za darmo, podczas wyznaczonych godzin dla mieszkańców Unii Europejskiej. To samo nie udało się jednak z muzeum Prado, gdyż kolejka miała, co najmniej 300. chętnych. Nie ominęliśmy również największą arenę corridy w Hiszpanii - Las Ventas. Niestety walki byków odbywają się tylko do końca października, więc wejście do środka zostawiłam sobie na kolejną wizytę w Madrycie. ;) Arena jednak jest niesamowita nawet z zewnątrz.

Mecz Champions League

W planach mieliśmy także zwiedzanie stadionu drugiej madryckiej drużyny - Estadio Vicente Calderón. Chcieliśmy tam pójść ostatniego dnia naszego pobytu. Okazało się jednak, iż w dniu meczu wejście na stadion jest niemożliwe, a i w innym terminie musi zebrać się odpowiednia ilość chętnych by można było taką wycieczkę zorganizować. W porównaniu z Tour Bernabéu to jakiś dramat. Informacji na oficjalnej stronie Atletico Madryt także jest jak na lekarstwo.

W zaistniałej sytuacji kolega rzucił pomysł abyśmy spróbowali kupić najtańsze bilety na mecz Atletico-Galatasaray. Dla mnie jest to niepojęte, ale nabycie wejściówek na mecz Ligi Mistrzów kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem okazało się banalnie proste. Stadion nie zapełnił się całkowicie, ale kibice ciągle prowadzili doping. Atmosfera była naprawdę świetna. Fani Rojiblancos reagowali także na wyniki innych meczów, które wyświetlały się na telebimie. Z największą aprobatą spotkał się wynik Realu Madryt, a ścisłej mówiąc bramki tracone przez Królewskich. Przy rezultacie 3-4 kibice głośno skandowali „Benítez, zostań! Benítez, zostań!”. Ja w sercu prosiłam Ancelotti wróc…

Bezpieczeństwo

Po zamachach w Paryżu i groźbie kolejnych ataków w Europie poczucie bezpieczeństwa było bardzo ważne podczas podróży do Hiszpanii. W kraju podniesiono stopień zagrożenia terrorystycznego, a El Clásico uznano za mecz podwyższonego ryzyka. Mówiono o wzmożonej ochronie oraz pierścieniach bezpieczeństwa wokół stadionu w dniu meczu. Ja osobiście dostałam się pod  Bernabéu bez żadnego problemu. Nikt mnie nie przeszukiwał, ale faktycznie na całym obszarze było bardzo dużo policji, także konnej i funkcjonariuszy z psami mającymi wykryć ewentualne materiały wybuchowe.

Natomiast na meczu Atletico Madryt policja wyrywkowo przeszukiwała kibiców w pewnej odległości od stadionu, a przy wejściu na Estadio Vicente Calderón sprawdzany był każdy, łącznie z włosami pod czapką i butami. Powrót z meczów był również kontrolowany przez policję, która regulowana nawet ilość osób, które w jednym czasie wchodziły na stację metra. Podczas obydwu spotkań nad obiektami latały także helikoptery. Mówiąc krótko organizacja była na naprawdę wysokim poziomie.

To już jest koniec?

Na podróż życia czekałam kilka lat, planowałam wszystko dokładnie ponad dwa miesiące, a ten tydzień minął jak jeden dzień. Było wspaniale, a jedynie wynik najważniejszego meczu sprawił, że nie mogę nazwać wyjazdu mianem idealnego. Dopiero wróciłam, a już tęsknię. Mieszkańcy Madrytu nawet nie zdają sobie sprawy jak wielkie mają szczęście mogąc wielokrotnie oglądać Real. Zwycięski Real. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze tam wrócę i będę się cieszyć wraz z tysiącami innych madridistas. To moje nowe marzenie. I wiem, że kiedyś stanie się rzeczywistością. Marzenia są przecież po to by je spełniać! :)

Więcej zdjęć znajdziecie na naszym profilu na facebooku – zapraszam!

AUTOR: RealAnia

środa, 2 grudnia 2015

Marzenia się nie spełniają…

Martyna Wojciechowska powiedziała kiedyś: „Ale marzenia nie spełniają się ot tak. W tym cała ich magia. Że są wyczekane.” Coś o tym wiem, gdyż moim największym marzeniem od wielu lat była podróż do Madrytu, by tam z trybun Estadio Santiago Bernabéu obejrzeć mecz Realu. Długo to pragnienie pozostawało jedynie w sferze marzeń. W końcu jednak spotkałam na swojej drodze osoby, które dzieliły tę samą kibicowską pasję do Realu, co ja. Razem łatwiej było zarówno zdecydować się na wyjazd, jak i go zorganizować.

Real vs …

Sama możliwość kibicowania Realowi na żywo była wspaniałą perspektywą. Dlatego też specjalnie nie zastanawiałam się, kto miałby być rywalem Los Blancos, gdy już usiądę na stadionie. Chciałam jedynie by nie była to drużyna pokroju Rayo Vallecano, Granady, czy też Las Palmas. Z całym szacunkiem dla tych klubów, jeśli miałam wybrać się na mecz przez pół Europy to chciałam poczuć jego atmosferę. Wszyscy wiemy, że nie każda drużyna wzbudza emocje na trybunach, szczególnie w Hiszpanii, gdzie nikomu nie jest obcy styl piknikowy. Dlatego też brałam pod uwagę kluby takie jak Valencia oraz Sevilla. W tym momencie może nasuwa się Wam pytanie a dlaczego nie Barcelona? Hmm no cóż. Odpowiedź jest jasna i klarowna. Przerażała mnie myśl bycia raz w życiu w Madrycie i to na przegranym meczu. Życie jednak napisało swój własny scenariusz i wybrałam się właśnie na El Clásico (widzę te uśmiechy na waszych twarzach…).

Za i przeciw

El Clásico to coś więcej niż mecz. To niezapomniane widowisko, które elektryzuje cały piłkarski świat. Kiedy Real gra z Barceloną nie ma bezstronnych obserwatorów. Nawet, jeśli, na co dzień ktoś nie sympatyzuje z tymi drużynami, w czasie tych 90. minut staje po jednej ze stron. Natomiast dla wieloletnich kibiców tych klubów jest to jedno z najważniejszych spotkań w sezonie. Dla mnie, jako madridisty oczywiście nie jest inaczej.

Jednak, jeśli chodzi o mecze Realu, to mam wrodzoną predyspozycję do snucia pesymistycznych wizji i przeczuwania najgorszego, (co nie wyklucza ogromnej wiary w sukces). A doświadczenie klęsk 0-5 czy też 2-6 w starciach z Barceloną jakoś szczególnie nie pomagała w pozbyciu się owego strachu. Możliwość piłkarskiej katastrofy na Bernabéu była największym „minusem” wyjazdu na El Clásico. Kolejny to z pewnością cena biletu, znacznie wyższa w porównaniu z wejściówkami na pojedynki z innymi drużynami.

Zalet meczu z Barceloną nie trzeba przytaczać. Wspomnę jedynie, że wybór tego konkretnego spotkania zyskał kolejny argument „za” w dniu, kiedy w wyborach do parlamentu Katalonii partie niepodległościowe zdobyły większość. Wkrótce, bowiem może się okazać, że Katalonia nie jest już częścią Hiszpanii, a co za tym idzie Barca zostanie wykluczona z rozgrywek La Liga. I choć nie sądzę by tak się stało, to jednak mógł to być jeden z ostatnich Klasyków w historii. Świadomość bycia częścią tego widowiska jest całkiem przyjemna.

Oczekiwanie i planowanie

Na pojedynek z Barceloną nie jedzie się jednak z dnia na dzień (no chyba, że chcecie ryzykować i kupić wejściówki pod stadionem). Dlatego też bilety zakupiłam ponad dwa miesiące przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Taka sytuacja oznaczała funkcjonowania ze świadomością, że marzenie naprawdę się urzeczywistni. Starałam się jednak nie popadać w euforię, nie potęgować emocji i na spokojnie podchodzić do całego wyjazdu. Żeby nie zwariować skupiłam się na codzienności, a wraz z upływem czasu na planowaniu tego, co będę robić poza meczem, gdyż miałam spędzić w stolicy Hiszpanii niespełna tydzień. Postanowiłam także odbyć przyśpieszony kurs języka hiszpańskiego, (którego zawsze chciałam się nauczyć), czyli przyswoić, chociaż podstawowe wyrazy i zwroty.

Obawy

Oprócz strachu przed porażką podczas oczekiwania na listopadowy wyjazd, towarzyszyła mi jeszcze pewna myśl. Czasem zdarza się, bowiem tak, że kiedy człowiek długo o czymś marzy, ma pewne wyobrażenia o danym miejscu, a potem rzeczywistość brutalnie rujnuje ten obraz. Bałam się, że właśnie tak się stanie się, gdy pojadę do stolicy Hiszpanii, że Madryt okaże się zwykłym miastem, jakich wiele, że Bernabéu nie zwali z nóg, a mecz nie wyzwoli oczekiwanych emocjonalnych przeżyć. Natomiast po atakach terrorystycznych w Paryżu do wszystkich powyższych obaw dołączyły jeszcze te związane z bezpieczeństwem.

…. ciąg dalszy nastąpi ;)

AUTOR: RealAnia

sobota, 11 lipca 2015

Adiós Iker! Koniec pewnej epoki…

Stało się. Iker Casillas opuszcza klub swojego (i mojego) życia.

Hiszpan rozegrał w Realu Madryt ponad 700 meczów, zdobył kilkanaście tytułów, był oddany białym barwom przez 25 lat. Był nie tylko wychowankiem klubu, ale również jego wizytówką na świecie. Prawdziwą instytucją „Królewskich”. Długo uznawanym za jednego z najlepszych bramkarzy globu.

Źródło: http://pbs.twimg.com
W ostatnich sezonach nie wiodło mu się jednak najlepiej. Kontuzja, utrata miejsca w podstawowym składzie, gwizdy kibiców. Także oskarżenia o bycie „kretem”, zdrajcą, szpiegiem wynoszącym informacje poza klubową szatnię. Te podejrzenia denerwowały mnie szczególnie, bo uderzały w legendę klubu. Niektórym nie podobały się nawet próby dialogu kapitana Realu z piłkarzami Barcelony po wyjątkowo burzliwych meczach El Clásico. Ja takie działania odczytywałam zawsze, jako przejaw nie tylko profesjonalizmu, ale i przyjaźni ponad podziałami, ponad barwami klubowymi. To były gesty, na które nie każdego byłoby stać. Iker bez wątpienia zawsze pokazywał, że jest przede wszystkim dobrym człowiekiem, a dopiero później piłkarzem. Przykładem dla wielu. Ale krytycy wiedzieli przecież lepiej… Casillas przetrwał te ciężkie momenty, wrócił do bramki Realu. Wielokrotnie również zapewniał, że pragnie zakończyć karierę w Madrycie. A teraz odchodzi z klubu.

Jako madridista dziś czuję smutek i żal. Hiszpan to człowiek, bez którego nigdy nie wyobrażałam sobie Realu Madryt. Teraz nie muszę już nic sobie wyobrażać, bo stało się to rzeczywistością. Dla mnie obecna sytuacja to swoiste déjà vu. Niemal to samo przeżywałam, gdy szeregi Los Blancos opuszczała inna ikona Madrytu - Raúl. Wtedy były jeszcze łzy. Łzy smutku, złości, rozczarowania. Teraz łez nie ma. Informacje o możliwym odejściu kapitana pojawiały się od dłuższego czasu, więc wiedziałam, że jest to wysoce prawdopodobne. Powoli, stopniowo, ale i niechętnie przyzwyczajałam się do tej myśli. Jestem także bardziej doświadczonym kibicem, więcej widziałam, więcej przeżyłam i doskonale zdaję sobie sprawę, że w futbolu nie ma miejsca na sentymenty.
Źródło: http://pbs.twimg.com

Taki klub jak Real musi mieć przecież zawodników zawsze w najwyżej formie. A Casillas nie był już San Ikerem, „Świętym”, którego cenił i podziwiał cały piłkarski świat. Nie był zmorą napastników, specjalistą od sytuacji beznadziejnych, ścianą nie do przejścia. Przyznaję, że sama drżałam patrząc na interweniującego Hiszpana między słupkami bramki Realu. Casillas ostatnimi czasy nie był filarem drużyny, ani nawet jej talizmanem. Niestety, ale takie są fakty.

Z jednej strony rozsądek mówi więc: tak będzie lepiej dla przyszłości klubu. Nie może grać ktoś wyłącznie ze względu na swoje zasługi i dokonania z przeszłości. W sporcie liczy się tu i teraz. Z drugiej strony pozostaje ogromne przywiązanie do wychowanka. Jakże byłaby to piękna historia gdyby Iker całe swoje piłkarskie życie spędził nosząc koszulkę z herbem madryckiego klubu. We współczesnym świecie, w którym liczą się tylko pieniądze brakuje takich sportowców. I niestety Casillas nie zostanie jednym z nich. Jednak w ostatecznym rozrachunku chyba lepiej zobaczyć Ikera w koszulce z herbem innej drużyny niż oglądać żywą legendę na ławce, gdzie frustracja z powodu braku gry stopniowo wypierałaby miłość do ukochanego klubu. Choć sama już nie wiem...

By pokonać smutek staram się sobie przypomnieć piękne chwile związane z kapitanem „Królewskich”. Zamykam oczy i widzę łzy Casillasa w ostatnim meczu sezonu, gdy Real pokonał Mallorcę i sięgnął po mistrzostwo Hiszpanii, jego niesamowitą interwencję przy strzale Diego Perottiego na Estadio Ramón Sánchez Pizjuán, uścisk i podziękowanie Ramosowi, gdy Sergio strzelił TEGO gola w 93 minucie przeciwko Atlético, czy też Ikera zawieszającego klubowy szalik na szyi bogini Kybele.

To wspaniałe wspomnienia, ale nie dołączą do nich już inne. Coś się kończy, coś się zaczyna. Nic nie może przecież wiecznie trwać… Żaden piłkarz nigdy nie będzie większy niż klub. Real Madryt będzie dalej istniał i wygrywał, tylko już bez swojego kapitana. Kapitana, za którym bez wątpienia będę tęsknić.

Na koniec pozostaje jedynie napisać: Gracias por todo Iker! Gracias por todo!

Źródło: realmadrid.com

AUTOR: RealAnia