Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marzenia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 lutego 2019

Futbolowe podróże – Liverpool

Kocham sport i podróże. Kiedy mogę połączyć dwie pasje w jedno to jestem w siódmym niebie. W ostatnim tygodniu stycznia to mi się właśnie udało. Wraz z przyjaciółmi wybrałam się do Wielkiej Brytanii. Do północnej Anglii, a dokładniej do Liverpoolu. Pretekstem do odwiedzenia miasta Beatlesów był mecz Liverpoolu z Leicester City. Opowiem wam, co nieco o tym wyjeździe. :) 

Anfield

Po przylocie pierwsze kroki w mieście skierowaliśmy oczywiście w stronę stadionu Anfield. Kilka zdjęć obiektu z zewnątrz i można było zakupić bilety na tour. W przeciwieństwie do stadionów w Hiszpanii – Realu Madryt, czy Barcelony – w Liverpoolu oferują part guided tour, czyli częściowe zwiedzanie z przewodnikiem. Mankamentem takiej opcji był określony czas i poganianie przez jednego z przewodników. Na Bernabéu można było spędzić nawet godzinę w szatni klubowej i nikt nikogo nie wyrzucał. Tego zabrakło mi na Anfield. Z drugiej strony przewodnik prowadzący grupę był świetny. Od razu widać było, że to prawdziwy kibic Liverpoolu. Opowiadał o klubie oraz jego historii z pasją i humorem. Nie zabrakło nawet docinków do jednego z zwiedzających, który okazał się być fanem… Manchesteru United. ;)

Podczas touru zobaczyliśmy stadion z trybuny Main Stand, odwiedziliśmy szatnie gości i gospodarzy, zajrzeliśmy do sali konferencyjnej. Po dotknięciu słynnego znaku This is Anfield przeszliśmy tunelem, którym piłkarze wychodzą na murawę, by następnie zasiąść na The Kop. Na legendarnej trybunie zakończyło się zwiedzanie z przewodnikiem, a do klubowego muzeum, w którym znajdują się puchary, pamiątkowe koszulki, czy też kolekcja Stevena Gerrarda każdy wybrał się już samodzielnie. 

Po zwiedzaniu Anfield i wizycie w klubowym sklepie udaliśmy się w kierunku Goodison Park, aby zobaczyć stadion lokalnego rywala LFC – Evertonu. Była to dosyć krótka wizyta, gdyż dom The Toffees obejrzeliśmy jedynie z zewnątrz. 

Premier League: Liverpool F.C. - Leicester City

Mecz The Reds był głównym punktem naszej podróży do Anglii. Nie chcąc ominąć ani chwili z tak wyczekiwanego wydarzenia wyruszyliśmy z hotelu prawie trzy godziny przed pierwszym gwizdkiem. Kiedy podeszliśmy w okolice dworca Liverpool One w centrum miasta ujrzeliśmy sporo kibiców ustawionych… w kolejce do autobusu. Nie było wyjścia – trzeba było uzbroić się w cierpliwość. Wszyscy spokojnie i kulturalnie czekali, stali bywalcy Anfield bez wątpienia znali realia dostania się w okolice stadionu. Początkowo wszystko szło dosyć powoli, zanim każdy kupił bilet u kierowcy i dany autobus się zapełnił mijało sporo czasu. Jednak słowo „zapełnił” jest w tym przypadku, co najmniej nieadekwatne. Anglicy chyba nie wiedzą, co to znaczy pełny środek transportu i z pewnością nie odnaleźliby się w naszych autobusach, czy też pociągach. Niestety obsługa dworca pilnowała skrupulatnie liczbę wsiadających osób, więc nie pozostało nic innego jak czekać na swoją kolej. Na szczęście zaczęły podjeżdżać autobusy piętrowe i cała procedura znacznie przyspieszyła. Dzięki temu, że mieliśmy spory zapas czasu spóźnienie na mecz, a nawet na rozgrzewkę nam nie groziło. 

Po dotarciu na stadion z niecierpliwością wyczekiwaliśmy pierwszego gwizdka, a także odśpiewania słynnego You'll Never Walk Alone. Mówię wam: każdy futbolowy kibic, nie tylko Liverpoolu, powinien przeżyć to na Anfield! Co tu dużo mówić: ciaryyy!!! Świetne przeżycie. Filmik z nagranym hymnem oglądałam już kilkukrotnie, a nadal nie mam dość! Jeśli i wy chcielibyście poczuć namiastkę tych emocji, to kliknijcie TU! ;)

Spotkanie rozpoczęło się po myśli kibiców The Reds, stadion wybuchł radością już w drugiej minucie za sprawą Sadio Mané. Tuż przed przerwą także Harry Maguire trafił do siatki i na tablicy wyników znów widniał remis. Gospodarze mieli sporą przewagę przez cały mecz, jednak rezultat spotkania nie uległ już zmianie. Opuszczaliśmy, więc Anfield nieco rozczarowani, liczyliśmy rzecz jasna, że The Reds zgarną w meczu z Leicester pełną pulę. Cieszył jednak fakt, iż spotkanie nie zakończyło się bezbramkowym remisem. Jeszcze kilka zdjęć przy słynnej bramie z napisem You'll Never Walk Alone i ponownie ustawiliśmy się w ogromnej kolejce, tym razem do autobusu powrotnego.

Podczas turniejów międzynarodowych media często informują o nikczemnych wybrykach angielskich kibiców. Tymczasem po wizycie Liverpoolu mam zupełnie inny obraz tamtejszych fanów. Dobra atmosfera, spokój, doping. Wszyscy mili i pomocni. Bardzo pozytywne zaskoczenie. 

Miasto

Do Liverpoolu warto wybrać się nie tylko ze względu na futbol. Miasto oferuje także wiele pozasportowych atrakcji. Oprócz klubu piłkarskiego Liverpool kojarzy się wszystkim oczywiście z The Beatles. Nie mogło, więc nas zabraknąć zarówno przy wielkiej rzeźbie z brązu na przystani Pier Head przedstawiającej słynny zespół, jak i w muzeum The Beatles Story, które w niebanalny sposób opowiada historię słynnej czwórki z Liverpoolu. Wizyta w The Cavern Club na Mathew Street, gdzie Beatlesi zaczynali, także znalazła się na naszej liście.

Spacerując wzdłuż rzeki Mersey podziwialiśmy budynki Albert Dock. Zajrzeliśmy do Tate Liverpool, czyli galerii sztuki współczesnej. Zwiedziliśmy Muzeum Liverpoolu, Muzeum Morskie wraz z Muzeum Niewolnictwa, a także World Museum. W mieście znajdują się także dwie piękne Katedry oraz Chinatown z imponującym Chinese Arch. Co ciekawe wszystkie obiekty, oprócz The Beatles Story, są darmowe. 

Kibice The Reds powinni wybrać się także na Jamaica Street w Baltic Triangle. Znajduje się tam, bowiem wielki mural przedstawiający Jürgena Kloppa. Miejsce warte zobaczenia, a jak twierdzą niektórzy to „nowy najważniejszy punkt zwiedzania Liverpoolu”. ;)

I’ll be back!

Na wyjazd do Liverpoolu czekałam naprawdę długo. Wszystko skrupulatnie planowałam, a jak zwykle sam pobyt minął w mgnieniu oka. Spędziłam w północnej Anglii kilka fantastycznych dni w doborowym towarzystwie, (choć Monika i Mateusz po intensywnym zwiedzaniu, jakie im zafundowałam mogą mieć nieco odmienne zdanie w tej kwestii ;)). Dlatego też ze smutkiem wracałam do Polski. Zabrałam jednak ze sobą wiele pozytywnych wspomnień, a także nadzieję, że kiedyś wrócę do miasta Beatlesów. Oby jak najprędzej!

P.S. Więcej zdjęć znajdziecie na naszym Facebooku. Enjoy! ;) ---> Galeria.

Powiązane wpisy:
      2. Madryt cześć 1 i część 2

Źródło zdjęć: własne.

poniedziałek, 30 maja 2016

Weekend jak ze snu

Co to były za dwa dni! Co za wieczory! Co za emocje! Dwa finały Ligi Mistrzów. Dwa spotkania rozstrzygnięte po rzutach karnych. Dwa wymarzone triumfy! Niepowtarzalne chwile!

U11décima! 

28 dzień maja od dawna zaznaczony był w moim kalendarzu. To był dzień najważniejszych derbów Madrytu od dwóch lat. Finał Champions League. Mecz o najcenniejsze piłkarskie trofeum klubowe. Real zanim w 2014 roku zdobył La Decimę czekał na triumf w Europie 12 długich lat. Teraz zaledwie po sezonie przerwy znów wywalczył awans do finału. Gol Sergio Ramosa z Lizbony wciąż tkwił mi w pamięci, kiedy piłkarzom Królewskich ponownie przyszło zmierzyć się z sąsiadem z Madrytu.

Mecz, który żaden fan futbolu nie mógłby przegapić, nie był szczególnie widowiskowy. Jednak ktoś kiedyś powiedział, że finałów się nie gra, finały się wygrywa. Wielkość pokazuje się także wtedy, kiedy drużyna potrafi odnieść sukces gdy na boisku nie idzie, gdy najlepszy zawodnik walczy z kontuzjami, gdy rywal jest lepszy. I Real pokazał swoją wielkość. Pokonał Atletico w karnych i zdobył 11 Puchar Europy! U11décima stała się faktem! Campeo11es! Reyes de Europa!!!

Los Blancos w tym sezonie przeszli niesamowitą drogę. Od niechcianego Beníteza do uwielbianego Zidane’a. Od 0-4 z Barceloną do triumfu w Mediolanie. Gdy wyjeżdżałam z Madrytu w listopadzie po klęsce w El Clásico nie przypuszczałam, że ten sezon skończy się tak cudownie. To jest właśnie futbol! To jest jego magia! Zdarzają się rzeczy niesamowite i historyczne! Ile ja bym dała, aby móc być na San Siro, a później świętować wraz z tysiącami madridistas w Madrycie!! Och... Duszą jestem jednak w stolicy Hiszpanii wirtualnie biorąc udział w zwycięskiej fecie! ;)

Real Madrid: ¿Cómo no te voy a querer? :) ❤

Cud w Lanxess Arenie

Sobota była zdecydowanie futbolowa. Niedzielny wieczór zaś zarezerwowany był dla szczypiorniaka. Vive Tauron Kielce pokonując dzień wcześniej naszpikowane gwiazdami PSG stanęło przed historyczną szansą. Wcześniej żaden polski klub nie triumfował w rozgrywkach Ligi Mistrzów piłkarzy ręcznych. Wielka szansa, ale i wielka presja. Ciężar spotkania był ogromny, co widać było po zawodnikach Vive. Finałowe spotkanie przeciwko MVM Veszprem nie układało się od samego początku. Ale nieistotne jak się zaczyna, ale jak się kończy, nieprawdaż?

Polskie drużyny, czy to reprezentacja, czy właśnie Vive przyzwyczaiły nas do tego, że niemożliwe nie istnieje, że trzeba wierzyć w nich zawsze, do końca, że zawodnicy nigdy się nie poddają! Jednak to, co się stało w Lanxess Arenie trudno pojąć. Pomimo, iż widziałam wszystko na własne oczy nadal nie mogę uwierzyć w to, co się stało!

Drużyna Tałanta Dujszebajewa przegrywała już 19-28, by następnie dokonać prawdziwego cudu. Vive odrobiło 9 bramek!! Sławomir Szmal przez ponad 11 minut nie puścił gola!!! Emocje sięgnęły zenitu, kiedy kielczanie nie wykorzystali aż dwóch karnych, a na dwie sekundy przed końcem podstawowego czasu gry Krzysztof Lijewski doprowadził do dogrywki. Co to był za rzut!! Kiedy doliczony czas gry także zakończył się remisem i o wszystkim miały zdecydować rzuty karne serce biło mi jak szalone. Dokładnie tak, jak w piłkarskich rozgrywkach Ligi Mistrzów. Hitchcock by tego lepiej nie wymyślił!!

Zawodnicy z Kielc zostawili na boisku wszystko, co mieli – zdrowie, serce, duszę - i gdyby przegrali kibice z pewnością byliby z nich dumni. Jednak oni nie zamierzali przegrać. Nie po tym, czego dokonali w drugiej połowie meczu. Wyrwali to zwycięstwo z rąk Węgrów, zwyciężyli w karnych i przywiozą puchar do Polski.

Niewątpliwie o tym meczu będzie się pamiętało i mówiło latami!!! Takie mecze sprawiają, że kocham sport jeszcze bardziej! :) ❤

AUTOR: RealAnia

czwartek, 3 grudnia 2015

…Marzenia się spełnia!

Planowanie i oczekiwanie na podróż mojego życia dobiegło końca. Wreszcie nadszedł ten dzień. Dzień, w którym realizacja marzeń stała się faktem. Dzień wylotu do Madrytu. Trudno uwierzyć, że rano byłam jeszcze w pracy a wieczorem postawiłam stopy na hiszpańskiej ziemi. W stolicy Hiszpanii wylądowaliśmy przed północą, o zwiedzaniu nie było mowy, więc udaliśmy się do hotelu.

Stadion i Tour Bernabéu

Pierwszego dnia naszego pobytu – jak prawdziwi madridistas - wybraliśmy się na Estadio Santiago Bernabéu. Wysiedliśmy z podziemi metra i naszym oczom ukazał się on  - legendarny stadion. Najpierw odwiedziliśmy oficjalny sklep klubu, by nabyć brakujące obowiązkowe koszulki, a potem zakupiliśmy bilety na Tour Bernabéu. Z wejściówkami w rękach i uśmiechami na twarzy ruszyliśmy spełniać marzenia. Trudno słowami oddać towarzyszące emocje. Wszystko zaczyna się od widoku panoramicznego, który zapiera dech w piersiach. Pierwszy raz byłam na tak dużym stadionie, a jest on naprawdę ogromny! I piękny.

Zwiedzanie stadionu odbywa się indywidualnie, nikt nas nie poganiał, więc mogliśmy patrzeć do woli. ;) Później udaliśmy się w „podróż w czasie”. Były trofea zdobyte przez klub oraz najważniejsze wydarzenia z historii drużyny w wersji multimedialnej. Na ekranach sami mogliśmy wybierać, które zdjęcia i filmy chcieliśmy w danej chwili zobaczyć. Najdłużej zatrzymaliśmy się przy bramce Sergio Ramosa, dającej upragnioną La Decimę. Następnie trasa prowadziła w stronę historii najnowszej. Były Złote Piłki i Złote Buty należące do Zizou, Fabio Cannavaro, czy też Cristiano Ronaldo. Po chwili udaliśmy się do najbardziej obleganej sali, po środku, której stoi gablota z 10. Pucharami Europy. Wokół jest ciemno, podświetlone są jedynie trofea. Magiczne miejsce. Następnie udaliśmy się na płytę boiska, usiedliśmy na ławce rezerwowych, zwiedziliśmy obie szatnie, salę konferencyjną, by zakończyć tour ponownie w oficjalnym sklepie. Po drodze każdy mógł zrobić sobie zdjęcia z La Decimą oraz z wybranym piłkarzem (wstawianym obok nas oczywiście komputerowo), a dopiero na końcu wycieczki ewentualnie zdecydować się na ich kupno.

Zwiedzanie stadionu zajęło nam bodajże z trzy godziny, które minęły błyskawicznie. Po opuszczeniu stadionu natrafiliśmy na telewizję. Reporter zadał kilka pytań i bardzo się zdziwił, gdy usłyszał, że przyjechaliśmy na mecz aż z Polski. Hmm może nie wiedział gdzie ten „dziki” kraj leży. ;)

Mecz

W sobotę czekała nas główna atrakcja i powód wyjazdu – mecz. Nie będę pisać z niego relacji. Jak było każdy widział. Stało się to, czego najbardziej się obawiałam. Nie była to zwykła porażka, ale druzgocąca klęska. Nie cieszyłam się chociażby z jednej bramki, a w zamian otrzymałam cztery ciosy w serce. To, co mogłam zaplanować się udało. Wyniku meczu niestety nie, choć od początku czułam, że nie skończy się dobrze. Wiele bym dała, by być na Bernabéu rok wcześniej, kiedy Real pokonał Barcelonę... Niestety nie można mieć wszystkiego. Kibicem się jest, a nie bywa. Po meczu siedziałam i patrzyłam na pustą murawę, musiałam wyglądać naprawdę źle skoro pocieszał mnie przechodzący obok Hiszpan…

Piłkarze zostali wygwizdani, kibice machali białymi chusteczkami i głośno skandowali „Florentino dimision”. Nie mogło być innej reakcji trybun na całkowity brak ambicji, zaangażowania i woli walki. O postawie piłkarzy Los Blancos może świadczyć fakt, iż jako jedyny owacje i brawa otrzymał zawodnik, który grał niespełna pół godziny i zszedł po otrzymaniu czerwonej kartki. Głośne „Isco, Isco” towarzyszyło Hiszpanowi podczas opuszczania murawy.

Piłkarze Barcelony od wyjścia na rozgrzewkę musieli wysłuchiwać przeraźliwych gwizdów. Podczas meczu cały czas natomiast towarzyszyły one Pique, który zawsze bardzo emanuje swoje przywiązanie do Katalonii. Zawodnik Barcy chyba zapomniał, w jakiej koszulce zdobył tytuły międzynarodowe, przez co przez pozostałych Hiszpanów został naprawdę znienawidzony. Kibice Realu nie zapominają jednak dobrych rzeczy. Iniesta dał La Roja mistrzostwo globu, a na Bernabéu zagrał z wielką klasą, więc gdy schodził z boiska towarzyszyły mu brawa.

Najpiękniejsze chwile spotkania miały miejsce jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Spiker wyczytywał numer zawodników oraz ich imiona, a wszyscy kibice wykrzykiwali nazwiska. Zaś wysłuchanie hymnu Realu oraz zaśpiewanie wraz z 80 tysiącami kibiców Hala Madrid y Nada Más to coś, co zapamiętam do końca życia. Wynik wymazuję z pamięci, nie chcę o nim myśleć.

Valdebebas 

W poniedziałek postanowiliśmy udać się pod ośrodek treningowy Realu Madryt. Nie spodziewaliśmy się, że po tak druzgocącej porażce zawodnicy będą chcieli rozmawiać z kibicami, ale chcieliśmy, chociaż spróbować. Obiekty szkoleniowe Realu znajdują się w Valdebebas w pobliżu lotniska Barajas. Z naszego hotelu pojechaliśmy trzema linami metra, a następnie ruszyliśmy w dalszą drogę pieszo. Niestety trochę pobłądziliśmy i nie obyło się bez kontaktu telefonicznego z bratem w Polsce i pomocy GPS-a. Po długiej drodze ujrzeliśmy wreszcie stadion Alfredo Di Stéfano, obok którego znajduje się ośrodek treningowy pierwszej drużyny. Problem był jeden: dzieliło nas od niego wielkie pole. Droga naokoło wydawała się być katorgą, a ponieważ z naszej strony płot był zepsuty postanowiliśmy zaryzykować i pójść na skróty. Zgodnie z oczekiwaniami po drugiej stronie płot już był, to nas jednak nie zniechęciło. By ujrzeć piłkarzy Realu musieliśmy go przeskoczyć, co szybko uczyniliśmy. Chwilę później staliśmy już wraz z grupką innych kibiców przy wyjeździe z centrum treningowego Los Blancos.

Po chwili z ośrodka wyjechał Jesé Rodríguez, a zaraz za nim Toni Kroos. Niemiec bez zatrzymywania pomachał do wszystkich kibiców. Obok nas przemknęli także Ronaldo, Bale, Daniel Carvajal, Danilo, Raphaël Varane, Lucas Vázquez. Wszyscy zawodnicy pozdrowili czekających fanów. Był także Isco, który gwałtownie przyspieszając wyraźnie dał do zrozumienia, że nie ma zamiaru się zatrzymywać, ale również gestem dłoni przywitał się z madridistas. Jedynym piłkarzem, który zdecydował się na chwilę przystanąć był Keylor Navas. Bramkarza Realu w sekundę otoczyła grupa kibiców.

Niestety nie udało nam się zdobyć żadnego autografu ani zrobić wspólnego zdjęcia z piłkarzami. Byliśmy jednak tak blisko gwiazd, które miliony podziwiają na ekranie telewizora, że wyprawę pod Valdebebas uznaję za udaną.

Madryt 

W pozostałe dni pobytu zwiedzaliśmy Madryt. Stolica Hiszpanii to piękne miasto. Wszędzie zabytki, urocze place i fontanny. Zobaczyliśmy wszystkie najważniejsze miejsca miasta. Puerta del Sol wraz z niedźwiedziem (symbolem Madrytu), ulicę Gran Via oraz świątynię Templo de Debod, czyli Egipt w środku Hiszpanii. Plaza Mayor obecny w każdym przewodniku po mieście niestety był przygotowywany na nadchodzące święta, więc nie robił żadnego wrażenia. Odwiedziliśmy przepiękny Park Retiro z Pałacem Kryształowym oraz miejsce zamachów z 11 marca 2004 roku - halę dworca Atocha, wewnątrz której znajduje się ogród pełen roślin tropikalnych. Byliśmy oczywiście na Plaza de Cibeles, gdzie Real Madryt świętuje swoje triumfy oraz przy fontannie poświęconej Neptunowi, przy której z kolei zbierają się fani Atletico. Madryt to królewskie miasto, więc obowiązkowym punktem zwiedzania był także Pałac Królewski, do którego udało nam się wejść zupełnie za darmo, podczas wyznaczonych godzin dla mieszkańców Unii Europejskiej. To samo nie udało się jednak z muzeum Prado, gdyż kolejka miała, co najmniej 300. chętnych. Nie ominęliśmy również największą arenę corridy w Hiszpanii - Las Ventas. Niestety walki byków odbywają się tylko do końca października, więc wejście do środka zostawiłam sobie na kolejną wizytę w Madrycie. ;) Arena jednak jest niesamowita nawet z zewnątrz.

Mecz Champions League

W planach mieliśmy także zwiedzanie stadionu drugiej madryckiej drużyny - Estadio Vicente Calderón. Chcieliśmy tam pójść ostatniego dnia naszego pobytu. Okazało się jednak, iż w dniu meczu wejście na stadion jest niemożliwe, a i w innym terminie musi zebrać się odpowiednia ilość chętnych by można było taką wycieczkę zorganizować. W porównaniu z Tour Bernabéu to jakiś dramat. Informacji na oficjalnej stronie Atletico Madryt także jest jak na lekarstwo.

W zaistniałej sytuacji kolega rzucił pomysł abyśmy spróbowali kupić najtańsze bilety na mecz Atletico-Galatasaray. Dla mnie jest to niepojęte, ale nabycie wejściówek na mecz Ligi Mistrzów kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem okazało się banalnie proste. Stadion nie zapełnił się całkowicie, ale kibice ciągle prowadzili doping. Atmosfera była naprawdę świetna. Fani Rojiblancos reagowali także na wyniki innych meczów, które wyświetlały się na telebimie. Z największą aprobatą spotkał się wynik Realu Madryt, a ścisłej mówiąc bramki tracone przez Królewskich. Przy rezultacie 3-4 kibice głośno skandowali „Benítez, zostań! Benítez, zostań!”. Ja w sercu prosiłam Ancelotti wróc…

Bezpieczeństwo

Po zamachach w Paryżu i groźbie kolejnych ataków w Europie poczucie bezpieczeństwa było bardzo ważne podczas podróży do Hiszpanii. W kraju podniesiono stopień zagrożenia terrorystycznego, a El Clásico uznano za mecz podwyższonego ryzyka. Mówiono o wzmożonej ochronie oraz pierścieniach bezpieczeństwa wokół stadionu w dniu meczu. Ja osobiście dostałam się pod  Bernabéu bez żadnego problemu. Nikt mnie nie przeszukiwał, ale faktycznie na całym obszarze było bardzo dużo policji, także konnej i funkcjonariuszy z psami mającymi wykryć ewentualne materiały wybuchowe.

Natomiast na meczu Atletico Madryt policja wyrywkowo przeszukiwała kibiców w pewnej odległości od stadionu, a przy wejściu na Estadio Vicente Calderón sprawdzany był każdy, łącznie z włosami pod czapką i butami. Powrót z meczów był również kontrolowany przez policję, która regulowana nawet ilość osób, które w jednym czasie wchodziły na stację metra. Podczas obydwu spotkań nad obiektami latały także helikoptery. Mówiąc krótko organizacja była na naprawdę wysokim poziomie.

To już jest koniec?

Na podróż życia czekałam kilka lat, planowałam wszystko dokładnie ponad dwa miesiące, a ten tydzień minął jak jeden dzień. Było wspaniale, a jedynie wynik najważniejszego meczu sprawił, że nie mogę nazwać wyjazdu mianem idealnego. Dopiero wróciłam, a już tęsknię. Mieszkańcy Madrytu nawet nie zdają sobie sprawy jak wielkie mają szczęście mogąc wielokrotnie oglądać Real. Zwycięski Real. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze tam wrócę i będę się cieszyć wraz z tysiącami innych madridistas. To moje nowe marzenie. I wiem, że kiedyś stanie się rzeczywistością. Marzenia są przecież po to by je spełniać! :)

Więcej zdjęć znajdziecie na naszym profilu na facebooku – zapraszam!

AUTOR: RealAnia

środa, 2 grudnia 2015

Marzenia się nie spełniają…

Martyna Wojciechowska powiedziała kiedyś: „Ale marzenia nie spełniają się ot tak. W tym cała ich magia. Że są wyczekane.” Coś o tym wiem, gdyż moim największym marzeniem od wielu lat była podróż do Madrytu, by tam z trybun Estadio Santiago Bernabéu obejrzeć mecz Realu. Długo to pragnienie pozostawało jedynie w sferze marzeń. W końcu jednak spotkałam na swojej drodze osoby, które dzieliły tę samą kibicowską pasję do Realu, co ja. Razem łatwiej było zarówno zdecydować się na wyjazd, jak i go zorganizować.

Real vs …

Sama możliwość kibicowania Realowi na żywo była wspaniałą perspektywą. Dlatego też specjalnie nie zastanawiałam się, kto miałby być rywalem Los Blancos, gdy już usiądę na stadionie. Chciałam jedynie by nie była to drużyna pokroju Rayo Vallecano, Granady, czy też Las Palmas. Z całym szacunkiem dla tych klubów, jeśli miałam wybrać się na mecz przez pół Europy to chciałam poczuć jego atmosferę. Wszyscy wiemy, że nie każda drużyna wzbudza emocje na trybunach, szczególnie w Hiszpanii, gdzie nikomu nie jest obcy styl piknikowy. Dlatego też brałam pod uwagę kluby takie jak Valencia oraz Sevilla. W tym momencie może nasuwa się Wam pytanie a dlaczego nie Barcelona? Hmm no cóż. Odpowiedź jest jasna i klarowna. Przerażała mnie myśl bycia raz w życiu w Madrycie i to na przegranym meczu. Życie jednak napisało swój własny scenariusz i wybrałam się właśnie na El Clásico (widzę te uśmiechy na waszych twarzach…).

Za i przeciw

El Clásico to coś więcej niż mecz. To niezapomniane widowisko, które elektryzuje cały piłkarski świat. Kiedy Real gra z Barceloną nie ma bezstronnych obserwatorów. Nawet, jeśli, na co dzień ktoś nie sympatyzuje z tymi drużynami, w czasie tych 90. minut staje po jednej ze stron. Natomiast dla wieloletnich kibiców tych klubów jest to jedno z najważniejszych spotkań w sezonie. Dla mnie, jako madridisty oczywiście nie jest inaczej.

Jednak, jeśli chodzi o mecze Realu, to mam wrodzoną predyspozycję do snucia pesymistycznych wizji i przeczuwania najgorszego, (co nie wyklucza ogromnej wiary w sukces). A doświadczenie klęsk 0-5 czy też 2-6 w starciach z Barceloną jakoś szczególnie nie pomagała w pozbyciu się owego strachu. Możliwość piłkarskiej katastrofy na Bernabéu była największym „minusem” wyjazdu na El Clásico. Kolejny to z pewnością cena biletu, znacznie wyższa w porównaniu z wejściówkami na pojedynki z innymi drużynami.

Zalet meczu z Barceloną nie trzeba przytaczać. Wspomnę jedynie, że wybór tego konkretnego spotkania zyskał kolejny argument „za” w dniu, kiedy w wyborach do parlamentu Katalonii partie niepodległościowe zdobyły większość. Wkrótce, bowiem może się okazać, że Katalonia nie jest już częścią Hiszpanii, a co za tym idzie Barca zostanie wykluczona z rozgrywek La Liga. I choć nie sądzę by tak się stało, to jednak mógł to być jeden z ostatnich Klasyków w historii. Świadomość bycia częścią tego widowiska jest całkiem przyjemna.

Oczekiwanie i planowanie

Na pojedynek z Barceloną nie jedzie się jednak z dnia na dzień (no chyba, że chcecie ryzykować i kupić wejściówki pod stadionem). Dlatego też bilety zakupiłam ponad dwa miesiące przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Taka sytuacja oznaczała funkcjonowania ze świadomością, że marzenie naprawdę się urzeczywistni. Starałam się jednak nie popadać w euforię, nie potęgować emocji i na spokojnie podchodzić do całego wyjazdu. Żeby nie zwariować skupiłam się na codzienności, a wraz z upływem czasu na planowaniu tego, co będę robić poza meczem, gdyż miałam spędzić w stolicy Hiszpanii niespełna tydzień. Postanowiłam także odbyć przyśpieszony kurs języka hiszpańskiego, (którego zawsze chciałam się nauczyć), czyli przyswoić, chociaż podstawowe wyrazy i zwroty.

Obawy

Oprócz strachu przed porażką podczas oczekiwania na listopadowy wyjazd, towarzyszyła mi jeszcze pewna myśl. Czasem zdarza się, bowiem tak, że kiedy człowiek długo o czymś marzy, ma pewne wyobrażenia o danym miejscu, a potem rzeczywistość brutalnie rujnuje ten obraz. Bałam się, że właśnie tak się stanie się, gdy pojadę do stolicy Hiszpanii, że Madryt okaże się zwykłym miastem, jakich wiele, że Bernabéu nie zwali z nóg, a mecz nie wyzwoli oczekiwanych emocjonalnych przeżyć. Natomiast po atakach terrorystycznych w Paryżu do wszystkich powyższych obaw dołączyły jeszcze te związane z bezpieczeństwem.

…. ciąg dalszy nastąpi ;)

AUTOR: RealAnia