Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mediolan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mediolan. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 czerwca 2021

„Lektury dla kibica” – Legendarni nieśmiertelni

Dziś historia pewnej legendarnej drużyny.

Rozdział 236.

AC Milan. Nieśmiertelni. Historia legendarnej drużyny – Arrigo Sacchi, Luigi Garlando

Są takie drużyny, które na zawsze zapisują się na kartach historii. Których legenda żyje wiecznie. Wśród nich można wymienić Ajax prezentujący futbol totalny na początku lat 70., Real Madryt zdobywający pięć Pucharów Europy z rzędu, czy też Barcelonę, która w 2009 roku została pierwszą drużyną w historii, która wygrała w jednym roku kalendarzowym wszystkie możliwe trofea klubowe. Nie można zapomnieć o reprezentacji Hiszpanii, która w cztery lata dwukrotnie wygrała mistrzostwo Europy i raz mundial, a także ponownie o Realu Madryt, który w latach 2016-2018 zdobył Ligę Mistrzów trzy razy z rzędu.

Każdy znawca futbolu na powyższą listę bez wątpienia wpisałby również Milan z sezonu 1988/1989 prowadzony przez Arrigo Sacchiego. Drużynę uznaną przez UEFA za najlepszą wszech czasów. W jaki sposób mało znany wcześniej trener stworzył drużynę, która przeszła do historii, jako Nieśmiertelni? Na to pytanie odpowiada sam włoski trener w książce „AC Milan. Nieśmiertelni. Historia legendarnej drużyny”.

„Kiedy trafiłem do Milanu, od razu zrozumiałem, że znalazłem ziemię obiecaną, idealne miejsce, by uczyć mojego futbolu.”

Najnowsza książka Wydawnictwa SQN to opowieść o niezapomnianym dla kibiców Milanu sezonie 1988/1989 zakończonym triumfem w Pucharze Europy. W atmosferę historii zawartej na kartach książki Sacchi wprowadza czytelnika zaczynając od wspomnienia chwil tuż przed finałem o Puchar Europy rozgrywanym w 1989 roku w stolicy Katalonii. Wraca pamięcią do odprawy przedmeczowej oraz drogi na stadion wśród tysięcy kibiców, aż do wyjścia piłkarzy na murawę. Następnie studzi nieco emocje wspominając czasy swojego dzieciństwa, aby opowiedzieć jak w ogóle narodziło się w nim marzenie o zdobyciu Pucharu Europy, jaką drogę przeszedł zanim trafił na ławkę trenerską Milanu oraz jak klub zmienił się pod jego wodzą. W kolejnych rozdziałach ponownie wraca do sezonu 88/89 i przedstawia drogę Rossonerich do triumfu w Barcelonie.

„To jest nasz mecz. Jesteśmy silniejsi. Nie możemy przegrać.”

Książkę świetnie się czyta, momentami odnosi się wrażenie, jakby Sacchi siedział z nami w salonie na kanapie i opowiadał o swojej legendarnej drużynie. To lektura pełna anegdot, historii z szatni i boiska treningowego. Nie ma tu ani chwili nudy.

Jednak największym walorem omawianej pozycji są nigdy wcześniej niepublikowane zapiski z trenerskiego dziennika Sacchiego. Zostały załączone zarówno w oryginale w postaci skanów, jak i przetłumaczonych fragmentów w tekście. Legendarny trener w dzienniku zapisywał harmonogram pracy, plany treningów, swoje uwagi i spostrzeżenia zarówno przed jak i pomeczowe, a nawet dawał reprymendy piłkarzom. Ten dziennik to nie lada gratka dla każdego kibica drużyny z Mediolanu, ale także każdego trenera.

„[…] dobrze wiedziałem, że o moim losie zdecydują idee i praca, i to o wiele bardziej niż pojedynczy zawodnicy.”

Sięgając po tę książkę dowiecie się, jakie relacje łączyły zawodników Milanu. Przeczytacie list, który Sacchi napisał do piłkarzy, kiedy został trenerem Rossonerich. Odkryjecie, w jaki sposób przekonał prezesa Berlusconiego, aby sprowadzić „zawodnika ze stwierdzonym 20 procentowym inwalidztwem”, czyli Carlo Ancelottiego, który był po trzech operacjach łąkotki i dwukrotnie zerwanych więzadłach.

Dowiecie się, któremu piłkarzowi Sacchi rzucał wyzwania i zakładał się o skrzynki szampana oraz jakich zawodników określa mianem „wielki”. Przeczytacie, który piłkarz Milanu zawsze czytał książkę w autokarze, dlaczego Sacchi przydzielił Carlo Ancelottiemu numer 11, jak odkrył Rijkaarda, czy też jak nazywał go Paolo Maldini.

„Graliśmy pięknie. Graliśmy lepiej i zwyciężyliśmy. W wielkim stylu, narzucając nasze wartości.”

Odkryjecie, dlaczego Silvio Berlusconi po modlitwie w kaplicy na Camp Nou wierzył, że Bóg w finale Pucharu Europy będzie za Milanem, jak również, co Sacchi zapisał w swoim dzienniku po triumfie w Barcelonie.

Na kartach książki Sacchi wyjaśnia, na czym polega gra strefą oraz co różniło jego Milan od legendarnej drużyny Ajaxu. Tłumaczy, czym jest taktyka i co odróżnia ją od strategii. Szczerze wyznaje czy zamieniłby Marco van Bastena na Ronaldo. Zdradza nawet czy Berlusconi – jak twierdzą niektórzy – sugerował składy na mecze.

„Pressing był filarem, na który opierała się cała reszta.”

„Nieśmiertelni” to dla starszego pokolenia milanistów okazja do wspomnień, dla młodszego niepowtarzalna lekcja historii, zaś dla wszystkich futboholików świetna lektura. Polecam!

 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.

 

Źródło zdjęcia: własne

 

Powiązane wpisy:

    1. Futbolowe podróże – Mediolan

    2. Calcio.Historia włoskiego futbolu

niedziela, 16 lutego 2020

Futbolowe podróże – Mediolan

Wyjazdy zagraniczne łączące mecz piłkarski oraz zwiedzanie stają się powoli moją tradycją. Niezwykle przyjemną tradycją. W roku 2015 był Madryt, rok temu Liverpool, a teraz padło na Mediolan! Zapraszam was na sportowo-podróżnicze podsumowanie wyjazdu do stolicy Lombardii!

Bergamo

Cały wyjazd, choć zaledwie kilkudniowy, był przepełniony atrakcjami i niezapomnianymi wrażeniami. Wszystko zaczęło się już od podróży samolotem z Katowic. Trasa do Mediolanu wiedzie bowiem nad Alpami, więc przez znaczną część lotu wraz z moimi współtowarzyszami mogłam podziwiać piękne widoki górskich szczytów. Po wylądowaniu na lotnisku w Bergamo, jak w całych Włoszech, wszystkich pasażerów lotów międzynarodowych przebadano pod kątem koronawirusa, czyli zmierzono nam temperaturę, po czym bez przeszkód wpuszczono do kraju.

Po wyjściu z lotniska szybko wskoczyliśmy w autobus, aby wykorzystać słoneczne popołudnie na zwiedzanie Bergamo. Wiele osób kojarzy Bergamo jedynie, jako port lotniczy do oddalonego o 50 kilometrów Mediolanu. Tymczasem to bardzo urocze, średniowieczne miasteczko. Najpierw zwiedziliśmy Citta Alta (część górną, stare miasto), a w nim m.in. Bazylikę Santa Maria Maggiore, czy też Katedrę św. Aleksandra. Zaś po zjedzeniu pizzy ciętej na kawałki nożyczkami (tak, nożyczkami ;)), udaliśmy się w stronę Citta Bassa, czyli dolnej części miasta. Po drodze mogliśmy podziwiać panoramę dolnego Bergamo, a także przejść przez jedną z bram miejskich mieszczącą się w murach z czasów weneckich. Spacerując przez współczesną stronę miasta wstąpiliśmy do oficjalnego sklepu Atalanty, w końcu Bergamo to siedziba tego piłkarskiego klubu. Następnie pociągiem pojechaliśmy do Mediolanu, w którym nazajutrz czekała nas główna atrakcja wyjazdu, czyli mecz Inter-Milan.

Serie A – #DerbyMilano

Kibice

Derby Mediolanu zostały zaplanowane dopiero na godzinę 20:45, ale już od rana w mieście krążyły tłumy kibiców. Barwy obu klubów mieszały się dosłownie wszędzie. Na ulicach, w metrze, przy największych atrakcjach turystycznych Mediolanu, a wieczorem na stadionie. Wbrew pozorom nie towarzyszyły temu żadne formy agresji. Fani Milanu przechodzili praktycznie obojętnie obok sympatyków Interu i vice versa. Jedynie pod stadionem jak i w czasie meczu dochodziło do potyczek słownych pomiędzy kibicami. Co równie ciekawe na trybunach obok siebie siedzieli fani obu drużyn, nikt nie krył się ze swoimi sympatiami i całkowicie swobodnie reagował na wydarzenia boiskowe. Podczas całych derbów nic niepokojącego się nie działo, nie było także przesadnie dużo policji.

Przed meczem

W okolice stadionu Giuseppe Meazza, większości kibiców znanego pod nazwą San Siro, przybyliśmy mniej więcej dwie godziny przed meczem i od razu natrafiliśmy na ultrasów Milanu, którzy podążając w stronę zajmowanej przez siebie trybuny „Curva Sud” (Zakole Południowe) wśród flag, rac i przy akompaniamencie bębnów głośno wspierali swój klub. Wtórowali im pozostali kibice Rossonerich przebywający aktualnie pod stadionem. A po chwili odezwali się fani Interu. Po krótkiej wymianie zdań ultrasi udali się na stadion. 

My również podążyliśmy w stronę bramy wskazanej na biletach, a po drodze zakupiliśmy jeszcze okazjonalne szaliki. Aby wejść na stadion musieliśmy przejść przez trzy kontrole. Najpierw czekała nas kontrola tożsamości. Bilety były imienne, więc każdy z nich został sprawdzony z danymi osobowymi widniejącymi w paszporcie lub dowodzie. Następnie była kontrola osobista pod kątem niedozwolonych przedmiotów, a dopiero na końcu bramki z czytnikami. Po potrójnej weryfikacji mogliśmy udać się na właściwą trybunę. Niestety stanęła przed nami nieoczekiwana przeszkoda. Otóż wejście na nasz sektor zagrodzony został z jednej strony barierkami, więc steward nakazał przejście dookoła całego stadionu. Na szczęście do pierwszego gwizdka było jeszcze sporo czasu, a po drodze spotkaliśmy sympatycznego, młodego Włocha, który również podążał w tym samym kierunku i przeprowadził nas nie tylko wokół stadionu, ale także w pewnym momencie pod jego trybunami. Po niespodziewanym spacerze czekało nas jeszcze pokonanie sporej ilości schodów, aż w końcu mogliśmy zasiąść na trybunach. 

Mecz

Po rozgrzewce, na 15 minut przed spotkaniem rozpoczęła się prezentacja obu drużyn, ubogacona efektami świetlnymi. Wyszło doprawdy znakomicie. Następnie ultrasi zaprezentowali oprawy, a po chwili mecz się rozpoczął. Pierwsza połowa upłynęła pod dyktando Milanu, a po stracie dwóch goli fani Nerazzurrich byli totalnie załamani. Za to druga część spotkania bez wątpienia przejdzie do historii. Inter w przeciągu dwóch minut doprowadził do remisu, po kolejnych kilkunastu wyszedł na prowadzenie, by w doliczonym czasie gry dobić rywala. Niesamowity comeback Interu! Od 0-2 do 4-2! Jedni w ekstazie, inni w rozpaczy. Inter wygrywa #DerbyMilano i zostaje liderem Serie A. Doprawdy niesamowity mecz, emocje wręcz nie do opisania, niepowtarzalny klimat!!!

Po meczu

Mediolan ma bardzo dobrze rozbudowaną sieć metra, więc nic dziwnego, że większość kibiców wybrała ten środek lokomocji. Na stacji San Siro Stadio znajdują się bramki, które automatycznie odliczają ilość wchodzących osób, a następnie się blokują. Dlatego też wraz z tysiącami kibiców musieliśmy poczekać na swoją kolej. Na szczęście zapewniono sporo pociągów, a cala procedura przebiegła sprawnie, więc napierający tłum zbyt długo nam nie dokuczał.

Mediolan

Do Włoch wybraliśmy się ze względu na derby pomiędzy Interem a Milanem, ale Mediolan to przecież nie tylko siedziba dwóch wielkich klubów, ale także miasto pełne ciekawych zabytków. Mając do dyspozycji kilka dni udało nam się zobaczyć zarówno najbardziej popularne miejsca, jak i te nieco mniej oczywiste.

Obowiązkowym punktem podczas zwiedzania stolicy Lombardii jest oczywiście Duomo di Milano, czyli mediolańska Katedra. Bez wątpienia perełka Mediolanu. Katedra jest doprawdy przepiękna, robi niesamowite wrażenie z zewnątrz (zwłaszcza przy słonecznej pogodzie), a także imponuje swoim wnętrzem. Największą atrakcją jest zaś wejście na dach, z którego rozpościera się niesamowity widok na panoramę miasta.

Tuż obok Duomo di Milano znajduje się jedna z najsłynniejszych galerii handlowych świata – Galeria Wiktora Emanuela II, pełna wykwintnych restauracji oraz butików najbardziej luksusowych projektantów. Na zakupy w galerii mogą sobie pozwolić nieliczni, ale przejść przez nią musi każdy odwiedzający Mediolan, co uczyniliśmy z wielką przyjemnością. Przeszklone kopuły oraz liczne freski z pewnością na długo zapadną nam w pamięci. Po przejściu przez galerię trafiliśmy na plac Piazza Della Scala, gdzie znajduje się pomnik Leonarda da Vinci oraz jedna z najsłynniejszych scen operowych świata – teatr La Scala. Kolejnym punktem na naszej liście był Zamek Sforzów, Park Sempione, a także Łuk Pokoju.

Nie licząc Katedry i Galerii kolosalne wrażenie zrobił na mnie również Cmentarz Monumentalny. Ktoś powie, a co ciekawego można znaleźć na cmentarzu? Otóż ten mediolański to istna galeria sztuki pod gołym niebem. Niezliczone nagrobki, rzeźby, obeliski i świątynie. Nawet zdjęcia nie oddają jego potęgi. To trzeba po prostu zobaczyć! Innym nieoczywistym miejscem w Mediolanie jest kościół św. Maurycego. Z zewnątrz zupełnie niepozorny, dlatego też nie wiedząc o jego istnieniu można przejść obok jednej z największych atrakcji Mediolanu zupełnie obojętnie. My jednak, jako dobrze przygotowani turyści wiedzieliśmy doskonale, iż koniecznie trzeba wejść do środka, gdyż dopiero wnętrze świątyni zachwyca. Ściany i sufity ozdobione są, bowiem cyklem fresków, przez co kościół nazywany jest „Kaplicą Sykstyńską” Mediolanu.


Oprócz zabytkowej części miasta udaliśmy się również na Piazza Gae Aulenti, czyli do nowoczesnej strony Mediolanu. Tam ujrzeliśmy najwyższy wieżowiec we Włoszech – Torre Unicredit (231 metrów), a nieco dalej dwa unikatowe apartamentowce Bosco Verticale, czyli Pionowy Las. Innym interesującym miejscem miasta jest główny dworzec kolejowy Milano Centrale, a równie ciekawą atrakcją przejażdżka zabytkowym tramwajem, który dosłownie przenosi w czasie wprost do innej epoki.

Wśród zwiedzonych obiektów rzecz jasna nie mogło zabraknąć San Siro, które koniecznie chcieliśmy ujrzeć nie tylko wieczorem w dniu meczu, ale także za dnia. Stadion w obu przypadkach prezentował się równie okazale. W mieście odnaleźliśmy także oficjalne sklepy klubowe Milanu, Interu, a nawet znienawidzonego przez mediolańczyków – Juventusu.

Powrót

Wszystko, co zaplanowałam przed wyjazdem do Mediolanu się udało, a to, czego nie mogłam zaplanować, czyli przebieg meczu, wyszło wyśmienicie. Niestety wyjazd, jak to zwykle bywa, minął w mgnieniu oka i trzeba było wracać do szarej rzeczywistości. Na koniec pobytu spotkała nas niemiła niespodzianka, w postaci opóźnienia samolotu. Tę niedogodność wynagrodził nam jednak niesamowity widok z hali odlotów na Bergamo i górujących nad miasteczkiem Alp. Z lekkim poślizgiem, ale najważniejsze, że szczęśliwie wróciliśmy do Polski. Ciao Italia!


P.S. Więcej zdjęć znajdziecie na naszym Facebooku. Enjoy! ;) ---> Galeria.


Powiązane wpisy:
      1. Real Madryt w Warszawie
      2. Madryt cześć 1 i część 2
      3. Futbolowe podróże – Liverpool

piątek, 1 czerwca 2018

Gracias Zidane

Ta wiadomość spadła jak grom z jasnego nieba. Zaledwie kilka dni po zdobyciu historycznej, trzeciej z rzędu Ligi Mistrzów, Zinedine Zidane ogłosił, iż opuszcza Real Madryt. Będąc na absolutnym szczycie Francuz powiedział „pas”. Jeszcze niedawno, mniej więcej w połowie minionego sezonu, widząc jedną katastrofę za drugą w wykonaniu Los Blancos, byłam na niego wściekła. Teraz jestem zdruzgotana odejściem wielkiego piłkarskiego geniusza...

Z całym madridismo się smucę, bo mam poczucie, że najpiękniejsza część historii ukochanego klubu właśnie dobiegła końca. I co gorsza, może się już nigdy nie powtórzyć. To nie ma prawa po prostu wydarzyć się jeszcze raz. Francuz zdobywał tytuł średnio co 17 spotkań! Niebywałe osiągnięcie! Wygrał 9 tytułów na 13 możliwych. Przegrał jedynie 16 z 149 rozegranych spotkań. I co najważniejsze jest jedynym trenerem na świecie, który zdobył trzy Puchary Europy z rzędu. Prestiżowa, najwspanialsza, największa Liga Mistrzów. Trzy niezwykłe lata. 2016, 2017, 2018. Mediolan, Cardiff, Kijów. Gdybym nie widziała na własne oczy, to bym nie uwierzyła.

Jestem emocjonalnie rozbita odejściem Zizou, a tak naprawdę w ogóle nie byłam entuzjastką jego zatrudnienia. Byłam wręcz pewna, że to „nie wypali”. Że trener bez większego doświadczenia nie osiągnie niczego wielkiego z tą drużyną. Czas pokazał jak bardzo – na szczęście – się myliłam. To jedna z moich najsłodszych pomyłek!

Przez te dwa i pół roku Zizou niezwykle nas madridistas rozpieścił. Nie tylko pasmem sukcesów, ale również swą elegancją, skromnością i sposobem prowadzenia klubu. Piłkarze Realu poszliby za Zizou w ogień. Trener stworzył fantastyczną atmosferę i zaskarbił sobie szatnię. Zawsze bronił piłkarzy, a do rywali odnosił się z szacunkiem i wielką klasą. To wszystko sprawia, że z obawą patrzę w przyszłość. Boję, że pożegnanie Mistera było pierwszym z kilku, a klub czeka rewolucja…

Wielki smutek miesza się z równie wielkim podziwem. Podziwem dla jego osiągnięć, ale także i dla decyzji o odejściu. Francuz był świadomy, że to, czego dokonał było zdumiewające. Ustawił poprzeczkę tak wysoko, iż czuł, że w kolejnym sezonie raczej już jej nie dorówna. Nie pozwolił więc by to wszystko, co osiągnął zostało zastąpione przez porażki, upadek i zwolnienie. Odszedł w blasku triumfu, na własnych warunkach zostawiając piękne dziedzictwo i wspomnienia. Nigdy Ci tego Zidane nie zapomnimy! 

Jest mi przykro, ale czuję ogromną wdzięczność. Za najwspanialsze lata mojego kibicowskiego życia! Za konieczność powiększenia gablot na Bernabéu, bo zdobyte trofea nie mieściły się już w obecnych! Za wielkie emocje! Piękne zwycięstwa! A także nieliczne porażki, które sprowadzały na ziemię i pozwalały odpowiednio doceniać triumfy! Dziękuję! Gracias por todo Mister! Merci Zizou! I jak sam powiedziałeś do zobaczenia!

Źródło zdjęcia: https://twitter.com/realmadriden

poniedziałek, 30 maja 2016

Weekend jak ze snu

Co to były za dwa dni! Co za wieczory! Co za emocje! Dwa finały Ligi Mistrzów. Dwa spotkania rozstrzygnięte po rzutach karnych. Dwa wymarzone triumfy! Niepowtarzalne chwile!

U11décima! 

28 dzień maja od dawna zaznaczony był w moim kalendarzu. To był dzień najważniejszych derbów Madrytu od dwóch lat. Finał Champions League. Mecz o najcenniejsze piłkarskie trofeum klubowe. Real zanim w 2014 roku zdobył La Decimę czekał na triumf w Europie 12 długich lat. Teraz zaledwie po sezonie przerwy znów wywalczył awans do finału. Gol Sergio Ramosa z Lizbony wciąż tkwił mi w pamięci, kiedy piłkarzom Królewskich ponownie przyszło zmierzyć się z sąsiadem z Madrytu.

Mecz, który żaden fan futbolu nie mógłby przegapić, nie był szczególnie widowiskowy. Jednak ktoś kiedyś powiedział, że finałów się nie gra, finały się wygrywa. Wielkość pokazuje się także wtedy, kiedy drużyna potrafi odnieść sukces gdy na boisku nie idzie, gdy najlepszy zawodnik walczy z kontuzjami, gdy rywal jest lepszy. I Real pokazał swoją wielkość. Pokonał Atletico w karnych i zdobył 11 Puchar Europy! U11décima stała się faktem! Campeo11es! Reyes de Europa!!!

Los Blancos w tym sezonie przeszli niesamowitą drogę. Od niechcianego Beníteza do uwielbianego Zidane’a. Od 0-4 z Barceloną do triumfu w Mediolanie. Gdy wyjeżdżałam z Madrytu w listopadzie po klęsce w El Clásico nie przypuszczałam, że ten sezon skończy się tak cudownie. To jest właśnie futbol! To jest jego magia! Zdarzają się rzeczy niesamowite i historyczne! Ile ja bym dała, aby móc być na San Siro, a później świętować wraz z tysiącami madridistas w Madrycie!! Och... Duszą jestem jednak w stolicy Hiszpanii wirtualnie biorąc udział w zwycięskiej fecie! ;)

Real Madrid: ¿Cómo no te voy a querer? :) ❤

Cud w Lanxess Arenie

Sobota była zdecydowanie futbolowa. Niedzielny wieczór zaś zarezerwowany był dla szczypiorniaka. Vive Tauron Kielce pokonując dzień wcześniej naszpikowane gwiazdami PSG stanęło przed historyczną szansą. Wcześniej żaden polski klub nie triumfował w rozgrywkach Ligi Mistrzów piłkarzy ręcznych. Wielka szansa, ale i wielka presja. Ciężar spotkania był ogromny, co widać było po zawodnikach Vive. Finałowe spotkanie przeciwko MVM Veszprem nie układało się od samego początku. Ale nieistotne jak się zaczyna, ale jak się kończy, nieprawdaż?

Polskie drużyny, czy to reprezentacja, czy właśnie Vive przyzwyczaiły nas do tego, że niemożliwe nie istnieje, że trzeba wierzyć w nich zawsze, do końca, że zawodnicy nigdy się nie poddają! Jednak to, co się stało w Lanxess Arenie trudno pojąć. Pomimo, iż widziałam wszystko na własne oczy nadal nie mogę uwierzyć w to, co się stało!

Drużyna Tałanta Dujszebajewa przegrywała już 19-28, by następnie dokonać prawdziwego cudu. Vive odrobiło 9 bramek!! Sławomir Szmal przez ponad 11 minut nie puścił gola!!! Emocje sięgnęły zenitu, kiedy kielczanie nie wykorzystali aż dwóch karnych, a na dwie sekundy przed końcem podstawowego czasu gry Krzysztof Lijewski doprowadził do dogrywki. Co to był za rzut!! Kiedy doliczony czas gry także zakończył się remisem i o wszystkim miały zdecydować rzuty karne serce biło mi jak szalone. Dokładnie tak, jak w piłkarskich rozgrywkach Ligi Mistrzów. Hitchcock by tego lepiej nie wymyślił!!

Zawodnicy z Kielc zostawili na boisku wszystko, co mieli – zdrowie, serce, duszę - i gdyby przegrali kibice z pewnością byliby z nich dumni. Jednak oni nie zamierzali przegrać. Nie po tym, czego dokonali w drugiej połowie meczu. Wyrwali to zwycięstwo z rąk Węgrów, zwyciężyli w karnych i przywiozą puchar do Polski.

Niewątpliwie o tym meczu będzie się pamiętało i mówiło latami!!! Takie mecze sprawiają, że kocham sport jeszcze bardziej! :) ❤

AUTOR: RealAnia