Pokazywanie postów oznaczonych etykietą San Siro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą San Siro. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 maja 2020

„Lektury dla kibica” – Stadiony świata

Po dłużej przerwie wracam z nową książkową propozycją!

Rozdział 219.

Stadiony świata – Joanna Bachanek, Jacek Cukrowicz

Żyjąc w czasach pandemii, kiedy praktycznie codziennie słyszymy hasło „zostań w domu” warto sięgać po książki, które pozwalają, choć na chwilę przenieść się poza swoje najbliższe otoczenie. Dla kibiców tęskniących za futbolem i powrotem na trybuny taką pozycją może być książka Wydawnictwa Dwukropek pt. „Stadiony świata”.

„Stadiony świata” to – zgodnie z podtytułem – ilustrowany przewodnik po najpiękniejszych arenach. Mówiąc dokładniej to ponad dwustustronicowy album, dzięki któremu mamy okazję „zwiedzić” niespełna 50 najbardziej znanych stadionów nie ruszając się z własnej kanapy. Od Wembley i San Siro, poprzez Estadio Santiago Bernabéu i Stadion Śląski, aż po Maracanę, czy La Bombonerę. 

Książka jest bardzo ładnie wydana, duży format pozwolił na ekspozycję równie dużych fotografii, które są największym atutem omawianej pozycji. Szata graficzna książki sugeruje, iż album jest dedykowany dzieciom i młodzieży. Bez wątpienia liczne ilustracje przykują uwagę najmłodszych. Jednak album może zainteresować także niejednego dorosłego. Tekst opisujący kolejne piłkarskie obiekty w żadnym wypadku nie został napisany infantylnym językiem, za to zawiera wiele ciekawych informacji. To książka idealna do czytania wraz z dzieckiem, każdy, bowiem znajdzie w niej coś dla siebie.

„Ale stadion to nie tylko architektura, to również kibice, historia, emocje.”

Album został podzielony na kilka rozdziałów. Najpierw autorzy przedstawiają areny, na których miały się odbyć mecze tegorocznego Euro, następnie odbywamy podróż po pozostałych wartych uwagi stadionach znajdujących się w Europie, a na końcu „odwiedzamy” najciekawsze obiekty obu Ameryk, Azji oraz Afryki. 

„Stadiony świata” to album, który można oglądać i czytać od początku w całości lub na wyrywki z dowolnego miejsca. Wystarczy otworzyć książkę na konkretnym stadionie. I choć opisy kolejnych aren nie są ze sobą w żaden sposób połączone to wszystkie mają podobny schemat. Prezentowane są zdjęcia stadionu, jego nazwa oraz metryczka zawierająca podstawowe dane takie jak państwo i miasto, w którym znajduje się obiekt, gospodarz stadionu, pojemność, rok powstania, a nawet nazwisko projektanta. Dalej poznajemy genezę nazwy areny, historię powstania stadionu, czy też ciekawostki. 

„[…] architekci nawiązali do morskiej wody i zaprojektowali stadion, który wygląda jak olbrzymia fala.”

Niestety jak większość publikacji i „Stadiony świata” mają trochę mankamentów. Jeśli chodzi o aspekty wizualne to moja jedyna uwaga dotyczy czcionki, która jak na książkę takich gabarytów jest trochę za mała. To jednak nie stanowi większego problemu. Inaczej jest z wartością merytoryczną książki. Omawiana publikacja jest nowym wydaniem albumu, który ukazał się w 2016 roku. Niestety ewidentnie niektóre opisy zostały skopiowane, bez sprawdzenia i aktualizacji. I tak w książce Cristiano Ronaldo strzela gole zarówno w barwach Realu Madryt na Bernabéu, jak i jest zawodnikiem Juventusu. W Neapolu zaś nadal mamy rok 2016. 

To nie koniec wychwyconych przeze mnie błędów. Polska podobno nigdy nie przegrała na Stadionie Narodowym w Warszawie, a Urugwaj organizując pierwsze w historii mistrzostwa świata był już dwukrotnym zdobywcą tego tytułu (?!). Problem pojawia się także, kiedy autorzy wspominają o najstarszym klubie piłkarskim. W „Stadionach świata” jest to Notts County. Angielski klub faktycznie jest najstarszym profesjonalnym klubem piłkarskim na świecie. Jednak za pierwszy klub oficjalnie, również przez FIFA, uznawany jest Sheffield F.C. Twórcy książki pomijając słowo „profesjonalny” przy nazwie Notts County wprowadzają czytelnika w błąd. 

Co więcej autorzy nie ustrzegli się także pomyłek w pisowni. Nazwy klubów nie zawsze były odmieniane przez przypadki, część z nich była napisana poprawnie a część po prostu zostawiona w wersji oryginalnej. Mundial notorycznie pisany dużą literą, tak samo jak mistrzostwa świata, choć nie była podawana pełna nazwa konkretnego turnieju. Takich błędów zawsze powinno się wystrzegać, a w przypadku książki dla dzieci należałoby szczególnie zwrócić uwagę na poprawną pisownię.

„Po starym stadionie zostały tylko wspomnienia, ale jego nazwa niezmiennie wywołuje dreszcze zarówno wśród kibiców, jak i zawodników.”

Pomimo powyższych uwag bez wątpienia to pozycja warta uwagi. Książka zawiera nie tylko piękne zdjęcia, ale i naszpikowana jest mnóstwem ciekawostek. Dowiecie się, do czego nawiązuje nazwa Wembley, gdzie krzesełka wykonano z trzciny cukrowej zamiast plastiku, czy też, która arena jest największym zadaszonym stadionem na świecie. Odkryjecie, kim był John Hampden, którego nazwiskiem nazwano arenę w Glasgow, jak również, którą szatnię urządzono zgodnie z zasadami feng-shui. 

Sięgając po tę książkę dowiecie się, co jest dłuższe: kolejka linowa na Kasprowy Wierch, a może liny dachu Stadionu Narodowego w Warszawie, a także gdzie po raz pierwszy zastosowano siatki w bramkach. Odkryjecie skąd pochodzi murawa znajdująca się na Stadionie Śląskim w Chorzowie, który obiekt przypomina pudełko czekoladek oraz co wyróżnia stadion Schalke. 

Przeczytacie, dlaczego włoski rząd nie przystał na prośbę władz Neapolu, aby ich stadion nazwać na cześć Diego Maradony. Ponadto dowiecie się gdzie znajduje się największy pływający stadion na świecie, a także architekci, którego obiektu inspirowali się rzymskim Panteonem. 

„Taki klub nie potrzebuje stadionu… on potrzebuje świątyni!”


Co zakopano na boisku nowego Wembley? Jak kibice nazywają San Mamés? Pod murawą, którego europejskiego stadionu biegnie… autostrada?! Która arena przypomina statek kosmiczny? Co jest cięższe – wieża Eiffla czy dach Stade de France?

Podsumowując „Stadiony świata” to piękna, wizualna podróż dookoła piłkarskiego świata. Jednak książka ucieszy nie tylko oczy młodszych, jak i nieco starszych miłośników futbolu, ale także uzbroi ich w mnóstwo interesujących faktów.  


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Sportowej Książce Roku.



Źródło zdjęcia: własne

Powiązane wpisy:
   1. Piękna gra. Piłka nożna w obrazkach
   2. Mundial. Opowieści niesamowite
   3. Lewy. Chłopak, który zachwycił świat

niedziela, 16 lutego 2020

Futbolowe podróże – Mediolan

Wyjazdy zagraniczne łączące mecz piłkarski oraz zwiedzanie stają się powoli moją tradycją. Niezwykle przyjemną tradycją. W roku 2015 był Madryt, rok temu Liverpool, a teraz padło na Mediolan! Zapraszam was na sportowo-podróżnicze podsumowanie wyjazdu do stolicy Lombardii!

Bergamo

Cały wyjazd, choć zaledwie kilkudniowy, był przepełniony atrakcjami i niezapomnianymi wrażeniami. Wszystko zaczęło się już od podróży samolotem z Katowic. Trasa do Mediolanu wiedzie bowiem nad Alpami, więc przez znaczną część lotu wraz z moimi współtowarzyszami mogłam podziwiać piękne widoki górskich szczytów. Po wylądowaniu na lotnisku w Bergamo, jak w całych Włoszech, wszystkich pasażerów lotów międzynarodowych przebadano pod kątem koronawirusa, czyli zmierzono nam temperaturę, po czym bez przeszkód wpuszczono do kraju.

Po wyjściu z lotniska szybko wskoczyliśmy w autobus, aby wykorzystać słoneczne popołudnie na zwiedzanie Bergamo. Wiele osób kojarzy Bergamo jedynie, jako port lotniczy do oddalonego o 50 kilometrów Mediolanu. Tymczasem to bardzo urocze, średniowieczne miasteczko. Najpierw zwiedziliśmy Citta Alta (część górną, stare miasto), a w nim m.in. Bazylikę Santa Maria Maggiore, czy też Katedrę św. Aleksandra. Zaś po zjedzeniu pizzy ciętej na kawałki nożyczkami (tak, nożyczkami ;)), udaliśmy się w stronę Citta Bassa, czyli dolnej części miasta. Po drodze mogliśmy podziwiać panoramę dolnego Bergamo, a także przejść przez jedną z bram miejskich mieszczącą się w murach z czasów weneckich. Spacerując przez współczesną stronę miasta wstąpiliśmy do oficjalnego sklepu Atalanty, w końcu Bergamo to siedziba tego piłkarskiego klubu. Następnie pociągiem pojechaliśmy do Mediolanu, w którym nazajutrz czekała nas główna atrakcja wyjazdu, czyli mecz Inter-Milan.

Serie A – #DerbyMilano

Kibice

Derby Mediolanu zostały zaplanowane dopiero na godzinę 20:45, ale już od rana w mieście krążyły tłumy kibiców. Barwy obu klubów mieszały się dosłownie wszędzie. Na ulicach, w metrze, przy największych atrakcjach turystycznych Mediolanu, a wieczorem na stadionie. Wbrew pozorom nie towarzyszyły temu żadne formy agresji. Fani Milanu przechodzili praktycznie obojętnie obok sympatyków Interu i vice versa. Jedynie pod stadionem jak i w czasie meczu dochodziło do potyczek słownych pomiędzy kibicami. Co równie ciekawe na trybunach obok siebie siedzieli fani obu drużyn, nikt nie krył się ze swoimi sympatiami i całkowicie swobodnie reagował na wydarzenia boiskowe. Podczas całych derbów nic niepokojącego się nie działo, nie było także przesadnie dużo policji.

Przed meczem

W okolice stadionu Giuseppe Meazza, większości kibiców znanego pod nazwą San Siro, przybyliśmy mniej więcej dwie godziny przed meczem i od razu natrafiliśmy na ultrasów Milanu, którzy podążając w stronę zajmowanej przez siebie trybuny „Curva Sud” (Zakole Południowe) wśród flag, rac i przy akompaniamencie bębnów głośno wspierali swój klub. Wtórowali im pozostali kibice Rossonerich przebywający aktualnie pod stadionem. A po chwili odezwali się fani Interu. Po krótkiej wymianie zdań ultrasi udali się na stadion. 

My również podążyliśmy w stronę bramy wskazanej na biletach, a po drodze zakupiliśmy jeszcze okazjonalne szaliki. Aby wejść na stadion musieliśmy przejść przez trzy kontrole. Najpierw czekała nas kontrola tożsamości. Bilety były imienne, więc każdy z nich został sprawdzony z danymi osobowymi widniejącymi w paszporcie lub dowodzie. Następnie była kontrola osobista pod kątem niedozwolonych przedmiotów, a dopiero na końcu bramki z czytnikami. Po potrójnej weryfikacji mogliśmy udać się na właściwą trybunę. Niestety stanęła przed nami nieoczekiwana przeszkoda. Otóż wejście na nasz sektor zagrodzony został z jednej strony barierkami, więc steward nakazał przejście dookoła całego stadionu. Na szczęście do pierwszego gwizdka było jeszcze sporo czasu, a po drodze spotkaliśmy sympatycznego, młodego Włocha, który również podążał w tym samym kierunku i przeprowadził nas nie tylko wokół stadionu, ale także w pewnym momencie pod jego trybunami. Po niespodziewanym spacerze czekało nas jeszcze pokonanie sporej ilości schodów, aż w końcu mogliśmy zasiąść na trybunach. 

Mecz

Po rozgrzewce, na 15 minut przed spotkaniem rozpoczęła się prezentacja obu drużyn, ubogacona efektami świetlnymi. Wyszło doprawdy znakomicie. Następnie ultrasi zaprezentowali oprawy, a po chwili mecz się rozpoczął. Pierwsza połowa upłynęła pod dyktando Milanu, a po stracie dwóch goli fani Nerazzurrich byli totalnie załamani. Za to druga część spotkania bez wątpienia przejdzie do historii. Inter w przeciągu dwóch minut doprowadził do remisu, po kolejnych kilkunastu wyszedł na prowadzenie, by w doliczonym czasie gry dobić rywala. Niesamowity comeback Interu! Od 0-2 do 4-2! Jedni w ekstazie, inni w rozpaczy. Inter wygrywa #DerbyMilano i zostaje liderem Serie A. Doprawdy niesamowity mecz, emocje wręcz nie do opisania, niepowtarzalny klimat!!!

Po meczu

Mediolan ma bardzo dobrze rozbudowaną sieć metra, więc nic dziwnego, że większość kibiców wybrała ten środek lokomocji. Na stacji San Siro Stadio znajdują się bramki, które automatycznie odliczają ilość wchodzących osób, a następnie się blokują. Dlatego też wraz z tysiącami kibiców musieliśmy poczekać na swoją kolej. Na szczęście zapewniono sporo pociągów, a cala procedura przebiegła sprawnie, więc napierający tłum zbyt długo nam nie dokuczał.

Mediolan

Do Włoch wybraliśmy się ze względu na derby pomiędzy Interem a Milanem, ale Mediolan to przecież nie tylko siedziba dwóch wielkich klubów, ale także miasto pełne ciekawych zabytków. Mając do dyspozycji kilka dni udało nam się zobaczyć zarówno najbardziej popularne miejsca, jak i te nieco mniej oczywiste.

Obowiązkowym punktem podczas zwiedzania stolicy Lombardii jest oczywiście Duomo di Milano, czyli mediolańska Katedra. Bez wątpienia perełka Mediolanu. Katedra jest doprawdy przepiękna, robi niesamowite wrażenie z zewnątrz (zwłaszcza przy słonecznej pogodzie), a także imponuje swoim wnętrzem. Największą atrakcją jest zaś wejście na dach, z którego rozpościera się niesamowity widok na panoramę miasta.

Tuż obok Duomo di Milano znajduje się jedna z najsłynniejszych galerii handlowych świata – Galeria Wiktora Emanuela II, pełna wykwintnych restauracji oraz butików najbardziej luksusowych projektantów. Na zakupy w galerii mogą sobie pozwolić nieliczni, ale przejść przez nią musi każdy odwiedzający Mediolan, co uczyniliśmy z wielką przyjemnością. Przeszklone kopuły oraz liczne freski z pewnością na długo zapadną nam w pamięci. Po przejściu przez galerię trafiliśmy na plac Piazza Della Scala, gdzie znajduje się pomnik Leonarda da Vinci oraz jedna z najsłynniejszych scen operowych świata – teatr La Scala. Kolejnym punktem na naszej liście był Zamek Sforzów, Park Sempione, a także Łuk Pokoju.

Nie licząc Katedry i Galerii kolosalne wrażenie zrobił na mnie również Cmentarz Monumentalny. Ktoś powie, a co ciekawego można znaleźć na cmentarzu? Otóż ten mediolański to istna galeria sztuki pod gołym niebem. Niezliczone nagrobki, rzeźby, obeliski i świątynie. Nawet zdjęcia nie oddają jego potęgi. To trzeba po prostu zobaczyć! Innym nieoczywistym miejscem w Mediolanie jest kościół św. Maurycego. Z zewnątrz zupełnie niepozorny, dlatego też nie wiedząc o jego istnieniu można przejść obok jednej z największych atrakcji Mediolanu zupełnie obojętnie. My jednak, jako dobrze przygotowani turyści wiedzieliśmy doskonale, iż koniecznie trzeba wejść do środka, gdyż dopiero wnętrze świątyni zachwyca. Ściany i sufity ozdobione są, bowiem cyklem fresków, przez co kościół nazywany jest „Kaplicą Sykstyńską” Mediolanu.


Oprócz zabytkowej części miasta udaliśmy się również na Piazza Gae Aulenti, czyli do nowoczesnej strony Mediolanu. Tam ujrzeliśmy najwyższy wieżowiec we Włoszech – Torre Unicredit (231 metrów), a nieco dalej dwa unikatowe apartamentowce Bosco Verticale, czyli Pionowy Las. Innym interesującym miejscem miasta jest główny dworzec kolejowy Milano Centrale, a równie ciekawą atrakcją przejażdżka zabytkowym tramwajem, który dosłownie przenosi w czasie wprost do innej epoki.

Wśród zwiedzonych obiektów rzecz jasna nie mogło zabraknąć San Siro, które koniecznie chcieliśmy ujrzeć nie tylko wieczorem w dniu meczu, ale także za dnia. Stadion w obu przypadkach prezentował się równie okazale. W mieście odnaleźliśmy także oficjalne sklepy klubowe Milanu, Interu, a nawet znienawidzonego przez mediolańczyków – Juventusu.

Powrót

Wszystko, co zaplanowałam przed wyjazdem do Mediolanu się udało, a to, czego nie mogłam zaplanować, czyli przebieg meczu, wyszło wyśmienicie. Niestety wyjazd, jak to zwykle bywa, minął w mgnieniu oka i trzeba było wracać do szarej rzeczywistości. Na koniec pobytu spotkała nas niemiła niespodzianka, w postaci opóźnienia samolotu. Tę niedogodność wynagrodził nam jednak niesamowity widok z hali odlotów na Bergamo i górujących nad miasteczkiem Alp. Z lekkim poślizgiem, ale najważniejsze, że szczęśliwie wróciliśmy do Polski. Ciao Italia!


P.S. Więcej zdjęć znajdziecie na naszym Facebooku. Enjoy! ;) ---> Galeria.


Powiązane wpisy:
      1. Real Madryt w Warszawie
      2. Madryt cześć 1 i część 2
      3. Futbolowe podróże – Liverpool