Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zlatan Ibrahimovic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zlatan Ibrahimovic. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 kwietnia 2022

„Lektury dla kibica” – Zlatan po raz trzeci

Powrót Ibry.

Rozdział 255.

Adrenalina. Moje nieznane historie – Zlatan Ibrahimović, Luigi Garlando

Większość piłkarzy w wieku czterdziestu lat już dawno pożegnała się z zieloną murawą, a jeśli nadal kopie futbolówkę to zazwyczaj w jakiejś egzotycznej lidze. Są jednak pewne wyjątki. Jednym z nim jest Zlatan Ibrahimović. Szwed, choć przekroczył czterdziestkę jest nie tylko aktywnym zawodnikiem, ale walczy również w koszulce Milanu o mistrzostwo Włoch. 

Ibra wie jednak, że i jego czas pożegnania z futbolem wkrótce nadejdzie. Przekroczenie czterdziestego roku życia i stanięcie pomiędzy karierą piłkarza a odwieszeniem butów na kołku sprawiło, że postanowił nieco podsumować swoje życie. Uczynił to za pomocą książki pt. „Adrenalina. Moje nieznane historie”.

„[…] piłka to moja pasja, moje życie. Bez futbolu jestem pusty.”

„Adrenalina” to trzecia książka Zlatana, która ukazała się na polskim rynku wydawniczym. Szwed wydał już autobiografię pt. „Ja, Ibra” (notabene to jedna z najlepszych książek sportowych), a także album zatytułowany „Ja, Futbol”. W „Adrenalinie” nie ma żadnych fotografii, są za to wątki biograficzne, choć nie jest to druga część autobiografii Ibry.

Mówiąc krótko to książka, w której wspomnienia z futbolowego życia Szweda stanowią punkt wyjścia do refleksji i rozważań. Ibrahimović porusza różne tematy. Opowiada o rodzinie, przyjaciołach, trenerach, agentach, rywalizacji, kontuzjach, czy też relacjach w drużynie. Przedstawia swój punkt widzenia, ukazuje, jak zmieniło się jego podejście do futbolu i życia wraz z upływem lat.

„Im bliżej staje się moment rozstania z futbolem, tym bardziej rośnie strach przed przyszłością: gdzie znajdę adrenalinę, którą dziś zapewnia mi walka z Chiellinim?”

Momentami lektura jest nieco filozoficzna. Przede wszystkim jednak często arogancka. Wielkie ego Zlatana widoczne jest praktycznie na każdej stronie lektury, ale to przecież żadne zaskoczenie. Gdyby było inaczej można by się zastanowić czy to na pewno książka Zlatana, a tak nie ma, co do tego wątpliwości. Mówiąc krótko „Adrenalina” to lektura jak najbardziej w stylu Ibry.

Książka nie jest zbyt obszerna. Dobrze i szybko się ją czyta. Niektórym może się wydawać, że lektura jest nieco chaotyczna, a to za sprawą braku chronologii, „przeskakiwania” pomiędzy tematami oraz luźnego połączenia przemyśleń i wspomnień Ibry. Mnie to jednak w ogóle nie przeszkadzało. Nie jest to autobiografia, więc taki styl jest całkowicie do zaakceptowania. Jednak, jeśli ktoś niezbyt orientuje się w historii Szweda i przebiegu jego kariery powinien najpierw przeczytać „Ja, Ibra”, a dopiero później „Adrenalinę”.

„Nie celebruję drugich miejsc.”

Sięgając po tę książkę dowiecie się, dlaczego Ibra nie czuł się sobą w Barcelonie, czemu zgodził się podpisać kontrakt z PSG, choć wcale nie chciał odchodzić z Mediolanu oraz z kim na sali konferencyjnej pomylił Verrattiego. Przeczytacie jak wyglądała organizacja w Paryżu i jak bardzo różniła się od innych profesjonalnych europejskich klubów.

Ibra zdradza, dlaczego postanowił zagrać w Premier League, choć wszystkie osoby zapytane o radę mu to odradzały. Wyjaśnia, co spowodowało, że po przygodzie z MLS nie podpisał kontraktu z Napoli, choć umowa była dogadana oraz dlaczego zdecydował się ponownie zagrać w Milanie.

„Przychodzę do PSG i trafiam do piekła.”

Szwed wspomina swojego najsłynniejszego gola strzelonego Anglikom przewrotką, a także zdradza, co powiedział do Danny’ego Welbecka przechodząc obok niego po celebracji tej bramki. Ujawnia również, która sztuka walki pomogła mu wyćwiczyć umiejętności niezbędne do akrobatycznych futbolowych zagrań.

Dlaczego Ibrahimović niezbyt dobrze gra głową, choć mierzy prawie dwa metry wzrostu? Czemu po strzeleniu gola szeroko rozkłada ramiona? Dlaczego poradził Mbappé by Francuz opuścił PSG i przeszedł do Realu Madryt?

W ramach podsumowania niech przemówi do Was Ibra:

„Jestem tą przewrotką. To moja najlepsza wizytówka.”

„Wygrałem, co miałem wygrać, dziś lubię inspirować i pomagać rozwijać się młodszym kolegom z drużyny.”

 „Mourinho sprawia ci więcej kłopotów niż jego zawodnicy.”

„W tym golu były odwaga, fantazja, akrobatyka, siła, ryzyko, arogancja… Po prostu wszystko.”

„Zawsze wykorzystywałem krytykę jako benzynę, żeby dać z siebie więcej i więcej pokazać.”

 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.

Książkę kupicie w księgarni labotiga.pl

 

Źródło zdjęcia: własne

 

Powiązane wpisy:

    1. Ja.Ibra

niedziela, 16 lutego 2020

Futbolowe podróże – Mediolan

Wyjazdy zagraniczne łączące mecz piłkarski oraz zwiedzanie stają się powoli moją tradycją. Niezwykle przyjemną tradycją. W roku 2015 był Madryt, rok temu Liverpool, a teraz padło na Mediolan! Zapraszam was na sportowo-podróżnicze podsumowanie wyjazdu do stolicy Lombardii!

Bergamo

Cały wyjazd, choć zaledwie kilkudniowy, był przepełniony atrakcjami i niezapomnianymi wrażeniami. Wszystko zaczęło się już od podróży samolotem z Katowic. Trasa do Mediolanu wiedzie bowiem nad Alpami, więc przez znaczną część lotu wraz z moimi współtowarzyszami mogłam podziwiać piękne widoki górskich szczytów. Po wylądowaniu na lotnisku w Bergamo, jak w całych Włoszech, wszystkich pasażerów lotów międzynarodowych przebadano pod kątem koronawirusa, czyli zmierzono nam temperaturę, po czym bez przeszkód wpuszczono do kraju.

Po wyjściu z lotniska szybko wskoczyliśmy w autobus, aby wykorzystać słoneczne popołudnie na zwiedzanie Bergamo. Wiele osób kojarzy Bergamo jedynie, jako port lotniczy do oddalonego o 50 kilometrów Mediolanu. Tymczasem to bardzo urocze, średniowieczne miasteczko. Najpierw zwiedziliśmy Citta Alta (część górną, stare miasto), a w nim m.in. Bazylikę Santa Maria Maggiore, czy też Katedrę św. Aleksandra. Zaś po zjedzeniu pizzy ciętej na kawałki nożyczkami (tak, nożyczkami ;)), udaliśmy się w stronę Citta Bassa, czyli dolnej części miasta. Po drodze mogliśmy podziwiać panoramę dolnego Bergamo, a także przejść przez jedną z bram miejskich mieszczącą się w murach z czasów weneckich. Spacerując przez współczesną stronę miasta wstąpiliśmy do oficjalnego sklepu Atalanty, w końcu Bergamo to siedziba tego piłkarskiego klubu. Następnie pociągiem pojechaliśmy do Mediolanu, w którym nazajutrz czekała nas główna atrakcja wyjazdu, czyli mecz Inter-Milan.

Serie A – #DerbyMilano

Kibice

Derby Mediolanu zostały zaplanowane dopiero na godzinę 20:45, ale już od rana w mieście krążyły tłumy kibiców. Barwy obu klubów mieszały się dosłownie wszędzie. Na ulicach, w metrze, przy największych atrakcjach turystycznych Mediolanu, a wieczorem na stadionie. Wbrew pozorom nie towarzyszyły temu żadne formy agresji. Fani Milanu przechodzili praktycznie obojętnie obok sympatyków Interu i vice versa. Jedynie pod stadionem jak i w czasie meczu dochodziło do potyczek słownych pomiędzy kibicami. Co równie ciekawe na trybunach obok siebie siedzieli fani obu drużyn, nikt nie krył się ze swoimi sympatiami i całkowicie swobodnie reagował na wydarzenia boiskowe. Podczas całych derbów nic niepokojącego się nie działo, nie było także przesadnie dużo policji.

Przed meczem

W okolice stadionu Giuseppe Meazza, większości kibiców znanego pod nazwą San Siro, przybyliśmy mniej więcej dwie godziny przed meczem i od razu natrafiliśmy na ultrasów Milanu, którzy podążając w stronę zajmowanej przez siebie trybuny „Curva Sud” (Zakole Południowe) wśród flag, rac i przy akompaniamencie bębnów głośno wspierali swój klub. Wtórowali im pozostali kibice Rossonerich przebywający aktualnie pod stadionem. A po chwili odezwali się fani Interu. Po krótkiej wymianie zdań ultrasi udali się na stadion. 

My również podążyliśmy w stronę bramy wskazanej na biletach, a po drodze zakupiliśmy jeszcze okazjonalne szaliki. Aby wejść na stadion musieliśmy przejść przez trzy kontrole. Najpierw czekała nas kontrola tożsamości. Bilety były imienne, więc każdy z nich został sprawdzony z danymi osobowymi widniejącymi w paszporcie lub dowodzie. Następnie była kontrola osobista pod kątem niedozwolonych przedmiotów, a dopiero na końcu bramki z czytnikami. Po potrójnej weryfikacji mogliśmy udać się na właściwą trybunę. Niestety stanęła przed nami nieoczekiwana przeszkoda. Otóż wejście na nasz sektor zagrodzony został z jednej strony barierkami, więc steward nakazał przejście dookoła całego stadionu. Na szczęście do pierwszego gwizdka było jeszcze sporo czasu, a po drodze spotkaliśmy sympatycznego, młodego Włocha, który również podążał w tym samym kierunku i przeprowadził nas nie tylko wokół stadionu, ale także w pewnym momencie pod jego trybunami. Po niespodziewanym spacerze czekało nas jeszcze pokonanie sporej ilości schodów, aż w końcu mogliśmy zasiąść na trybunach. 

Mecz

Po rozgrzewce, na 15 minut przed spotkaniem rozpoczęła się prezentacja obu drużyn, ubogacona efektami świetlnymi. Wyszło doprawdy znakomicie. Następnie ultrasi zaprezentowali oprawy, a po chwili mecz się rozpoczął. Pierwsza połowa upłynęła pod dyktando Milanu, a po stracie dwóch goli fani Nerazzurrich byli totalnie załamani. Za to druga część spotkania bez wątpienia przejdzie do historii. Inter w przeciągu dwóch minut doprowadził do remisu, po kolejnych kilkunastu wyszedł na prowadzenie, by w doliczonym czasie gry dobić rywala. Niesamowity comeback Interu! Od 0-2 do 4-2! Jedni w ekstazie, inni w rozpaczy. Inter wygrywa #DerbyMilano i zostaje liderem Serie A. Doprawdy niesamowity mecz, emocje wręcz nie do opisania, niepowtarzalny klimat!!!

Po meczu

Mediolan ma bardzo dobrze rozbudowaną sieć metra, więc nic dziwnego, że większość kibiców wybrała ten środek lokomocji. Na stacji San Siro Stadio znajdują się bramki, które automatycznie odliczają ilość wchodzących osób, a następnie się blokują. Dlatego też wraz z tysiącami kibiców musieliśmy poczekać na swoją kolej. Na szczęście zapewniono sporo pociągów, a cala procedura przebiegła sprawnie, więc napierający tłum zbyt długo nam nie dokuczał.

Mediolan

Do Włoch wybraliśmy się ze względu na derby pomiędzy Interem a Milanem, ale Mediolan to przecież nie tylko siedziba dwóch wielkich klubów, ale także miasto pełne ciekawych zabytków. Mając do dyspozycji kilka dni udało nam się zobaczyć zarówno najbardziej popularne miejsca, jak i te nieco mniej oczywiste.

Obowiązkowym punktem podczas zwiedzania stolicy Lombardii jest oczywiście Duomo di Milano, czyli mediolańska Katedra. Bez wątpienia perełka Mediolanu. Katedra jest doprawdy przepiękna, robi niesamowite wrażenie z zewnątrz (zwłaszcza przy słonecznej pogodzie), a także imponuje swoim wnętrzem. Największą atrakcją jest zaś wejście na dach, z którego rozpościera się niesamowity widok na panoramę miasta.

Tuż obok Duomo di Milano znajduje się jedna z najsłynniejszych galerii handlowych świata – Galeria Wiktora Emanuela II, pełna wykwintnych restauracji oraz butików najbardziej luksusowych projektantów. Na zakupy w galerii mogą sobie pozwolić nieliczni, ale przejść przez nią musi każdy odwiedzający Mediolan, co uczyniliśmy z wielką przyjemnością. Przeszklone kopuły oraz liczne freski z pewnością na długo zapadną nam w pamięci. Po przejściu przez galerię trafiliśmy na plac Piazza Della Scala, gdzie znajduje się pomnik Leonarda da Vinci oraz jedna z najsłynniejszych scen operowych świata – teatr La Scala. Kolejnym punktem na naszej liście był Zamek Sforzów, Park Sempione, a także Łuk Pokoju.

Nie licząc Katedry i Galerii kolosalne wrażenie zrobił na mnie również Cmentarz Monumentalny. Ktoś powie, a co ciekawego można znaleźć na cmentarzu? Otóż ten mediolański to istna galeria sztuki pod gołym niebem. Niezliczone nagrobki, rzeźby, obeliski i świątynie. Nawet zdjęcia nie oddają jego potęgi. To trzeba po prostu zobaczyć! Innym nieoczywistym miejscem w Mediolanie jest kościół św. Maurycego. Z zewnątrz zupełnie niepozorny, dlatego też nie wiedząc o jego istnieniu można przejść obok jednej z największych atrakcji Mediolanu zupełnie obojętnie. My jednak, jako dobrze przygotowani turyści wiedzieliśmy doskonale, iż koniecznie trzeba wejść do środka, gdyż dopiero wnętrze świątyni zachwyca. Ściany i sufity ozdobione są, bowiem cyklem fresków, przez co kościół nazywany jest „Kaplicą Sykstyńską” Mediolanu.


Oprócz zabytkowej części miasta udaliśmy się również na Piazza Gae Aulenti, czyli do nowoczesnej strony Mediolanu. Tam ujrzeliśmy najwyższy wieżowiec we Włoszech – Torre Unicredit (231 metrów), a nieco dalej dwa unikatowe apartamentowce Bosco Verticale, czyli Pionowy Las. Innym interesującym miejscem miasta jest główny dworzec kolejowy Milano Centrale, a równie ciekawą atrakcją przejażdżka zabytkowym tramwajem, który dosłownie przenosi w czasie wprost do innej epoki.

Wśród zwiedzonych obiektów rzecz jasna nie mogło zabraknąć San Siro, które koniecznie chcieliśmy ujrzeć nie tylko wieczorem w dniu meczu, ale także za dnia. Stadion w obu przypadkach prezentował się równie okazale. W mieście odnaleźliśmy także oficjalne sklepy klubowe Milanu, Interu, a nawet znienawidzonego przez mediolańczyków – Juventusu.

Powrót

Wszystko, co zaplanowałam przed wyjazdem do Mediolanu się udało, a to, czego nie mogłam zaplanować, czyli przebieg meczu, wyszło wyśmienicie. Niestety wyjazd, jak to zwykle bywa, minął w mgnieniu oka i trzeba było wracać do szarej rzeczywistości. Na koniec pobytu spotkała nas niemiła niespodzianka, w postaci opóźnienia samolotu. Tę niedogodność wynagrodził nam jednak niesamowity widok z hali odlotów na Bergamo i górujących nad miasteczkiem Alp. Z lekkim poślizgiem, ale najważniejsze, że szczęśliwie wróciliśmy do Polski. Ciao Italia!


P.S. Więcej zdjęć znajdziecie na naszym Facebooku. Enjoy! ;) ---> Galeria.


Powiązane wpisy:
      1. Real Madryt w Warszawie
      2. Madryt cześć 1 i część 2
      3. Futbolowe podróże – Liverpool

wtorek, 28 sierpnia 2018

„Lektury dla kibica” – Magiczna historia Özila

Dziś bomba wśród autobiografii!

Rozdział 168.

Mesut Özil. Magia w grze. Moja historia – Mesut Özil, Kai Psotta

Wśród miłośników literatury sportowej krąży popularna opinia, iż książek czynnych sportowców raczej nie warto czytać. Sama z rezerwą podchodzę do takich pozycji. Są one często bardzo „ugrzecznione”, rzadko zaskakują, czy też ujawniają kulisy wielkiego sportu. Jednak jak wszędzie także i wśród tej grupy książek znajdziemy pewne wyjątki. Taką „perełką” byłą autobiografia Zlatana Ibrahimovicia, jest nią bez wątpienia również książka Mesuta Özila.

„To boisko, murawa jest moją sceną. Ona mnie elektryzuje. To tam jest moje miejsce.”

„Magia w grze” to lektura, która całkowicie przeczy obrazowi książek czynnych piłkarzy. Szczera, nieszablonowa, ponadprzeciętna. Özil zdradza kulisy, nie pomija trudnych tematów, wprowadza do piłkarskiej szatni i gabinetów prezesów. Książka jest pełna anegdot i ciekawych historii. Od początku wciąga i fascynuje, naprawdę trudno się oderwać od czytania. To jedna z lepszych pozycji znajdujących się na polskim rynku literatury sportowej.

„Bez cienia winy stałem się obiektem publicznej niemiecko-tureckiej kłótni.”

Jednym z ważniejszych i ciekawszych elementów książki jest temat przynależności narodowej Mesuta. Piłkarz opowiada o niechęci do obcokrajowców, której doświadczył. Wspomina moment wyboru reprezentacji Niemiec, jako swojego kraju, a także nieprzyjemne sytuacje z tym związane, czy też niekończące się dyskusje. Tłumaczy również, dlaczego nigdy przed meczem reprezentacji nie śpiewał hymnu Niemiec. Warto zapoznać się ze zdaniem piłkarza, jego historią i przekonaniami zwłaszcza w świetle wydarzeń mających miejsce po tegorocznym mundialu. 

„[…] myślę po niemiecku i czuję po turecku.”

Rasizm, dyskryminacja i kwestia obywatelstwa Mesuta to tylko jedna z wielu interesujących treści, poruszanych przez piłkarza. Özil nie miał oporów także przed wyrażeniem swojego zdania dotyczącego niebotycznych pieniędzy, które są obecne w futbolu. Piłkarz bez ogródek stwierdza, że aktualne kwoty są niezdrowe i nie da się ich wytłumaczyć fanom. Prezentowany przez Mesuta światopogląd jest bez wątpienia efektem jego pochodzenia, wychowania, a także ciężkiej pracy, którą wykonywała matka Mesuta, aby móc zarobić na chleb. Pomimo całego bogactwa, które dzięki grze w piłce posiada Özil, to pozostał on twardo stąpającym po ziemi mężczyzną.

„Paul Pogba to oczywiście dobry piłkarz, ale ani on, ani żaden inny zawodnik nie jest warty 100 milionów euro. Ja też nie jestem warty 50 milionów.”

Czytając autobiografię Özila poznacie nie tylko jego opinie na powyższe tematy, ale także prześledzicie jego dotychczasową karierę. Dowiecie się, kto był dla niego kluczowym trenerem, jak piłkarz traktuje publiczność podczas meczu oraz które spotkanie uznał za najlepsze, jakie w życiu rozegrał. Zawodnik ujawnia kulisy konfliktu z Schalke, a także wyjaśnia, dlaczego odmówił Manchesterowi United. Opowiada o tym, co odebrała mu piłka nożna i związana z nią popularność. Zdradza nawet, co Joachim Löw powiedział przed półfinałowym meczem Niemców z Brazylią, który zakończył się pogromem gospodarzy mistrzostw świata 2014.

„Trzeba czuć Real, aby go pojąć.”

Özil sporo miejsca poświęca swojej karierze w stolicy Hiszpanii. Zdradza, dlaczego trafił do Realu Madryt, jednocześnie rezygnując z możliwości gry w Barcelonie. Dowiecie się, w jaki sposób Sergio Ramos przyjął go w Madrycie, jaki w rzeczywistości jest Cristiano Ronaldo oraz jakie zakazy stosował Mourinho. Mesut wspomina tyradę portugalskiego trenera w szatni Realu pod swoim adresem, a także ujawnia, co Mourinho powiedział zawodnikom po porażce 0–5 z Barceloną. Odkryjecie nawet jak wygląda El Clásico z perspektywy grającego w nim piłkarza.

„Żaden klub nie wywołuje w ludziach takiego szaleństwa jak Real Madryt.”

Özil przedstawia kulisy swojego odejścia z Realu. Zdradza, z którymi zawodnikami Los Blancos najpierw podzielił się informacją, iż opuści Madryt, a także opowiada, dlaczego tak trudno było mu pożegnać się z klubem. Dowiecie się również, czy Mesut obarcza winą swojego ojca za konflikt z Florentino Pérezem, który doprowadził do niechcianego transferu.

„Nie miałem ani trochę ochoty ma opuszczanie Madrytu.”

„Mesut Özil. Magia w grze. Moja historia” to świetna książka, która nie zawiedzie żadnego kibica. Prawdziwa, wciągająca, bez wątpienia godna polecenia. Takich książek właśnie nam potrzeba!


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.



Źródło zdjęcia: własne

Powiązane wpisy:
       1. Ja, Ibra. Moja historia
       2. Pirlo. Myślę, więc gram

środa, 7 października 2015

„Lektury dla kibica” - Przybyłem, zwyciężyłem, odszedłem

Wydawnictwo Sine Qua Non wiedzie prym na rynku książek sportowych w Polsce. Nie ma praktycznie miesiąca w roku by nie pojawiła się nowa pozycja. Dziś do księgarń trafiła kolejna książka o Pepie Guardioli. Recenzje wcześniejszych lektur – „Pep Guardiola. Biografia” i „Pep Guardiola. Oczami innych” – mogliście już przeczytać na blogu, więc tym razem nie może być inaczej.

Rozdział 83.

Pep Guardiola. Sztuka zwyciężania - Guillem Balagué

Początek książki to poniekąd „dialog” pomiędzy wstępem autorstwa sir Alexa Fergusona a prologiem, który jest odpowiedzią na słowa Szkota. Następnie Guillem Balagué, jak często inni autorzy pozycji biograficznych, przytacza historię od końca, czyli od odejścia Pepa (trenera) z klubu jego życia. Przedstawia powody owej decyzji, by potem cofnąć się w czasie i opowiedzieć jak Guardiola od chłopca do podawania piłek dotarł do ławki trenerskiej na Camp Nou.

„Przybył do Barcelony w 2007 roku jako pełen życia nowicjusz, nowy trener drużyny B. Odszedł wyczerpany jako trener pierwszego zespołu, pięć lat i 14 tytułów później.”

Książka powstała głównie na podstawie rozmów, które autor odbył z Pepem Guardiolą, jego piłkarzami oraz licznymi postaciami futbolu (i nie tylko), których życiowa droga przecięła się z tą po której podążał Katalończyk. Dlatego też niektóre tajemnice zdradzają byli podopieczni Hiszpana – m.in. Abidal, Piqué, Xavi oraz Iniesta. Mamy również możliwość przeczytania wypowiedzi wspomnianego już Fergusona, a także Johana Cruyffa, czy też Louisa van Gaala.

 „[…] Pep zawiesza poprzeczkę na zbyt wysokim poziomie, przez co prześladuje go poczucie, że nigdy nie jest wystarczająco dobry.”

Najwięcej miejsca autor poświęca okresowi, dzięki któremu Pep przeszedł do historii, czyli sezonom, podczas których prowadził drużynę Barcelony. Nie otrzymujemy jednak suchych faktów, statystyk i relacji meczowych. Poznajemy natomiast sposób myślenia i funkcjonowania Guardioli, jego poglądy na temat taktyki, techniki motywacyjne. Otrzymujemy możliwość poznania słów, w których zawiera się cała filozofia Pepa, dostajemy do ręki nawet przemowę, którą wygłosił podczas pierwszego spotkania z piłkarzami po objęciu stanowiska trenera pierwszej drużyny. Taki sposób „podejścia” do tematu to coś, co wyróżnia tę książkę na tle innych biografii. Nie jest banalna, gdyż odkrywa osobowość trenera. Guillem Balagué dokonał dogłębnej analizy jego psychiki.

„Guardiola dobrze wiedział, że w wielkich klubach zawsze są duże oczekiwania. Zwycięstwa są obowiązkiem, a porażki zawsze winą trenera.”

Guardiola będąc trenerem Barcelony osiągnął niepowtarzalny sukces, ale nie uchronił się od problemów i błędów. Dlatego też nie jest to książka jedynie wychwalająca Katalończyka. Autor nie pomija trudnych wątków, jakimi niewątpliwie były stosunki z takimi zawodnikami jak Eto’o, Ibra, czy też Yaya Toure. Guillem Balagué przedstawia także burzliwe relacje Guardioli z Jose Mourinho oraz ich (nie)sportową rywalizację.

„Przypuszczalnie pewnego dnia […] Pep spojrzy wstecz na pojedynki z Mourinho i zda sobie sprawę, że ponieważ popchnęły go do granic możliwości jako człowieka i trenera, stał się lepszy w tym, co robi.”

Pierwsze wydanie książki kończy się wraz z pożegnaniem Pepa z Barceloną i wzięciem przez niego „wolnego od piłki” na rok. Jednak od tego momentu minęło już trochę czasu i polskie wydanie lektury zawiera już wersję z dopisaną częścią traktującą o pobycie Hiszpana w USA i podpisaniu kontraktu z Bayernem Monachium. Załączone zostały także statystyki, jak to zostało określone w książce, „z tych czterech wspaniałych lat”, w których trenerem Barcy był Guardiola.

 „Nigdy nie obiecywał tytułów, ale każdy się do nich przyzwyczaił.”

Dzięki tej książce dowiecie się, kto, jako jedyny z całej wioski, z której pochodzi słynny trener, kibicował Espanyolowi, co Johan Cruyff powiedział Guardioli w przerwie meczu, w którym piłkarz debiutował w pierwszej drużynie Barcelony i co Cruyff przekazał swoim zawodnikom przed finałem Pucharu Europy ’92.

Przeczytacie jak Hiszpan przekonał dyrektora sportowego Barcy by pozwolił mu trenować drużynę B zamiast proponowanego zarządzania akademią klubu i dlaczego siedząc na ławce drużyny rezerw mówił po włosku. Odkryjecie, jaki wpływ na Pepa miała choroba Tito Vilanovy, jak piłkarze postrzegają Guardiolę oraz jak nazywali go jego najlepsi zawodnicy.

„Cruyff zniknął, lecz jego dziedzictwo pozostało w osobie Pepa Guardioli, tyczkowatego młokosa ze środka pola, który stał się ikoną i ucieleśnieniem filozofii wcielonej w życie przez Holendra.”

Dowiecie się, dlaczego Hiszpan po dwóch latach zniósł system kar i sankcji obowiązujący piłkarzy łamiących zasady, z czego rodzi się jego frustracja i za co Javier Mascherano zawsze będzie wdzięczny trenerowi.

Uważacie, że gdy Guardiola został trenerem Barcy przeprowadził w klubie rewolucję czy ewolucję? Chcecie się dowiedzieć, która decyzja przekonała go, że logika nie powinna być ważniejsza od jego instynktu? Zapraszam do lektury.

„Nieprawdopodobne nie znaczy niemożliwe… Trzeba wierzyć.”

„Pep Guardiola. Sztuka zwyciężania” to pozycja, która pozwoli kibicom Barcelony zrozumieć powody odejścia Guardioli. To książka, która kibicom Bayernu objawi fenomen Hiszpana. To lektura, która wszystkim fanom futbolu pokaże jak ciężka jest sztuka zwyciężania.

„Chciał, aby ludzie przemyśleli definicje sukcesu: jeśli kluby takie jak Barcelona, Real czy United na miesiąc przed końcem sezonu pozostają w grze o tytuły, wszystko zostało wykonane poprawnie. Reszta zależy od przypadku […].”


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.



Źródło zdjęcia: własne

AUTOR: RealAnia

piątek, 22 lutego 2013

„Lektury dla kibica” - Co łączy Agassiego i Ibrę?

Kontynuując rozpoczętą akcję promowania czytelnictwa wśród kibiców, dziś bliżej przyjrzymy się dwóm z pozoru zupełnie różnym postaciom. Co może mieć wspólnego tenisista i piłkarz? Chyba niewiele. Jednak tych dwóch bohaterów łączy, co najmniej to, że zdobywali mistrzowskie tytuły w swoich dyscyplinach oraz fakt, że w czasie swoich karier nie raz wywoływali kontrowersje. A także to, że obaj napisali niesamowite autobiografie.

Rozdział 3.

Andre Agassi „Open. Autobiografia tenisisty.”

Zastanawialiście się kiedyś, jaka dyscyplina jest najbardziej samotnym sportem na świecie? Nie musicie szukać daleko, Agassi powie wam, że jest to tenis. Co więcej nawet was do swojej teorii przekona.

Od książki trudno się oderwać. „Bije” z niej prawdziwa szczerość. Amerykanin opisuje swoje życie na korcie i poza nim nie pomijając zarówno wielkich sukcesów, jak i osobistych błędów i porażek. Z fotograficzną precyzją przywołuje swoje kluczowe mecze. Opowiada o przygodzie z narkotykami. Wyjaśnia, co jest powodem spania na podłodze i uzależnienia od zastrzyków z kortyzonu. Przedstawia nieudany związek z aktorką i modelką Brooke Shields oraz wielką miłość do Stefanie Graff.

Autobiografia Agassiego to niezwykle intrygujące wspomnienia wielkiego tenisisty. Człowieka, który nienawidząc tenisa, stał się mistrzem i legendą tej gry. Jak można nienawidzić danego sportu i jednocześnie związać z nim praktycznie całe swoje życie, a co więcej odnieść w nim sukces? Sięgnijcie po opowieść Andre a przekonacie się, że jest to jak najbardziej możliwe.

Rozdział 4.

Zlatan Ibrahimović, David Lagercrantz  „Ja, Ibra. Moja historia.”

Ibrahimović jest bardzo utalentowanym piłkarzem. Jednak tak samo jak wielki jest jego talent, wielkie jest jego „ego”. Na boisku to bardzo pewny siebie zawodnik, którego - jak sam przyznaje - napędza krytyka.

Ibra, podobnie jak Agassi, bardzo szczerze przedstawia swoją historię. Nie owija w bawełnę, nie ubarwia swojego życia, pokazując, że prosty chłopaka z Rosengard może dojść na sam szczyt.

Z historii Zlatana dowiecie się, komu kibicował podczas mistrzostw świata w USA w 1994 roku (i nie, nie była to Szwecja), co kradł, jako dziecko, dlaczego rodzice innych dzieci zbierali podpisy by wyrzucić go z drużyny, jak udało mu się wywołać uśmiech na twarzy Mourinho, który nigdy nie reagował na jego piłkarskie popisy, a także, jakie sztuczki i metody negocjacji stosują agenci zawodników i dyrektorzy sportowi.

Podsumowując jest to naprawdę fantastyczna opowieść. I nawet, jeśli ktoś nie lubi Zlatana, po przeczytaniu książki, z dużym prawdopodobieństwem, stwierdzi, że to wcale nie jest taki zły facet.

Za tydzień w cyklu „Lektury dla kibica” „pojedziemy” do słonecznej Hiszpanii.

Źródła zdjęć: własne

AUTOR: RealAnia

czwartek, 15 listopada 2012

"Ibracadabra"

Niesamowity. Fenomenalny. Niepowtarzalny. Zdumiewający… Taki jest Zlatan Ibrahimović i taki też był jego czwarty gol strzelony w meczu towarzyskim z Anglią. Gol zdobyty przewrotką z prawie 30 metrów! Bez wątpienia to jedna z najpiękniejszych bramek, jakie futbolowy świat kiedykolwiek widział.

Źródło: dailymail.co.uk
Ibrahimović to piłkarz jedyny w swoim rodzaju. Zawodnik, który gdziekolwiek się nie pojawia, wszędzie wywołuje sensacje. Często szokuje, nie zawsze pozytywnie. Jednak zazwyczaj jest nieocenionym piłkarzem drużyny, w której barwach akurat występuje. Dla przykładu wystarczy wspomnieć, że nieco ponad tydzień temu aż czterokrotnie asystował przy bramkach PSG w spotkaniu Ligi Mistrzów z Dinamem Zagrzeb. Wczoraj sam cztery razy pokonał bramkarza rywali w meczu międzypaństwowym. A ostatnią bramką wprawił w zachwyt wszystkich kibiców.

Zlatan od dziecka grał efektownie, o czym możemy się przekonać czytając jego autobiografię. Uwielbiał Brazylijczyków, głównie jednego – Ronaldo i godzinami naśladował jego sztuczki, starając się dojść do perfekcji. Nawet, gdy zarzucano mu, że gra samolubnie ciągle dryblując, on nic sobie z tego nie robił. Nigdy nie przestał być sobą. Pozostał wierny swojemu stylowi gry.

Wczoraj znów ujrzeliśmy prawdziwego „Ibrę” - piłkarza, który od zawsze miewał specyficzne pomysły na wykończenie poszczególnych akcji. Bo jakim trzeba być „wariatem”, aby z niespełna 30 metrów zdecydować się na strzał przewrotką? A jakim geniuszem, aby trafić do bramki?

 AUTOR: RealAnia

czwartek, 20 września 2012

Champions League is back!

Liga Mistrzów, po prawie czterech miesiącach przerwy, powróciła na europejskie areny. I to, powróciła w iście wielkim stylu. W pierwszej serii spotkań ujrzeliśmy praktycznie wszystko, czego można było oczekiwać od najbardziej elitarnych rozgrywek klubowych w Europie.

Były szlagiery, które pozostały szlagierami nie tylko na papierze, ale również na boisku. Pojedynek Realu Madryt z Manchesterem City dostarczył wielkich emocji. W ciągu ostatnich 20 minut meczu padło aż pięć bramek, a Królewscy, choć dwukrotnie przegrywali zdołali ostatecznie przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Drużyna Mourinho pokazała, że pomimo iż przeżywa wielki kryzys w rozgrywkach ligi hiszpańskiej, nie ma zamiaru przenosić go również do europejskich pucharów. Drugim hitowym pojedynkiem pierwszej kolejki Champions League było spotkanie obrońcy tytułu – Chelsea Londyn – z Juventusem Turyn. I choć gospodarze prowadzili na Stamford Bridge 2:0 po dwóch trafieniach Oscara, w starciu z Włochami zdołali zdobyć zaledwie jeden punkt.

Były piękne gole, takie jak bramka Marcelo, cudowny strzał Oscara, czy też trafienie Toniego Kroosa. Jak i gole Polaków. A właściwie jednego Polaka po podaniu innego naszego rodaka. Bramka, która dała Borussii Dortmund zwycięstwo z Ajaksem Amsterdam. Strzelca nie trzeba nikomu przedstawiać. Jest nim oczywiście Robert Lewandowski.

Były i zmarnowane karne. Pomylił się Huntelaar w meczu z Olympiakosem, Hummels z Ajaksem, Mandzukic w starciu z Valencią oraz Nani w spotkaniu z Galatasaray. Liczne były pomyłki, ale wciąż są tacy, którzy potrafią bezlitośnie wykorzystywać strzały z jedenastu metrów - patrz: Zlatan Ibrahimovic i zawodnik Montpellier - Younès Belhanda.

Ujrzeliśmy nawet bramkę samobójczą. Strony boiska najwyraźniej „pomyliły się” obrońcy Barcelony – Alvesowi.

Było zaskoczenie, gdy BATE Borysów z dużą łatwością pokonało na wyjeździe Lille, a Sporting Braga przegrał na własnym stadionie z CFR Cluj.

Był również rekord. Zlatan Ibrahimovic został pierwszym zawodnikiem w historii Champions League, który zdobył gole dla sześciu różnych drużyn. Strzelał dla Ajaksu Amsterdam, Juventusu Turyn, Interu Mediolan, FC Barcelony, AC Milan, a we wtorek dla Paris St Germain.

Czy czegoś zabrakło? Myślę, że sensacji. Prawdziwej sensacji. A za taką można by uznać porażkę Barcelony ze Spartakiem Moskwa. Można by, gdyby Messi nie stwierdził, że skoro Katalończycy od 15 lat nie przegrali pierwszego meczu w Lidze Mistrzów, to, dlaczego miałoby się to stać właśnie teraz, i tym samym dwukrotnie wpakował piłkę do siatki przeciwnika dając trzy punkty drużynie z Camp Nou.

Mówiąc krótko: Liga Mistrzów powróciła. I na całe szczęście za szybko nas nie opuści. A z pewnością jeszcze nie raz zachwyci i zaskoczy.

AUTOR: RealAnia