Pokazywanie postów oznaczonych etykietą El Clásico. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą El Clásico. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 maja 2020

„Lektury dla kibica” – Historia europejskiej taktyki

Dziś książka dla prawdziwych piłkarskich pasjonatów. 

Rozdział 220.

Gegenpressing i tiki-taka. Jak rodził się nowoczesny europejski futbol – Michael Cox

Futbol totalny w Holandii, żelazna defensywa we Włoszech, tiki-taka w wykonaniu Hiszpanów, zabójczy pressing Niemców. Zastanawialiście się kiedykolwiek, w jaki sposób tworzyły się charakterystyczne style gry w danych krajach? Jakie postaci znacząco wpłynęły na kolejne pokolenia? Jak na przestrzeni lat zmieniało się postrzeganie piłkarskiej taktyki? Wreszcie, jak rodził się nowoczesny europejski futbol? Jeśli poszukujecie odpowiedzi na powyższe kwestie to koniecznie powinniście sięgnąć po książkę „Gegenpressing i tiki-taka” pióra Michaela Coxa, brytyjskiego dziennikarza, autora pozycji „Premier League. Historia taktyki w najlepszej piłkarskiej lidze świata”.

„Holendrzy wyprzedzali swoje czasy.”

„Gegenpressing i tiki-taka” to historia nowoczesnego futbolu na Starym Kontynencie. Mówiąc dokładniej to analiza stylów gry w „siedmiu najbardziej wpływowych piłkarsko krajach Europy”, czyli – według chronologii przyjętej przez autora – w Holandii, Włoszech, Francji, Portugalii, Hiszpanii, Niemczech oraz Anglii. Michael Cox ukazuje zmiany, jakie w ostatnich trzech dekadach, począwszy od 1992 roku, dokonały się w europejskiej piłce. Przedstawiając najważniejsze piłkarskie innowacje analizuje czteroletnie okresy z futbolowej historii wyżej wymienionych krajów, choć nieraz wykracza poza przyjęte ramy. 

„[…] we Włoszech najważniejszy jest wynik, a cel uświęca środki.”

Książka została podzielona na siedem części, każda dotyczy jednego państwa. Wspomnianej analizie zostaje poddana taktyka i sposoby gry nie tylko całych zespołów, ale czasem poszczególnych formacji, a nawet konkretnych zawodników, czy też trenerów. Michael Cox ukazuje jak Holendrzy nauczyli Europę rozgrywać akcje od obrony, przedstawia największych wyznawców włoskiego catenaccio, wyjaśnia, która cecha była kluczowa dla francuskich napastników oraz wspomina najlepszych portugalskich skrzydłowych. Opisuje drogę, jaką przeszła reprezentacja Hiszpanii od grania trójką napastników na MŚ w 2006 roku do obrony tytułu mistrzów Europy występując praktycznie bez klasycznego snajpera. Wyjaśnia jak Niemcy „wymyślili siebie na nowo”. Wreszcie ukazuje jak wiele angielska liga zawdzięcza wpływom zagranicznym.

„W dwóch nacjach, które zdominowały europejski futbol, klasyczni napastnicy niemal wymarli.”

„Gegenpressing i tiki-taka” to doprawdy interesująca pozycja, ale nie idealna. Koncepcja książki jest, bowiem nieco uproszczona, a przyjęte ramy czasowe trochę „naciągane”. Wystarczy wspomnieć, iż niektóre wydarzenia dużego formatu – takie jak mistrzostwo świata Włochów, potrójna korona Fergusona, a nawet trzy triumfy z rzędu Realu Madryt w Lidze Mistrzów – zupełnie nie pasują do wybranych przez Michaela Coxa czteroletnich okresów dominacji poszczególnych państw. Z drugiej strony hegemonia Hiszpanów na arenie międzynarodowej w latach 2008-2012 została umiejscowiona perfekcyjnie. Autor jest jednak świadomy tych niedociągnięć związanych z układem książki, o czym wspomina we wstępie lektury. 

Warto również nadmienić, iż choć książka dotyczy ściśle stylów gry i taktyki nie jest krystalicznie obiektywna. Cox niebywale docenia drużyny prowadzone przez Cruyffa, czy też Guardiolę opisując ich dokonania nie tylko obszernie, ale i jednostronnie. Odkładając jednak na bok własne sympatie, z lektury możemy wynieść doprawdy pokaźną dawkę piłkarskiej wiedzy.

„[…] w Portugalii ceni się skrupulatne podejście do futbolu.”

Jak przystało na Wydawnictwo SQN w książce trudno doszukiwać się literówek, czy też uchybień w przekładzie. Aczkolwiek redakcja niestety powieliła błąd nagminnie występujący w polskich mediach używając określenia Gran Derbi wymiennie z El Clásico. Dlatego przypominam w Hiszpanii określenie Gran Derbi dotyczy derbów Sevilli, a mecz pomiędzy Realem Madryt i Barceloną to El Clásico, Klasyk, ewentualnie Derbi Espańol.

„Zidane stał się dosłownie symbolem triumfu Francji na własnym podwórku.”

Sięgając po tę książkę przeczytacie jak wprowadzenie zakazu łapania przez bramkarzy futbolówki celowo podanej przez partnerów z zespołu wpłynęło na europejską piłkę. Dowiecie się, dlaczego van Gaal nie cierpiał dryblingów, który piłkarz z pola w największym stopniu wpłynął na postrzeganie roli bramkarza, jak również, który klub najbardziej ucierpiał na wprowadzeniu „prawa Bosmana”. Ponadto odkryjecie gdzie znajdował się piłkarski Oksford, czyli „najlepszy europejski uniwersytet futbolowy”.

Dowiecie się, którą sztuczkę techniczną Zidane’a nazywano „marsylską ruletką”, który portugalski klub wyspecjalizował się w wychowywaniu skrzydłowych, czy też, który trener zastosował ustawienie wyglądające na 3-7-0. Odkryjecie, kto w Barcelonie nosił przydomek Maszyna, dlaczego Mourinho uwielbiał Mesuta Özila, a nawet, na który kraj największy wpływ wywarli piłkarze urodzeni w byłych koloniach lub za granicami. Przeczytacie również jak brzmiała złota reguła dotycząca ustawienia bocznego obrońcy i skrzydłowego. 

„[…] najlepsze zespoły w Premier League zostały zdominowane przez obcokrajowców – najpierw piłkarzy, później menedżerów, a w końcu i właścicieli.”

Michael Cox porównuje styl prowadzenia drużyny Cruffa i van Gaala, wyjaśnia, dlaczego uważa, iż Zidane był bardziej reprezentantem Francji niż graczem klubowym, wspomina, kiedy w Europie rozpowszechnił się pomysł na grę „fałszywą dziewiątką”. Brytyjski dziennikarz tłumaczy jak poprawnie należy rozumieć pojęcie „gegenpressing”, jak również opisuje, w czym tkwi różnica w podejściu Guardioli i Kloppa do kwestii pressingu.

Co jest źródłem ciągłych konfliktów w reprezentacji Holandii na wielkich turniejach? Które kluby tworzyły tak zwane „siedem sióstr” włoskiej piłki? Który piłkarz sprawił, że Ancelotti wreszcie przestał ściśle trzymać się systemu 4-4-2? Kto chcąc określić swoją pozycję na boisku nazwał siebie mianem „interpretatora przestrzeni”?

„Hiszpańska dominacja zmieniła europejską piłkę.”

Podobnie jak poprzednia książka autorstwa Michaela Coxa pt. „The Mixer”, również „Gegenpressing i tiki-taka” to pozycja wyłącznie dla piłkarskich pasjonatów. Każdy, kto uwielbia niuanse taktyczne i dla kogo pojęcia typu tiki-taka, krycie strefowe, czy też budowanie akcji od obrony wywołują szybsze bicie serca znalazł właśnie lekturę dla siebie!

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.


Źródło zdjęcia: własne

Powiązane wpisy:
   1. Premier League. Historia taktyki w najlepszej piłkarskiej lidze świata
   2. Calcio. Historia włoskiego futbolu

wtorek, 22 stycznia 2019

„Lektury dla kibica” – Cristiano i Leo

Historia pewnej rywalizacji.

Rozdział 181.

Cristiano i Leo. Historia rywalizacji Ronaldo i Messiego –  Jimmy Burns

Jimmy Burns to nazwisko znane czytelnikom literatury sportowej. Burns jest autorem takich pozycji, jak „Barça. Życie, pasja, ludzie”, czy też „Piłkarska furia. Podróż przez hiszpański futbol”. Obie powyższe książki oceniłam pozytywnie, więc z optymistycznym nastawieniem podeszłam do lektury pt. „Cristiano i Leo. Historia rywalizacji Ronaldo i Messiego”. Czy kolejna książka Burnsa okazała się równie dobra, co poprzednie? Przekonajmy się…

„Jeżeli którykolwiek z nich istniałby bez drugiego, uznano by go bez chwili wahania za najważniejszego piłkarza swojego pokolenia.”

Można powiedzieć, iż „Cristiano i Leo” to dwie biografie w jednym. Jimmy Burns chronologicznie opisuje losy obu piłkarzy, zarówno w poszczególnych klubach, jak i reprezentacjach, nie pomijając przy tym wątków z ich życia prywatnego. Jednocześnie zwraca uwagę na wydarzenia, które miały wpływ na osobowość i późniejsze życie obu bohaterów. Co więcej wskazuje zarówno na widoczne różnice pomiędzy Ronaldo i Messim, jak i na punkty wspólne, które na pierwszy rzut oka trudno dostrzec. Dziennikarz początkowo przeplata dwie historie, kiedy natomiast drogi CR7 i Messiego połączyły się na piłkarskiej murawie cześć dalszych wydarzeń przedstawionych zostało we wspólnych rozdziałach. 

Jeśli chodzi o ramy czasowe książki, to jest to dosyć aktualna lektura. Główna narracja rozpoczyna się od pochodzenia i narodzin piłkarzy, zaś kończy się wraz z finałem Ligi Mistrzów w Cardiff. Natomiast najnowsza historia została dopisana w epilogu. Autor krótko wspomina o trzecim z rzędu triumfie Realu w Champions League i odejściu CR7 ze stolicy Hiszpanii, zaś nieco szerzej opisuje zeszłoroczny mundial.

„Messi wygrał bitwę, ale to Ronaldo zwyciężył w wojnie.”

Książka Jimmy’ego Burnsa to jedna z wielu dostępnych na rynku pozycji traktujących o postaciach Cristiano Ronaldo i Lionela Messiego. Czy warto, więc po nią sięgnąć? Dla osób, które doskonale znają historie tych piłkarzy, czytali ich biografie i na co dzień śledzą rozgrywki lig europejskich wiele przedstawionych w książce wątków będzie znanych. Niestety nie da się uniknąć w tym temacie powtórzeń. Jimmy Burns nie wymyślił przecież ich życiorysów od nowa. Jednak pomysł na opisanie historii tych dwóch postaci łącznie zasługuje na uznanie i uwagę. Lekturę dobrze i szybko się czyta.

„Łzy Ronaldo po tamtym meczu symbolizowały smutek całego kraju.”

W przypadku kolejnej książki danego autora nie da się uniknąć także pewnych porównań. Dlatego też, jeśli miałabym ocenić książkę „Cristiano i Leo” na tle pozycji „Barça. Życie, pasja, ludzie” oraz „Piłkarska furia. Podróż przez hiszpański futbol” to w rankingu znalazłaby się… najniżej. Na taką ocenę wpływa nie tylko fakt, iż lektura niezbyt mnie zaskoczyła, ale przede wszystkim pewien istotny szczegół. Otóż w recenzji książki o historii FC Barcelony chwaliłam obiektywizm autora. Pomimo iż Jimmy Burns jest kibicem Barcy (o ironio urodzonym w Madrycie) opisał historię katalońskiego klubu taką, jaka była naprawdę. W przypadku książki o Cristiano i Leo zdecydowanie tego zabrakło. Autor nie zawsze był w stanie ukryć swoje sympatie oraz antypatie w prezentowanych treściach. To bez wątpienia największy mankament tej książki.

„Czy możecie sobie wyobrazić jednego z nich podającego piłkę do drugiego albo ich obu świętujących razem zdobycie bramki?”

Pomimo iż Jimmy Burns opisuje dobrze znane życiorysy piłkarzy, w lekturze można znaleźć ciekawe wątki. Sięgając po tę pozycję dowiecie się, który trener przeniósł Ronaldo z pozycji środkowego napastnika, – którą zajmował od dzieciństwa – na lewe skrzydło, czy też jak po latach Xavi wspominał pierwszy wspólny trening z Messim. Odkryjecie, który z nich – CR7 czy Leo – w zaledwie jednej edycji rozgrywek wystąpił w składach do lat 16, 17, 18, zespole rezerw i pierwszej drużynie. Po lekturze będzie także wiedzieli, kto nazwał Messiego „potworem” oraz z którymi trenerami Ronaldo dogadywał się najlepiej.

„[…] Messi znalazł w Inieście i Xavim bratnie dusze.”

Przeczytacie o relacjach panujących między Messim i Maradoną, a także o podobieństwach i różnicach obu Argentyńczyków. Dowiecie się, jakie rewolucje przeprowadził Guardiola obejmując pierwszą drużynę Barcelony, kim byli zawodnicy, którzy pomogli rozbłysnąć Messiemu w Katalonii, jak również, jakie cechy Leo podziwiał w Inieście. Przeczytacie nawet, co Florentino Pérez i Jorge Valdano powiedzieli autorowi na temat Cristiano.

„Ronaldo stał się zabójczym snajperem […].”

Kogo Messi nazwał „największym hiszpańskim zawodnikiem wszech czasów”? Z kim podczas gry w United Ronaldo obstawiał liczbę goli, które strzeli w nadchodzącym sezonie? Jaki zapis widnieje w kontrakcie Messiego na wypadek gdyby Barcelona została wykluczona z wszelkich rozgrywek na skutek uzyskania przez Katalonię niepodległości?

„Jego rodacy wychodzili z założenia, że dopóki Messi nie sięgnie po tytuł mistrza świata, nie będzie w pełni zasługiwał na status argentyńskiej legendy.”

„Cristiano i Leo. Historia rywalizacji Ronaldo i Messiego” to lektura, która pozwala prześledzić dotychczasową drogę, którą przeszli obaj piłkarze, aby dotrzeć na szczyt futbolowego świata. To książka, która zainteresuje nie tylko fanów obu tytułowych zawodników, ale wszystkich kibiców piłkarskich. 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.



Źródło zdjęcia: własne

Powiązane wpisy:
   1. Piłkarska furia. Podróż przez hiszpański futbol
   2. Barça. Życie, pasja, ludzie

sobota, 26 sierpnia 2017

„Lektury dla kibica” – (U)śmiech to zdrowie :)

Dziś biografia posiadacza najbardziej rozpoznawalnego uśmiechu futbolu.

Rozdział 137.

Ronaldinho. Uśmiech futbolu - Luca Caioli

Jego uśmiech i charakterystyczne uzębienie (niedawno niestety skorygowane) zna i pamięta cały piłkarski świat, choć z wielkiego futbolu zniknął kilka lat temu. Ronaldinho Gaúcho - piłkarz nietuzinkowy, obdarzony niebywałym talentem, posiadający niezwykłe piłkarskie umiejętności. Kibice Barcelony widząc dzisiejszą grę swojego zespołu z pewnością nie raz z utęsknieniem spoglądają w przeszłość, gdy w koszulce Blaugrany czarował uśmiechnięty Brazylijczyk. Teraz, dzięki książce „Ronaldinho. Uśmiech futbolu”, pierwszej wydanej w Polsce biografii Gaúcho, mogą powrócić do tych pamiętnych momentów.

„Jego uśmiech nie jest tajemniczy jak ten Mony Lisy, lecz szczery i wyraźny.”

Luca Caioli ukazuje postać Brazylijczyka wspominając najważniejsze momenty jego życia i kariery. Kluczowe gole, mecze, trofea i transfery. Chwile niezapomniane, piękne, ale i te trudne. Książka nie jest przesadnie szczegółowa, ale zawiera ciekawe informacje. Zwłaszcza interesujące są fragmenty dotyczące dzieciństwa, początków kariery Ronniego oraz etapy jego życia po opuszczeniu zespołu Dumy Katalonii. Przypuszczam, iż tak jak ja, większość kibiców pamięta głównie poczynania Brazylijczyka w koszulce Barcy, więc dzięki książce Luci Caioliego będzie mogła uzupełnić swoją wiedzę. Jak wcześniej wspomniałam nie jest to lektura obfitująca w detale, dlatego też nie jest zbyt obszerna. To książka na trzy, ewentualnie cztery wieczory. Całkiem przyjemne wieczory, dodam.

„Uwielbia spędzać z piłką całe dni, ponieważ bez niej jest nikim, bez futbolówki nic nie miałoby znaczenia.”

Wspominając słynnego Brazylijczyka nie można oprzeć się wrażeniu, że mimo tego, iż swego czasu dotarł on na szczyt futbolowego świata to jednak znaczną część swojego potencjału zmarnował. Ronaldinho, laureat Złotej Piłki. Piłkarz, który z łatwością mijał obrońców. Zawodnik, który otrzymał owację od kibiców odwiecznego rywala na jego stadionie (tak, tak mowa o Bernabéu). Gwiazda Ronaldinho, choć intensywnie, świeciła krótko. Dla jego fanów bez wątpienia zbyt krótko. Niestety Ronnie tak jak piłkę kocha zabawę. Tej części swojej brazylijskiej tożsamości nigdy się nie wyparł. Samba tak huczała mu w głowie, że pomimo ogromnych predyspozycji nie został najlepszym piłkarzem w historii.

Co prawda Luca Caioli w książce nie pomija informacji o pozaboiskowych zamiłowaniach Brazylijczyka, ale nie zagłębia się w jakiekolwiek szczegóły. Nie zaskakuje też niespodziewanymi wiadomościami. Poszukiwacze sensacji nie znajdą więc w tej pozycji nic dla siebie. Natomiast wszyscy tęskniący za boiskową magią Ronniego połkną jego biografię błyskawicznie.

„Miał ciężkie życie, jednak był przekonany, że zostanie wielkim piłkarzem.”

Sięgając po tę książkę dowiecie się jak wyglądało dzieciństwo Ronniego, z kim grał w piłkę, kiedy wszyscy jego przyjaciele byli już zmęczeni oraz w jaki sposób uczył się rozmaitych sztuczek. Odkryjecie, kto był idolem Ronniego, skąd pochodzi jeden z przydomków Brazylijczyka – Gaúcho, jak również, kto otrzymał koszulki Ronniego ze wszystkich finałów. Przeczytacie o skomplikowanych przenosinach Brazylijczyka do PSG oraz dowiecie się, kto zwrócił mu uwagę, że za dużo drybluje.

Autor wyjaśnia dlaczego w PSG Ronnie wybrał numer „21” a w Milanie zdecydował się grać z „80-tką”, kiedy w obu przypadkach jego ulubiona dziesiątka była zajęta. Dowiecie się, co prezydent Paryżan obiecał Ronaldinho za każdego strzelonego gola oraz dlaczego Ronnie nie trafił do United, choć Anglicy złożyli PSG lepszą ofertę niż Barcelona. Odkryjecie nawet, który piłkarz Barcy zawsze dotrzymywał kroku Ronaldinho w świętowaniu, czy też o ile spadła wartość Brazylijczyka od czasu jego gry w Katalonii.

„Przyjaciółka, kochanka, narzeczona: a bola, czyli piłka, jest dla Ronaldinho tym wszystkim i jeszcze czymś więcej.”

Opowieść o byłym piłkarzu Barcelony przeplatana jest wywiadami, podobnie jak miało to miejsce w innej książce włoskiego dziennikarza – pozycji „Messi. Historia chłopca, który stał się legendą”. Są to wypowiedzi trenerów, z którymi współpracował Ronaldinho. Luis Fernández, były trener PSG, wspomina, jaki Ronnie był, kiedy przybył do Paryża oraz ujawnia, z czym Brazylijczyk miał początkowo trudności. Luiz Felipe Scolari wyjaśnia, jaką rolę w wygraniu przez Brazylię mundialu w 2002 roku odegrał Gaúcho. Natomiast Frank Rijkaard zdradza jak ważną osobą w szatni Barcy był Ronnie oraz jak pracowało się na co dzień z Brazylijczykiem na treningach.

„Dla Ronaldinho piłka jest obsesją.”

„Ronaldinho. Uśmiech futbolu” to jedna z kilku książek autorstwa Luci Caioliego. W Polsce za sprawą Wydawnictwa SQN wcześniej ukazały się m.in. pozycje „Ronaldo. Obsesja doskonałości.”, „Messi. Historia chłopca, który stał się legendą” oraz „Zinédine Zidane. Sto dziesięć minut, całe życie”. Mówiąc szczerze żadna z powyższych lektur mnie nie zachwyciła. Książki włoskiego dziennikarza po prostu nieszczególnie do mnie przemawiają. Jednak mimo to najwyżej oceniam właśnie biografię Ronaldinho. Dużym walorem tej pozycji jest fakt, iż na naszym rodzimym rynku literatury sportowej jest jedyną książką o Gaúcho. Człowiek czyta więc kolejne strony z zaciekawieniem, bez cienia irytacji i swoistego déjà vu. Ta lektura to duży „powiew świeżości” na mojej półce z książkami.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.



 Źródło zdjęcia: własne

AUTOR: RealAnia

środa, 4 stycznia 2017

„Lektury dla kibica” – Futbolowy artysta

Pod koniec 2010 roku na rynku literatury sportowej ukazała się pozycja pt. „Rok w raju”. Była to pierwsza książka Andrésa Iniesty, w której piłkarz wspominał sezon 2008/09, kiedy to Barcelona wygrała rozgrywki La Liga, Puchar Króla i Ligę Mistrzów. W minionym właśnie 2016 roku Hiszpan wydał kolejną książkę, tym razem odnoszącą się do całej jego dotychczasowej kariery.

Rozdział 118.

Andrés Iniesta. Artysta futbolu. Gra mojego życia - Andrés Iniesta

W Barcelonie nazywają go Harrym Potterem, a jego grę określają mianem czystej magii. Jednak Andrés Iniesta to jeden z tych piłkarzy, których szanują nawet kibice rywali. Hiszpanie, sympatycy różnych klubów, wciąż biją mu brawo gdyż nie zapomnieli i pewnie nigdy nie zapomną, że to jego gol, bramka autorstwa właśnie Andrésa Iniesty, dała im upragniony tytuł mistrzów świata. O wielkiej sympatii do tego piłkarza przekonałam się na własnej skórze, gdy publiczność zgromadzona na Santiago Bernabéu oklaskiwała Iniestę, podczas gdy ten opuszczał murawę. I choć w tamtym momencie Real wysoko przegrywał i to z największym rywalem wdzięczność i szacunek do pomocnika Barcelony były ważniejsze niż klubowe podziały.

Andrés Iniesta to po prostu klasa sama w sobie, piłkarz wielki, a przy tym niezwykle skromny człowiek. Tak jak na piłkarskiej murawie, tak i w jego najnowszej książce pt. „Artysta futbolu. Gra mojego życia” dobrze widać tę powszechnie znaną cechę Hiszpana. Iniesta zgodnie z tym, co robi na boisku, również w książce oddaje głos innym – rodzinie, trenerom, przyjaciołom, kolegom z boiska, a nawet rywalom. To głównie oni opowiadają historię Iniesty. Andrés czasem dorzuca „swoje trzy grosze”, ale tak naprawdę poznajemy go dzięki relacji związanych z nim osób.

„Dzięki innym ludziom mogę wyrazić siebie i być tym, kim jestem.”

Książka powstawała aż cztery lata, począwszy od roku 2012. Nie jest jednak pozycją, którą zaliczyłabym do bogatych w szczegóły. Opisane zostały ważne i przełomowe momenty w karierze Hiszpana, a do kilku kluczowych wątków autorzy wracają parokrotnie. Głównym założeniem tej opowieści zdaje się być ukazanie osobowości Andresa, nie tylko, jako sportowca, ale przede wszystkim, jako człowieka.

Zgodnie ze popularnym trendem, również i ta sportowa książka nie trzyma się chronologii wydarzeń, lecz rozpoczyna od trudnego okresu, który jej bohater przeżył. W przypadku Iniesty było to lato 2009, okres, który nastąpił po zdobyciu przez Barcelonę potrójnej korony. Jednak zamiast być jednym z najszczęśliwszych w jego życiu, należał do tych najgorszych momentów. Piłkarz przeżył ciężki czas. Co prawda nikt nie nazwał tego depresją, ale sportowca dręczył wewnętrzy niepokój, a jego smutek rozrósł się do ogromnych rozmiarów wraz z informacją o śmierci bliskiego przyjaciela - Daniela Jarque. Jego stan psychiczny wpływał na dyspozycję fizyczną powodując coraz większe problemy. O swoich uczuciach opowiada sam piłkarz, ale nawet tak osobisty wątek poznajemy także z pespektywy bliskich mu osób.

„To być może niewiarygodne, ale pragnienie sukcesu jest we mnie w dalszym ciągu tak samo silnie.”

Również pozostała część historii i osobowości Andrésa zostaje ukazana głównie dzięki relacji postaci związanych z piłkarzem. Ojciec Andrésa zdradza czy kiedykolwiek rozmawiał z przedstawicielami Realu Madryt w sprawie transferu swojego syna. Víctor Valdés wyznaje, co odpowiedział Andrés, gdy po pierwszym tytule mistrzowskim bramkarz zapytał go ile tytułów Iniesta chce zdobyć w swoim życiu (będziecie mieli okazje sprawdzić czy udało mu się tego dokonać). Fizjoterapeuci Barcy i reprezentacji La Roja wspominają wiele trudnych chwil, które przeszli razem z Andrésem, kiedy piłkarz cierpiał z powodu licznych kontuzji (tak, tak nawet sztab medyczny wypowiada się w tej książce).

Sergio Ramos szczerze mówi o relacjach, które łączyły go z Iniestą w czasie maratonu burzliwych meczów El Clasico, kiedy pomiędzy ich klubami panowała zła atmosfera. Del Bosque wyjaśnia, dlaczego zbytnio nie świętował gola Iniesty w finale MŚ. Xavi wyznaje, co czuje, kiedy wszyscy łączą go z Iniestą, traktują, jako nierozerwalny duet, a czasem nawet ich ze sobą mylą. Natomiast Suarez tłumaczy, dlaczego według niego Iniesta podobny jest do Stevena Gerrarda.

Czytając tę książkę dowiecie się również, kto zabrał Iniestę do szatni Barcelony, widząc, że Andrés nie ma odwagi przekroczyć bramy stadionu przed swoim pierwszym treningiem z pierwszą drużyną. Przeczytacie, która legenda Barcy, widząc Andrésa na treningu juniorów, oznajmiła „ten chłopak jest lepszy ode mnie”. Odkryjecie, dla którego piłkarza Andrés jest tak wielkim przyjacielem, że nazywa go swoim bratem oraz który trener porównał Hiszpana do hokeisty, uznając, że Andrés nie biega, ale sunie po boisku.

„Gdybym urodził się po raz drugi, grałabym w ten sam sposób.”

Ile czasu potrzebowali trenerzy na podjęcie decyzji o przyjęciu Andrésa do szkółki juniorów Albacete po tym, co siedmiolatek pokazał na testach? Kto prosił trenera by ten zdjął na chwilę z boiska małego Iniestę, aby „trochę wyrównać szanse” w rozgrywanych meczach? Co Iniesta powiedział Guardioli po pierwszych nieudanych spotkaniach Barcy z Pepem w roli trenera? Gdzie obecnie znajduje się koszulka dedykowana Danielowi Jarque, którą Iniesta pokazał całemu światu po zdobyciu bramki na wagę zwycięstwa w mundialu? Wreszcie sam Iniesta zdradzi jak to jest strzelić gola decydującego o zdobyciu mistrzostwa świata?! ;)

Przelewanie własnych ambicji na dziecko zwykle nie wychodzi potomstwu na dobre. W przypadku Hiszpana ta niepisana zasada kompletnie się nie sprawdziła! Ojciec Andrésa marzył by jego syn został piłkarzem, którym sam pragnął kiedyś być. Mały Iniesta kochał futbol równie mocno, co jego tata, więc z chęcią podążył tą drogą. Chciałoby się powiedzieć: całe szczęście, bo dzięki temu mamy okazję podziwiać artystę na piłkarskiej murawie. Ten artysta rzadko używa słów. Przemawia głównie na boisku, ale część jego osobowości zostaje odkryta jedynie w tej książce. Tylko dzięki niej można poznać prawdziwe oblicze Andrésa Iniesty, opisane przez niego samego i grono ludzi z nim związanych.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.



Źródło zdjęcia: własne

AUTOR: RealAnia

poniedziałek, 30 maja 2016

Weekend jak ze snu

Co to były za dwa dni! Co za wieczory! Co za emocje! Dwa finały Ligi Mistrzów. Dwa spotkania rozstrzygnięte po rzutach karnych. Dwa wymarzone triumfy! Niepowtarzalne chwile!

U11décima! 

28 dzień maja od dawna zaznaczony był w moim kalendarzu. To był dzień najważniejszych derbów Madrytu od dwóch lat. Finał Champions League. Mecz o najcenniejsze piłkarskie trofeum klubowe. Real zanim w 2014 roku zdobył La Decimę czekał na triumf w Europie 12 długich lat. Teraz zaledwie po sezonie przerwy znów wywalczył awans do finału. Gol Sergio Ramosa z Lizbony wciąż tkwił mi w pamięci, kiedy piłkarzom Królewskich ponownie przyszło zmierzyć się z sąsiadem z Madrytu.

Mecz, który żaden fan futbolu nie mógłby przegapić, nie był szczególnie widowiskowy. Jednak ktoś kiedyś powiedział, że finałów się nie gra, finały się wygrywa. Wielkość pokazuje się także wtedy, kiedy drużyna potrafi odnieść sukces gdy na boisku nie idzie, gdy najlepszy zawodnik walczy z kontuzjami, gdy rywal jest lepszy. I Real pokazał swoją wielkość. Pokonał Atletico w karnych i zdobył 11 Puchar Europy! U11décima stała się faktem! Campeo11es! Reyes de Europa!!!

Los Blancos w tym sezonie przeszli niesamowitą drogę. Od niechcianego Beníteza do uwielbianego Zidane’a. Od 0-4 z Barceloną do triumfu w Mediolanie. Gdy wyjeżdżałam z Madrytu w listopadzie po klęsce w El Clásico nie przypuszczałam, że ten sezon skończy się tak cudownie. To jest właśnie futbol! To jest jego magia! Zdarzają się rzeczy niesamowite i historyczne! Ile ja bym dała, aby móc być na San Siro, a później świętować wraz z tysiącami madridistas w Madrycie!! Och... Duszą jestem jednak w stolicy Hiszpanii wirtualnie biorąc udział w zwycięskiej fecie! ;)

Real Madrid: ¿Cómo no te voy a querer? :) ❤

Cud w Lanxess Arenie

Sobota była zdecydowanie futbolowa. Niedzielny wieczór zaś zarezerwowany był dla szczypiorniaka. Vive Tauron Kielce pokonując dzień wcześniej naszpikowane gwiazdami PSG stanęło przed historyczną szansą. Wcześniej żaden polski klub nie triumfował w rozgrywkach Ligi Mistrzów piłkarzy ręcznych. Wielka szansa, ale i wielka presja. Ciężar spotkania był ogromny, co widać było po zawodnikach Vive. Finałowe spotkanie przeciwko MVM Veszprem nie układało się od samego początku. Ale nieistotne jak się zaczyna, ale jak się kończy, nieprawdaż?

Polskie drużyny, czy to reprezentacja, czy właśnie Vive przyzwyczaiły nas do tego, że niemożliwe nie istnieje, że trzeba wierzyć w nich zawsze, do końca, że zawodnicy nigdy się nie poddają! Jednak to, co się stało w Lanxess Arenie trudno pojąć. Pomimo, iż widziałam wszystko na własne oczy nadal nie mogę uwierzyć w to, co się stało!

Drużyna Tałanta Dujszebajewa przegrywała już 19-28, by następnie dokonać prawdziwego cudu. Vive odrobiło 9 bramek!! Sławomir Szmal przez ponad 11 minut nie puścił gola!!! Emocje sięgnęły zenitu, kiedy kielczanie nie wykorzystali aż dwóch karnych, a na dwie sekundy przed końcem podstawowego czasu gry Krzysztof Lijewski doprowadził do dogrywki. Co to był za rzut!! Kiedy doliczony czas gry także zakończył się remisem i o wszystkim miały zdecydować rzuty karne serce biło mi jak szalone. Dokładnie tak, jak w piłkarskich rozgrywkach Ligi Mistrzów. Hitchcock by tego lepiej nie wymyślił!!

Zawodnicy z Kielc zostawili na boisku wszystko, co mieli – zdrowie, serce, duszę - i gdyby przegrali kibice z pewnością byliby z nich dumni. Jednak oni nie zamierzali przegrać. Nie po tym, czego dokonali w drugiej połowie meczu. Wyrwali to zwycięstwo z rąk Węgrów, zwyciężyli w karnych i przywiozą puchar do Polski.

Niewątpliwie o tym meczu będzie się pamiętało i mówiło latami!!! Takie mecze sprawiają, że kocham sport jeszcze bardziej! :) ❤

AUTOR: RealAnia

niedziela, 14 lutego 2016

Witaj Ekstraklaso

Byłam na meczach mistrzostw Europy, Ligi Mistrzów, El Clásico, czy też reprezentacji Polski. Ale nigdy wcześniej nie byłam na meczu naszej rodzimej Ekstraklasy. Teraz i takie spotkanie mogę dopisać do powyższej listy, gdyż z trybun obejrzałam mecz Ruchu Chorzów z Zagłębiem Lubin.

Polską Ekstraklasę oglądam rzadko. Nie ukrywam, że poziom piłkarski specjalnie mnie nie przekonuje. Jednak przebywając, na co dzień wśród wiernych kibiców nie można być obojętnym na losy miejscowego klubu. Musiał w końcu nadejść ten dzień. Dzień pójścia na mecz. Tydzień wcześniej zadzwonił mój kuzyn (serdeczne pozdrowienia ;)) przypominając, że kiedyś obiecał, że zabierze mnie na „Estadio de Cicha” i zapytał czy nie wybierzemy się na inaugurację rundy wiosennej. Do wzięcia udziału w wydarzeniu sportowym nie trzeba mnie namawiać, chęci pojawiają się natychmiast! Niepokój wzbudziła jedynie pora roku i pogoda za oknem. Kibice to jednak „twarde sztuki” i zimno ich nie przestraszy. Zaczęliśmy, więc małe przygotowania do meczu.

Aby zobaczyć gwiazdy hiszpańskiej piłki, czy też usłyszeć na stadionie hymn Champions League wystarczy zakupić bilet. W Polsce jeszcze niedawno kibice przed udaniem się na stadion musieli wyrobić kartę kibica. Zmieniło się to w związku z nowelizacją ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych. Teraz bilety na mecz mogą zakupić także osoby, które nie posiadają karty kibica. W przypadku Ruchu Chorzów jednak chcąc kupić bilety przez Internet takową kartę posiadać trzeba. Bez niej wejściówki są także droższe. Niektórym może się wydawać, że taka karta to dodatkowy kłopot. Niemniej jednak cały proceder trwa nie więcej niż pięć minut i jest jednorazowy. Udałam się więc do oficjalnego sklepu klubowego, wypisałam krótki wniosek, a na podstawie dowodu osobistego została wyrobiona karta. Szybko, bez problemu i tanio (zaledwie 5 zł). 

Nadszedł piątek i udaliśmy się na mecz. Na stadion przy ulicy Cichej 6 ostatni raz zawitałam ponad dziesięć lat temu. Według pamięci największych fanatyków Niebieskich był to mecz barażowy o udział w II lidze ze Zniczem Pruszków. Ja pamiętam jedynie, że chorzowianie przegrali, wszystkich zdenerwowali, ale dzięki przewadze z pierwszego spotkania utrzymali się. Ponad dekadę później stadion wygląda zupełnie tak samo (wciąż czekamy na obiekt godny 14-krotnego mistrza Polski), a i gra Niebieskich ponownie nie zachwycała. Tym razem porażki jednak nie było, atmosfera również była o wiele lepsza. Kibice w znacznej liczbie pojawili się na trybunach. Byli młodzi mężczyźni, czyli osoby, które większości niezorientowanych kojarzą się z kibicami, ale także kobiety i dzieci. A nawet osoby starsze, których wieloletnia pasja i miłość do klubu była wypisana na twarzach. Bardzo przyjemny widok. Sport ewidentnie łączy pokolenia. Wszyscy głośno i przez większość spotkania kulturalnie dopingowali swoją drużynę. Szkoda, że gospodarze ani razu nie trafili do bramki i bardziej nie rozgrzali kibiców. Jednak również żadnego gola nie stracili, więc mecz można zaliczyć do umiarkowanie udanych. Jak stwierdził mój kuzyn: „jest progres, następnym razem jak pójdziesz na pewno wygrają”. I tego się trzymajmy! Nie pozostaje, więc nic innego, jak napisać do zobaczenia wkrótce. :)

Dzięki Wojtek! :)

Źródło zdjęć: własne

AUTOR: RealAnia

czwartek, 3 grudnia 2015

…Marzenia się spełnia!

Planowanie i oczekiwanie na podróż mojego życia dobiegło końca. Wreszcie nadszedł ten dzień. Dzień, w którym realizacja marzeń stała się faktem. Dzień wylotu do Madrytu. Trudno uwierzyć, że rano byłam jeszcze w pracy a wieczorem postawiłam stopy na hiszpańskiej ziemi. W stolicy Hiszpanii wylądowaliśmy przed północą, o zwiedzaniu nie było mowy, więc udaliśmy się do hotelu.

Stadion i Tour Bernabéu

Pierwszego dnia naszego pobytu – jak prawdziwi madridistas - wybraliśmy się na Estadio Santiago Bernabéu. Wysiedliśmy z podziemi metra i naszym oczom ukazał się on  - legendarny stadion. Najpierw odwiedziliśmy oficjalny sklep klubu, by nabyć brakujące obowiązkowe koszulki, a potem zakupiliśmy bilety na Tour Bernabéu. Z wejściówkami w rękach i uśmiechami na twarzy ruszyliśmy spełniać marzenia. Trudno słowami oddać towarzyszące emocje. Wszystko zaczyna się od widoku panoramicznego, który zapiera dech w piersiach. Pierwszy raz byłam na tak dużym stadionie, a jest on naprawdę ogromny! I piękny.

Zwiedzanie stadionu odbywa się indywidualnie, nikt nas nie poganiał, więc mogliśmy patrzeć do woli. ;) Później udaliśmy się w „podróż w czasie”. Były trofea zdobyte przez klub oraz najważniejsze wydarzenia z historii drużyny w wersji multimedialnej. Na ekranach sami mogliśmy wybierać, które zdjęcia i filmy chcieliśmy w danej chwili zobaczyć. Najdłużej zatrzymaliśmy się przy bramce Sergio Ramosa, dającej upragnioną La Decimę. Następnie trasa prowadziła w stronę historii najnowszej. Były Złote Piłki i Złote Buty należące do Zizou, Fabio Cannavaro, czy też Cristiano Ronaldo. Po chwili udaliśmy się do najbardziej obleganej sali, po środku, której stoi gablota z 10. Pucharami Europy. Wokół jest ciemno, podświetlone są jedynie trofea. Magiczne miejsce. Następnie udaliśmy się na płytę boiska, usiedliśmy na ławce rezerwowych, zwiedziliśmy obie szatnie, salę konferencyjną, by zakończyć tour ponownie w oficjalnym sklepie. Po drodze każdy mógł zrobić sobie zdjęcia z La Decimą oraz z wybranym piłkarzem (wstawianym obok nas oczywiście komputerowo), a dopiero na końcu wycieczki ewentualnie zdecydować się na ich kupno.

Zwiedzanie stadionu zajęło nam bodajże z trzy godziny, które minęły błyskawicznie. Po opuszczeniu stadionu natrafiliśmy na telewizję. Reporter zadał kilka pytań i bardzo się zdziwił, gdy usłyszał, że przyjechaliśmy na mecz aż z Polski. Hmm może nie wiedział gdzie ten „dziki” kraj leży. ;)

Mecz

W sobotę czekała nas główna atrakcja i powód wyjazdu – mecz. Nie będę pisać z niego relacji. Jak było każdy widział. Stało się to, czego najbardziej się obawiałam. Nie była to zwykła porażka, ale druzgocąca klęska. Nie cieszyłam się chociażby z jednej bramki, a w zamian otrzymałam cztery ciosy w serce. To, co mogłam zaplanować się udało. Wyniku meczu niestety nie, choć od początku czułam, że nie skończy się dobrze. Wiele bym dała, by być na Bernabéu rok wcześniej, kiedy Real pokonał Barcelonę... Niestety nie można mieć wszystkiego. Kibicem się jest, a nie bywa. Po meczu siedziałam i patrzyłam na pustą murawę, musiałam wyglądać naprawdę źle skoro pocieszał mnie przechodzący obok Hiszpan…

Piłkarze zostali wygwizdani, kibice machali białymi chusteczkami i głośno skandowali „Florentino dimision”. Nie mogło być innej reakcji trybun na całkowity brak ambicji, zaangażowania i woli walki. O postawie piłkarzy Los Blancos może świadczyć fakt, iż jako jedyny owacje i brawa otrzymał zawodnik, który grał niespełna pół godziny i zszedł po otrzymaniu czerwonej kartki. Głośne „Isco, Isco” towarzyszyło Hiszpanowi podczas opuszczania murawy.

Piłkarze Barcelony od wyjścia na rozgrzewkę musieli wysłuchiwać przeraźliwych gwizdów. Podczas meczu cały czas natomiast towarzyszyły one Pique, który zawsze bardzo emanuje swoje przywiązanie do Katalonii. Zawodnik Barcy chyba zapomniał, w jakiej koszulce zdobył tytuły międzynarodowe, przez co przez pozostałych Hiszpanów został naprawdę znienawidzony. Kibice Realu nie zapominają jednak dobrych rzeczy. Iniesta dał La Roja mistrzostwo globu, a na Bernabéu zagrał z wielką klasą, więc gdy schodził z boiska towarzyszyły mu brawa.

Najpiękniejsze chwile spotkania miały miejsce jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Spiker wyczytywał numer zawodników oraz ich imiona, a wszyscy kibice wykrzykiwali nazwiska. Zaś wysłuchanie hymnu Realu oraz zaśpiewanie wraz z 80 tysiącami kibiców Hala Madrid y Nada Más to coś, co zapamiętam do końca życia. Wynik wymazuję z pamięci, nie chcę o nim myśleć.

Valdebebas 

W poniedziałek postanowiliśmy udać się pod ośrodek treningowy Realu Madryt. Nie spodziewaliśmy się, że po tak druzgocącej porażce zawodnicy będą chcieli rozmawiać z kibicami, ale chcieliśmy, chociaż spróbować. Obiekty szkoleniowe Realu znajdują się w Valdebebas w pobliżu lotniska Barajas. Z naszego hotelu pojechaliśmy trzema linami metra, a następnie ruszyliśmy w dalszą drogę pieszo. Niestety trochę pobłądziliśmy i nie obyło się bez kontaktu telefonicznego z bratem w Polsce i pomocy GPS-a. Po długiej drodze ujrzeliśmy wreszcie stadion Alfredo Di Stéfano, obok którego znajduje się ośrodek treningowy pierwszej drużyny. Problem był jeden: dzieliło nas od niego wielkie pole. Droga naokoło wydawała się być katorgą, a ponieważ z naszej strony płot był zepsuty postanowiliśmy zaryzykować i pójść na skróty. Zgodnie z oczekiwaniami po drugiej stronie płot już był, to nas jednak nie zniechęciło. By ujrzeć piłkarzy Realu musieliśmy go przeskoczyć, co szybko uczyniliśmy. Chwilę później staliśmy już wraz z grupką innych kibiców przy wyjeździe z centrum treningowego Los Blancos.

Po chwili z ośrodka wyjechał Jesé Rodríguez, a zaraz za nim Toni Kroos. Niemiec bez zatrzymywania pomachał do wszystkich kibiców. Obok nas przemknęli także Ronaldo, Bale, Daniel Carvajal, Danilo, Raphaël Varane, Lucas Vázquez. Wszyscy zawodnicy pozdrowili czekających fanów. Był także Isco, który gwałtownie przyspieszając wyraźnie dał do zrozumienia, że nie ma zamiaru się zatrzymywać, ale również gestem dłoni przywitał się z madridistas. Jedynym piłkarzem, który zdecydował się na chwilę przystanąć był Keylor Navas. Bramkarza Realu w sekundę otoczyła grupa kibiców.

Niestety nie udało nam się zdobyć żadnego autografu ani zrobić wspólnego zdjęcia z piłkarzami. Byliśmy jednak tak blisko gwiazd, które miliony podziwiają na ekranie telewizora, że wyprawę pod Valdebebas uznaję za udaną.

Madryt 

W pozostałe dni pobytu zwiedzaliśmy Madryt. Stolica Hiszpanii to piękne miasto. Wszędzie zabytki, urocze place i fontanny. Zobaczyliśmy wszystkie najważniejsze miejsca miasta. Puerta del Sol wraz z niedźwiedziem (symbolem Madrytu), ulicę Gran Via oraz świątynię Templo de Debod, czyli Egipt w środku Hiszpanii. Plaza Mayor obecny w każdym przewodniku po mieście niestety był przygotowywany na nadchodzące święta, więc nie robił żadnego wrażenia. Odwiedziliśmy przepiękny Park Retiro z Pałacem Kryształowym oraz miejsce zamachów z 11 marca 2004 roku - halę dworca Atocha, wewnątrz której znajduje się ogród pełen roślin tropikalnych. Byliśmy oczywiście na Plaza de Cibeles, gdzie Real Madryt świętuje swoje triumfy oraz przy fontannie poświęconej Neptunowi, przy której z kolei zbierają się fani Atletico. Madryt to królewskie miasto, więc obowiązkowym punktem zwiedzania był także Pałac Królewski, do którego udało nam się wejść zupełnie za darmo, podczas wyznaczonych godzin dla mieszkańców Unii Europejskiej. To samo nie udało się jednak z muzeum Prado, gdyż kolejka miała, co najmniej 300. chętnych. Nie ominęliśmy również największą arenę corridy w Hiszpanii - Las Ventas. Niestety walki byków odbywają się tylko do końca października, więc wejście do środka zostawiłam sobie na kolejną wizytę w Madrycie. ;) Arena jednak jest niesamowita nawet z zewnątrz.

Mecz Champions League

W planach mieliśmy także zwiedzanie stadionu drugiej madryckiej drużyny - Estadio Vicente Calderón. Chcieliśmy tam pójść ostatniego dnia naszego pobytu. Okazało się jednak, iż w dniu meczu wejście na stadion jest niemożliwe, a i w innym terminie musi zebrać się odpowiednia ilość chętnych by można było taką wycieczkę zorganizować. W porównaniu z Tour Bernabéu to jakiś dramat. Informacji na oficjalnej stronie Atletico Madryt także jest jak na lekarstwo.

W zaistniałej sytuacji kolega rzucił pomysł abyśmy spróbowali kupić najtańsze bilety na mecz Atletico-Galatasaray. Dla mnie jest to niepojęte, ale nabycie wejściówek na mecz Ligi Mistrzów kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem okazało się banalnie proste. Stadion nie zapełnił się całkowicie, ale kibice ciągle prowadzili doping. Atmosfera była naprawdę świetna. Fani Rojiblancos reagowali także na wyniki innych meczów, które wyświetlały się na telebimie. Z największą aprobatą spotkał się wynik Realu Madryt, a ścisłej mówiąc bramki tracone przez Królewskich. Przy rezultacie 3-4 kibice głośno skandowali „Benítez, zostań! Benítez, zostań!”. Ja w sercu prosiłam Ancelotti wróc…

Bezpieczeństwo

Po zamachach w Paryżu i groźbie kolejnych ataków w Europie poczucie bezpieczeństwa było bardzo ważne podczas podróży do Hiszpanii. W kraju podniesiono stopień zagrożenia terrorystycznego, a El Clásico uznano za mecz podwyższonego ryzyka. Mówiono o wzmożonej ochronie oraz pierścieniach bezpieczeństwa wokół stadionu w dniu meczu. Ja osobiście dostałam się pod  Bernabéu bez żadnego problemu. Nikt mnie nie przeszukiwał, ale faktycznie na całym obszarze było bardzo dużo policji, także konnej i funkcjonariuszy z psami mającymi wykryć ewentualne materiały wybuchowe.

Natomiast na meczu Atletico Madryt policja wyrywkowo przeszukiwała kibiców w pewnej odległości od stadionu, a przy wejściu na Estadio Vicente Calderón sprawdzany był każdy, łącznie z włosami pod czapką i butami. Powrót z meczów był również kontrolowany przez policję, która regulowana nawet ilość osób, które w jednym czasie wchodziły na stację metra. Podczas obydwu spotkań nad obiektami latały także helikoptery. Mówiąc krótko organizacja była na naprawdę wysokim poziomie.

To już jest koniec?

Na podróż życia czekałam kilka lat, planowałam wszystko dokładnie ponad dwa miesiące, a ten tydzień minął jak jeden dzień. Było wspaniale, a jedynie wynik najważniejszego meczu sprawił, że nie mogę nazwać wyjazdu mianem idealnego. Dopiero wróciłam, a już tęsknię. Mieszkańcy Madrytu nawet nie zdają sobie sprawy jak wielkie mają szczęście mogąc wielokrotnie oglądać Real. Zwycięski Real. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze tam wrócę i będę się cieszyć wraz z tysiącami innych madridistas. To moje nowe marzenie. I wiem, że kiedyś stanie się rzeczywistością. Marzenia są przecież po to by je spełniać! :)

Więcej zdjęć znajdziecie na naszym profilu na facebooku – zapraszam!

AUTOR: RealAnia

środa, 2 grudnia 2015

Marzenia się nie spełniają…

Martyna Wojciechowska powiedziała kiedyś: „Ale marzenia nie spełniają się ot tak. W tym cała ich magia. Że są wyczekane.” Coś o tym wiem, gdyż moim największym marzeniem od wielu lat była podróż do Madrytu, by tam z trybun Estadio Santiago Bernabéu obejrzeć mecz Realu. Długo to pragnienie pozostawało jedynie w sferze marzeń. W końcu jednak spotkałam na swojej drodze osoby, które dzieliły tę samą kibicowską pasję do Realu, co ja. Razem łatwiej było zarówno zdecydować się na wyjazd, jak i go zorganizować.

Real vs …

Sama możliwość kibicowania Realowi na żywo była wspaniałą perspektywą. Dlatego też specjalnie nie zastanawiałam się, kto miałby być rywalem Los Blancos, gdy już usiądę na stadionie. Chciałam jedynie by nie była to drużyna pokroju Rayo Vallecano, Granady, czy też Las Palmas. Z całym szacunkiem dla tych klubów, jeśli miałam wybrać się na mecz przez pół Europy to chciałam poczuć jego atmosferę. Wszyscy wiemy, że nie każda drużyna wzbudza emocje na trybunach, szczególnie w Hiszpanii, gdzie nikomu nie jest obcy styl piknikowy. Dlatego też brałam pod uwagę kluby takie jak Valencia oraz Sevilla. W tym momencie może nasuwa się Wam pytanie a dlaczego nie Barcelona? Hmm no cóż. Odpowiedź jest jasna i klarowna. Przerażała mnie myśl bycia raz w życiu w Madrycie i to na przegranym meczu. Życie jednak napisało swój własny scenariusz i wybrałam się właśnie na El Clásico (widzę te uśmiechy na waszych twarzach…).

Za i przeciw

El Clásico to coś więcej niż mecz. To niezapomniane widowisko, które elektryzuje cały piłkarski świat. Kiedy Real gra z Barceloną nie ma bezstronnych obserwatorów. Nawet, jeśli, na co dzień ktoś nie sympatyzuje z tymi drużynami, w czasie tych 90. minut staje po jednej ze stron. Natomiast dla wieloletnich kibiców tych klubów jest to jedno z najważniejszych spotkań w sezonie. Dla mnie, jako madridisty oczywiście nie jest inaczej.

Jednak, jeśli chodzi o mecze Realu, to mam wrodzoną predyspozycję do snucia pesymistycznych wizji i przeczuwania najgorszego, (co nie wyklucza ogromnej wiary w sukces). A doświadczenie klęsk 0-5 czy też 2-6 w starciach z Barceloną jakoś szczególnie nie pomagała w pozbyciu się owego strachu. Możliwość piłkarskiej katastrofy na Bernabéu była największym „minusem” wyjazdu na El Clásico. Kolejny to z pewnością cena biletu, znacznie wyższa w porównaniu z wejściówkami na pojedynki z innymi drużynami.

Zalet meczu z Barceloną nie trzeba przytaczać. Wspomnę jedynie, że wybór tego konkretnego spotkania zyskał kolejny argument „za” w dniu, kiedy w wyborach do parlamentu Katalonii partie niepodległościowe zdobyły większość. Wkrótce, bowiem może się okazać, że Katalonia nie jest już częścią Hiszpanii, a co za tym idzie Barca zostanie wykluczona z rozgrywek La Liga. I choć nie sądzę by tak się stało, to jednak mógł to być jeden z ostatnich Klasyków w historii. Świadomość bycia częścią tego widowiska jest całkiem przyjemna.

Oczekiwanie i planowanie

Na pojedynek z Barceloną nie jedzie się jednak z dnia na dzień (no chyba, że chcecie ryzykować i kupić wejściówki pod stadionem). Dlatego też bilety zakupiłam ponad dwa miesiące przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Taka sytuacja oznaczała funkcjonowania ze świadomością, że marzenie naprawdę się urzeczywistni. Starałam się jednak nie popadać w euforię, nie potęgować emocji i na spokojnie podchodzić do całego wyjazdu. Żeby nie zwariować skupiłam się na codzienności, a wraz z upływem czasu na planowaniu tego, co będę robić poza meczem, gdyż miałam spędzić w stolicy Hiszpanii niespełna tydzień. Postanowiłam także odbyć przyśpieszony kurs języka hiszpańskiego, (którego zawsze chciałam się nauczyć), czyli przyswoić, chociaż podstawowe wyrazy i zwroty.

Obawy

Oprócz strachu przed porażką podczas oczekiwania na listopadowy wyjazd, towarzyszyła mi jeszcze pewna myśl. Czasem zdarza się, bowiem tak, że kiedy człowiek długo o czymś marzy, ma pewne wyobrażenia o danym miejscu, a potem rzeczywistość brutalnie rujnuje ten obraz. Bałam się, że właśnie tak się stanie się, gdy pojadę do stolicy Hiszpanii, że Madryt okaże się zwykłym miastem, jakich wiele, że Bernabéu nie zwali z nóg, a mecz nie wyzwoli oczekiwanych emocjonalnych przeżyć. Natomiast po atakach terrorystycznych w Paryżu do wszystkich powyższych obaw dołączyły jeszcze te związane z bezpieczeństwem.

…. ciąg dalszy nastąpi ;)

AUTOR: RealAnia

sobota, 24 października 2015

„Lektury dla kibica” - Jerzy Dudek i jego NieREALna kariera

Po lekturze książki „Uwierzyć w siebie. Do przerwy 0:3” czekałam na dalszą część opowieści Jerzego Dudka. Głównie dotyczącą jego przygody z białymi barwami królewskiej drużyny z Madrytu. Taka pozycja powstała, a jej tytuł brzmi „NieREALna kariera”.

Rozdział 85.

NieREALna kariera - Jerzy Dudek, Dariusz Kurowski

„NieREALna kariera” to kontynuacja autobiografii Jerzego Dudka, więc historia rzecz jasna nie zaczyna się od dzieciństwa, ale od momentu zakończenia pierwszej jego książki, czyli po triumfie w Stambule. Są ostatnie chwile w Liverpoolu, kulisy odejścia z Anfield, rozstania z kadrą narodową, czy też anegdoty z szatni Realu Madryt. Sportowe wspomnienia byłego bramkarza reprezentacji Polski zajmują ponad połowę książki, pozostała część dotyczy działalności Dudka po zakończeniu kariery.

Część typowo piłkarska jest najmocniejszą stroną tej książki. Dudek odsłania oblicze wielkich zawodników i trenerów. Przytacza słowa, które padały w krytycznych momentach w szatni. Wspomina awantury i zabawne sytuacje. Chwilami jest kontrowersyjnie i odważnie. Nie tak jak w pozycjach „Ja, Ibra”, czy też „Mike Tyson. Moja prawda”, ale na pewno jest, o czym poczytać. Fragmenty książki dotyczące okresu po odwieszeniu bramkarskich rękawic są już znacznie mniej interesujące.

„Dostałem szału. Jakiś wewnętrzy diabelski głos zaczął mi podpowiadać – walnij go w zęby, […].”

Niektóre opisy przedstawione przez Dudka wydawały mi się jednak trochę przerysowane i wykreowane na siłę. Może rzeczywiście bieg wydarzeń jest prawdziwy, jednak w moim odczuciu opisom brakuje "luzu", który rozwiałby ewentualne wątpliwości czytelnika co do autentyczności poszczególnych historii.

Również pewnym mankamentem jest wydanie książki. Zazwyczaj nie ma to dla mnie większego znaczenia, ale w tym przypadku pierwsze, co przychodzi do głowy po wzięciu lektury do rąk to: ile ona waży? Książka jest po prostu ciężka, a przez to nieporęczna. W dodatku papier jest „śliski”, więc odbija się od niego światło, co też nie umila czytania. To techniczne wady, ale przecież nie ocenia się książki po okładce (tudzież wyglądzie), więc skupmy się na jej treści.

 „Podkreślę to z całym naciskiem – reprezentacja przegrała finały w Niemczech w dniu ogłoszenia nominacji zawodników!”

Czytając tę książkę dowiecie się, jaka jest słaba strona sukcesów, dlaczego „upadł” temat przeprowadzki Dudka z Liverpoolu do Benfiki Lizbona, dlaczego Benitez sprowadzał mnóstwo nowych piłkarzy po triumfie w Stambule, czy też, z którymi trzema zawodnikami polski bramkarz spędził najwięcej czasu na boisku podczas swojej kariery.

Przeczytacie, który trener wymagał od piłkarzy samodzielnej analizy gry rywala, czym obdarowywali się zawodnicy Liverpoolu podczas Christmas Party, pod jakim względem Cristiano Ronaldo przypomina Raúla, a także, który zawodnik Realu spóźnił się na zbiórkę po Nowym Roku o jeden dzień (!).

„W każdym kraju jest jakiś znany klub. Ale tylko jeden wyjątkowy, z którym nikt się nie może równać. To Real.”

Odkryjecie jak Schuster pożegnał się z zawodnikami, gdy odchodził z klubu, co powiedział Mourinho po klęsce 0-5 na Camp Nou oraz dlaczego Portugalczyk robił zgrupowania przed meczami i nie pozwalał piłkarzom spędzać w domach nocy poprzedzającej spotkania.

Jerzy Dudek powie Wam również, których trenerów połączyłby, aby stworzyć idealnego szkoleniowca, zdradzi, co Iker Casillas sądzi o Fernando Torresie, przedstawi filozofię piłki holenderskiej oraz przyzna, co sądzi o dodatkowym (pieniężnym) motywowaniu piłkarzy przez inne kuby.

„Chyba tylko Cristiano jako jedyny nigdy nie miał żadnych obaw przed Gran Derbi. Zawsze w pierwszym rzędzie gotowy do walki.”

Co wrzeszczał Guti w szatni w przerwie meczu, gdy Real przegrywał 0-3 z trzecioligowcem? Kiedy tak naprawdę zaczynają się Gran Derbi? Jak w stosunku do obrońców zachowuje się Messi? W czym podobni są do siebie Pepe i Zidane?

Jerzy Dudek w tej książce nie jest już tak „grzeczny” jak w swojej pierwszej autobiografii. Kilka „szpilek” swoimi wspomnieniami wbił. Taka postawa z pewnością przyciągnie spore grono czytelników. I choć książka ma pewne mankamenty, które opisałam wcześniej, to jest to pozycja warta uwagi kibiców.

„A kibicom Realu i Barcy, gdy ich spotykam, radzę – szanujcie się, zamiast podchodzić do siebie z wrogością. Nawzajem jesteście sobie potrzebni. Bo tak naprawdę, Real bez Barcelony nie mógłby żyć. I odwrotnie.”


Źródło zdjęcia: własne

AUTOR: RealAnia

sobota, 29 sierpnia 2015

„Lektury dla kibica” - El Clásico na papierze

W cyklu „Lektury dla kibica” była już książka o Barcelonie, była o Realu Madryt. Przyszedł czas na pozycję łączącą te dwa żywioły, lub jak kto woli kluby.

Rozdział 78.

Barça vs. Real. Wrogowie, którzy nie mogą bez siebie żyć – Alfredo Relaño

El Clásico, Derbi Español, Klasyk. Wiele nazw na określenie jednego spotkania. Meczu, który elektryzuje cały piłkarski świat. Do pierwszego pojedynku Realu Madryt i Barcelony w tym sezonie pozostało jeszcze trochę czasu, ale za sprawą Alfredo Relaño atmosferę Klasyku możemy poczuć już dziś.

„[…] futbol to przede wszystkim stan ducha.”

Ojciec - socio Realu, matka - Katalonka, on - redaktor naczelny dziennika sportowego „As” (tak tego promadryckiego). Alfredo Relaño od urodzenia powiązany jest z dwoma największymi klubami Hiszpanii, a pomimo to opisuje ich wspólną historię obiektywnie. Nie powiela krążących przez lata opowieści, ale przedstawia fakty i obala stwierdzenia, które „ciągle powtarzane nabrały charakteru niepodważalnej prawdy.” Książkę zadedykował Casillasowi i Xaviemu, dwóm zawodnikom, których dzieliły barwy klubowe, a łączy wielka przyjaźń. Zachował także oryginalną pisownię nazwisk katalońskich.

„Okrzyk „gol”, jaki wydaje całe Santiago Bernabéu, słychać aż na księżycu.”

Ta książka to kawał futbolowej historii. Autor opisuje najważniejsze wydarzenia wiążące dzieje obu klubów, kulisy meczów, głośnych transferów, a nawet spotkań w gabinetach prezesów i działaczy. Nie ogranicza się jedynie do futbolu, ale wspomina także losy sekcji koszykarskich, choć nie zajmują one wiele miejsca w tej obszernej, liczącej prawie 450 stron pozycji. Ciekawym elementem lektury są zamieszczone urzędowe pisma, wywiady, artykuły i komentarze hiszpańskiej prasy, nawet z wczesnych lat istnienia obu klubów. Idealnie oddają one klimat i emocje, które panowały w czasie poszczególnych wydarzeń.

„[…] zniechęcenie Barcy ustępuje miejsca wydarzeniom bez precedensu w historii starć tych dwóch wielkich rywali: w ciągu 16 minut, […], Real strzela siedem goli.”

Dowiecie się, dlaczego stadion Barcelony nie nosi imienia założyciela klubu Joana Gampera, jak zakończył przygodę z futbolem piłkarz, który zdobył pierwszą bramkę w pierwszym w historii Klasyku oraz skąd wywodzi się zwyczaj spotykania się kibiców Barcelony na Canaletas by świętować sukcesy klubu.

Przeczytacie, kogo Bernabéu obok Di Stéfano określał mianem wielkiego piłkarza w historii Realu, dlaczego w czasach Republiki herb Realu, do tamtej pory biały, został przewiązany fioletową wstęgą, a także, dlaczego wpisanie Madrytu do rozgrywek katalońskich nie doszło do skutku.

„Sędziują najlepsi arbitrzy UEFA, Anglicy, pan Ellis i pan Leafe. […], kibice Realu nigdy nie zapomną ich nazwisk.”

Odkryjecie, jakie sprawozdanie kosztowało katalońskiego dziennikarza odebranie legitymacji dziennikarskiej na kilka lat, co działo się w szatni Barcy po pierwszej połowie meczu, która zakończyła się wynikiem 8-0 dla Realu, czy też jak dokładnie wyglądała sprawa transferu Di Stéfano.

Czytając książkę dowiecie się także, co sekretarz Barcelony odpowiedział wysłannikowi dziennika L’Equipe na pomysł powołania rozgrywek o Puchar Europy, kto wywołał burzę mówiąc, że kocha Katalonię „pomimo Katalończyków” i czy reżim faktycznie wspierał Real. Po lekturze będziecie wiedzieli nawet, kto jako pierwszy powiedział, że Barcelona jest czymś więcej niż klubem piłkarskim, skąd wzięło się określenie „Klub Stu” odnoszące się do zawodników Piątki Sępa oraz co Madridista ma do powiedzenia o ligowych triumfach barcelońskiego Dream Teamu.

 „Real Madryt […] nigdy nie był tak wielki, bardziej mistrzowski i wspanialszy niż wtedy, gdy Arthur Ellis i Reg Leafe postanowili, że jego królowanie w Pucharze Europy dobiegnie końca.”

Książka „Barça vs. Real” to pełna ciekawostek i anegdot historia klubów, które się nawzajem napędzają. Autor odkrywa tajemnice i rzuca nowe światło na niektóre wydarzenia. Obnaża oba kluby, ukazując ich prawdziwe oblicze, jakże różne od wyobrażenia i opinii większości kibiców, także tych z Polski. To sportowa pozycja godna polecenia!

„Można odnieść wrażenie, że gorzej przegrać z Mourinho niż z Realem Madryt.”


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.



 Źródło zdjęcia: własne

AUTOR: RealAnia

sobota, 11 lipca 2015

Adiós Iker! Koniec pewnej epoki…

Stało się. Iker Casillas opuszcza klub swojego (i mojego) życia.

Hiszpan rozegrał w Realu Madryt ponad 700 meczów, zdobył kilkanaście tytułów, był oddany białym barwom przez 25 lat. Był nie tylko wychowankiem klubu, ale również jego wizytówką na świecie. Prawdziwą instytucją „Królewskich”. Długo uznawanym za jednego z najlepszych bramkarzy globu.

Źródło: http://pbs.twimg.com
W ostatnich sezonach nie wiodło mu się jednak najlepiej. Kontuzja, utrata miejsca w podstawowym składzie, gwizdy kibiców. Także oskarżenia o bycie „kretem”, zdrajcą, szpiegiem wynoszącym informacje poza klubową szatnię. Te podejrzenia denerwowały mnie szczególnie, bo uderzały w legendę klubu. Niektórym nie podobały się nawet próby dialogu kapitana Realu z piłkarzami Barcelony po wyjątkowo burzliwych meczach El Clásico. Ja takie działania odczytywałam zawsze, jako przejaw nie tylko profesjonalizmu, ale i przyjaźni ponad podziałami, ponad barwami klubowymi. To były gesty, na które nie każdego byłoby stać. Iker bez wątpienia zawsze pokazywał, że jest przede wszystkim dobrym człowiekiem, a dopiero później piłkarzem. Przykładem dla wielu. Ale krytycy wiedzieli przecież lepiej… Casillas przetrwał te ciężkie momenty, wrócił do bramki Realu. Wielokrotnie również zapewniał, że pragnie zakończyć karierę w Madrycie. A teraz odchodzi z klubu.

Jako madridista dziś czuję smutek i żal. Hiszpan to człowiek, bez którego nigdy nie wyobrażałam sobie Realu Madryt. Teraz nie muszę już nic sobie wyobrażać, bo stało się to rzeczywistością. Dla mnie obecna sytuacja to swoiste déjà vu. Niemal to samo przeżywałam, gdy szeregi Los Blancos opuszczała inna ikona Madrytu - Raúl. Wtedy były jeszcze łzy. Łzy smutku, złości, rozczarowania. Teraz łez nie ma. Informacje o możliwym odejściu kapitana pojawiały się od dłuższego czasu, więc wiedziałam, że jest to wysoce prawdopodobne. Powoli, stopniowo, ale i niechętnie przyzwyczajałam się do tej myśli. Jestem także bardziej doświadczonym kibicem, więcej widziałam, więcej przeżyłam i doskonale zdaję sobie sprawę, że w futbolu nie ma miejsca na sentymenty.
Źródło: http://pbs.twimg.com

Taki klub jak Real musi mieć przecież zawodników zawsze w najwyżej formie. A Casillas nie był już San Ikerem, „Świętym”, którego cenił i podziwiał cały piłkarski świat. Nie był zmorą napastników, specjalistą od sytuacji beznadziejnych, ścianą nie do przejścia. Przyznaję, że sama drżałam patrząc na interweniującego Hiszpana między słupkami bramki Realu. Casillas ostatnimi czasy nie był filarem drużyny, ani nawet jej talizmanem. Niestety, ale takie są fakty.

Z jednej strony rozsądek mówi więc: tak będzie lepiej dla przyszłości klubu. Nie może grać ktoś wyłącznie ze względu na swoje zasługi i dokonania z przeszłości. W sporcie liczy się tu i teraz. Z drugiej strony pozostaje ogromne przywiązanie do wychowanka. Jakże byłaby to piękna historia gdyby Iker całe swoje piłkarskie życie spędził nosząc koszulkę z herbem madryckiego klubu. We współczesnym świecie, w którym liczą się tylko pieniądze brakuje takich sportowców. I niestety Casillas nie zostanie jednym z nich. Jednak w ostatecznym rozrachunku chyba lepiej zobaczyć Ikera w koszulce z herbem innej drużyny niż oglądać żywą legendę na ławce, gdzie frustracja z powodu braku gry stopniowo wypierałaby miłość do ukochanego klubu. Choć sama już nie wiem...

By pokonać smutek staram się sobie przypomnieć piękne chwile związane z kapitanem „Królewskich”. Zamykam oczy i widzę łzy Casillasa w ostatnim meczu sezonu, gdy Real pokonał Mallorcę i sięgnął po mistrzostwo Hiszpanii, jego niesamowitą interwencję przy strzale Diego Perottiego na Estadio Ramón Sánchez Pizjuán, uścisk i podziękowanie Ramosowi, gdy Sergio strzelił TEGO gola w 93 minucie przeciwko Atlético, czy też Ikera zawieszającego klubowy szalik na szyi bogini Kybele.

To wspaniałe wspomnienia, ale nie dołączą do nich już inne. Coś się kończy, coś się zaczyna. Nic nie może przecież wiecznie trwać… Żaden piłkarz nigdy nie będzie większy niż klub. Real Madryt będzie dalej istniał i wygrywał, tylko już bez swojego kapitana. Kapitana, za którym bez wątpienia będę tęsknić.

Na koniec pozostaje jedynie napisać: Gracias por todo Iker! Gracias por todo!

Źródło: realmadrid.com

AUTOR: RealAnia

poniedziałek, 8 października 2012

W Primera Division status quo

Barcelona zremisowała na własnym boisku w "El Clásico" z Realem Madryt i utrzymała nad odwiecznym rywalem 8-punktową przewagę. Po dwie bramki dla swoich zespołów zdobyły ich największe gwiazdy - Lionel Messi i Cristiano Ronaldo.

Punkty

El Clásico to spotkanie szczególne. To coś więcej niż tylko mecz. Wiedzą o tym wszyscy kibice piłki nożnej. A 7-go października emocje jeszcze bardziej podsycał fakt znacznej różnicy punktowej pomiędzy obiema drużynami.

Gdyby Barcelona zwyciężyła na Camp Nou, miałaby aż 11 „oczek” więcej niż Real. I bez wątpienia byłaby to przewaga praktycznie nie do odrobienia dla zespołu Jose Mourinho. Oczywiście ktoś powie, że w Hiszpanii pozostało jeszcze 31 meczów do rozegrania, a tym samym 93 punkty do zdobycia. Ale wiedząc jak wygląda rywalizacja w Primera Division i jak gra Barcelona, każdy rozsądny człowiek zgodzi się ze stwierdzeniem, że 11 punktów przewagi drużyna z Katalonii nie jest w stanie stracić. Gdyby Barcelona wygrała, walkę o tytuł można by uznać za zakończoną.

Dlatego też, Real, aby myśleć o „uratowaniu” sezonu ligowego nie mógł na Camp Nou przegrać. I zawodnicy „Królewskich” zrobili wszystko, aby tego uniknąć. Zagrali odważnie, strzelili pierwsi bramkę, a co najważniejsze nie załamali się prowadzeniem Barcelony i doprowadzili do wyrównania, nie pozwalając Katalończykom na zdobycie trzech punktów.

Spotkanie mógł wygrać zarówno Real, jak i Barcelona. Gdyby Benzema wykorzystał znakomitą sytuację przy stanie 0:1, a Pepe nie popełnił błędu przy pierwszej bramce Messiego, mecz dla przyjezdnych mógł skończyć się zupełni inaczej. Z drugiej jednak strony gospodarze również mieli doskonałe okazje na zdobycie kompletu punktów, jak ta w 89 minucie, gdy Martin Montoya trafił w poprzeczkę bramki strzeżonej przez Ikera Casillasa.

W związku z powyższym, remis wydaje się być wynikiem sprawiedliwym. I choć strata „Los Blancos” nadal jest spora, to El Clásico pozostawiło jeszcze cień nadziei na obronę tytułu piłkarzom ze stolicy.

Rekord(y)

Cristiano Ronaldo, jako pierwszy zawodnik w historii, zdobył przynajmniej jednego gola w szóstym kolejnym "El Clásico".

Natomiast Messi strzelił w niedzielę 16. i 17. gola w Klasykach, co oznacza, że jest zaledwie o jedną bramkę od rekordu Alfredo Di Stéfano – najlepszego strzelca w historii Klasyków. Biorąc pod uwagę wiek i możliwości gwiazdy Barcelony oraz ilość spotkań rozgrywanych pomiędzy obiema drużynami w każdym sezonie, nikt chyba nie ma wątpliwości, że młody Argentyńczyk ten rekord najpierw wyrówna, a potem pobije.

Złota Piłka

Wielu ekspertów przed "El Clásico" uważało, że to spotkanie ostatecznie przesądzi, kto otrzyma w tym roku Złotą Piłkę. Jednak niedzielny mecz pokazał jedynie jak trudny jest to wybór.

Dwaj główni kandydaci do tej prestiżowej nagrody - Messi i Ronaldo – strzelili po dwa gole. Obaj znajdują się na poziomie nie osiągalnym dla większości piłkarzy. Jak określił po meczu trener „Królewskich” – „Messi i Cristiano są z innej planety”. Dlatego też w takiej sytuacji powinno się wziąć pod uwagę sukcesy nie tylko indywidualne, ale też drużynowe obu zawodników.

Madryt zrobił wiele, aby tym razem nagrodę dostał as „Los Blancos”. W zeszłym sezonie Real wygrał z Barceloną na Camp Nou, dokonując tego po raz pierwszy od 2007 (w meczu ligowym), odebrał jej mistrzostwo kraju, a także pokonał w dwumeczu o Superpuchar Hiszpanii. Barcelona natomiast wygrała Puchar Króla. Tym samym Ronaldo zdobył więcej trofeów niż Messi. Co więcej dotarł z reprezentacją Portugalii do półfinału Euro 2012. Argentyńczyk, rzecz jasna, na Mistrzostwach Europy grać nie mógł, ale w ostatnich latach kadra Albicelestes z Messim w składzie nie osiągnęła niczego wielkiego.

Należałoby również przypatrzeć się sytuacji innych kandydatów do Złotej Piłki. Iker Casillas, Andres Iniesta, czy Xavi w niedzielnym El Clásico nie odegrali głównej roli, ale to nie znaczy, że na tą nagrodę nie zasługują. Hiszpanie w ostatnich latach wygrali na arenie międzynarodowej wszystko, ale nawet to nie dało żadnemu z nich Złotej Piłki. Koledzy Messiego zdobywali wraz z nim te same trofea klubowe, dokładając do tego sukcesy reprezentacyjne, a mimo to nie zostali odpowiednio docenieni.

Od trzech lat, co roku wygrywał Messi. Dlatego też, wątpię by tym razem stało się inaczej. W każdym bądź razie wszyscy w/w zawodnicy zrobili, co mogli, by otrzymać Golden Ball.

AUTOR: RealAnia

sobota, 6 października 2012

„El Clásico” again

W niedzielę, 7-go października, oczy większości kibiców będą zwrócone na stadion Camp Nou, gdzie rozegra się 222. oficjalne „El Clásico”. Spotkanie, o którym powiedziano już tak wiele, choć nadal jest tyle do powiedzenia.

Ale to już było

W ostatnich latach Real Madryt i Barcelona mierzyły się ze sobą bardzo często. Obie ekipy „walczyły” nie tylko w lidze, ale również w Pucharze i Superpucharze Hiszpanii, a także w rozgrywkach Champions League. Zdarzyło się nawet, że w przeciągu jednego miesiąca odbyły się aż cztery mecze pomiędzy tymi drużynami. Przez to, unikalność i niezwykłość samego spotkania trochę zmalała. Jednak, mimo wszystko, w każdym z tych meczów toczyła się inna, nowa historia. A emocje zawsze były ogromne.

Także w obecnym sezonie odbyło się już spotkanie gigantów. W dwumeczu o Superpuchar Hiszpanii lepsza okazała się drużyna Jose Mourinho. Jednak najbliższy mecz to już zupełnie inna rozgrywka. Jest to spotkanie ligowe, więc wszystko rozstrzyga się w przeciągu 90 minut. Jeden mecz, jeden zwycięzca. No chyba, że, będzie remis.

Kłopoty Realu

Aktualna sytuacja Realu Madryt w lidze jest, delikatnie mówiąc, nieciekawa. Po sześciu kolejkach „Królewscy” tracą do liderującej Barcelony aż 8 punktów. Z jednej strony na 32. kolejki przed końcem sezonu nie jest to różnica niemożliwa do zniwelowania. Jednak, jak pokazuje historia, drużyna ze stolicy Hiszpanii jeszcze nigdy nie zdobyła tytułu, gdy jej strata do lidera wynosiła osiem „oczek”. Dlatego też, aby nadal myśleć o obronie tytułu mistrzowskiego, Real absolutnie nie może tego spotkania przegrać.

Piłkarze Mourinho tracą w lidze do Barcelony osiem punktów, ponieważ po prostu grali źle. Razili nieskutecznością, często grali „bez polotu”. Brakowało im pomysłu na rozgrywanie poszczególnych akcji. Przez to wszystko, stracili punkty w meczach z Valencią, Getafe i Sevillą. Cenne punkty.

Jedno z lepszych, jeśli nie najlepsze spotkanie, od czasu wygrania w sierpniu Superpucharu kraju, „Los Blancos” rozegrali w Lidze Mistrzów, pokonując mistrza Anglii - Manchester City. Jednak ta wygrana oraz pokonanie wysoko Deportivo La Coruna i Ajaksu nie dowodzą, że kryzys został już zażegnany. Real w ostatnich latach w Lidze Mistrzów zawsze ogrywał drużynę z Holandii, a również o Deportivo nie można powiedzieć, iż jest to ekipa z „najwyższej półki”. Tak, więc jedno prestiżowe zwycięstwo z City „wiosny nie czyni”.

Problemy Barcelony

Wbrew pozorom nie tylko w stolicy martwią się o najbliższy mecz. Barcelona dotychczas wygrała wszystkie swoje mecze zarówno w Primera División, jak i Lidze Mistrzów. Poległa tylko raz, w spotkaniu rewanżowym o Superpuchar Hiszpanii, z Realem.

Jednak zwycięstwa sporo kosztowały piłkarzy z Katalonii. Kapitan, Carles Puyol będzie pauzował dwa miesiące, po tym jak zwichnął łokieć w spotkaniu z Benficą Lizbona. Inny kontuzjowany stoper Barcy - Gerard Pique - walczy by zagrać w El Clásico. Brak dwóch filarów obrony to z pewnością spory problem dla Tito Vilanovy. Najprawdopodobniej na środku obrony zagra Mascherano, który poprzedniego „El Clásico" z pewnością nie wspomina najlepiej.

Ważne punkty

W zeszłym sezonie, wygrywając hiszpański Klasyk na Camp Nou, Madryt odebrał wszelkie nadzieje Barcelonie na zdobycie tytułu. W niedzielę to samo może uczynić drużyna Tito Vilanovy. Gdy pokonana odwiecznego rywala, osiągnie nad nim olbrzymią przewagę punktową.

Zaś, jeśli Real Madryt chce „uratować” sezon ligowy, nie może z Katalonii wrócić bez zdobyczy punktowej. Remis, choć jest oczywiście lepszy niż porażka, niczego większego nie wniesie do sytuacji Realu w tabeli ligowej. Natomiast wygrana pokaże, że po kryzysie w Madrycie nie ma już śladu, a obrona mistrzostwa jest jak najbardziej realna.

AUTOR: RealAnia