Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Kubot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Kubot. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 lipca 2019

„Lektury dla kibica” – Wimbledon

Czytadło dla fanów tenisa.

Rozdział 199.

Skazany na Wimbledon – Artur Rolak

W kalendarzu zarówno każdego tenisisty, jak i fana „białego sportu” widnieje mnóstwo turniejów. Jednak tak naprawdę wszyscy czekają tylko na cztery. Australian Open, Roland Garros, Wimbledon i US Open. Na najstarszym i najbardziej prestiżowym z nich – The Championships – odbywającym się na kortach trawiastych w jednej z dzielnic Londynu, dziennikarz Artur Rolak ma szczęście bywać nieprzerwanie od 1992 roku. Swoim doświadczeniem, obserwacjami i przeżyciami postanowił podzielić się w książce pt. „Skazany na Wimbledon”.

„Dla Brytyjczyków ich wyspa nadal jest pępkiem świata, a Wimbledon – pępkiem tenisa. Świat jest skłonny zgodzić się tylko z tym drugim twierdzeniem.”

Dziennikarz już na wstępie zaznacza, iż książka nie jest encyklopedią turnieju. To historia Wimbledonu według Artura Rolaka. Autor ukazuje Wimbledon z perspektywy dziennikarza. Opowiada o obyczajach charakterystycznych dla londyńskiego turnieju. Obala mity krążące wokół The Championships, a także pokazuje jak Wimbledon zmieniał się na przestrzeni lat. Ponadto zdradza wiele ciekawych faktów dotyczących organizacji, procesu akredytacji, kupna biletów, nomenklatury czy też hierarchii obowiązującej na Wimbledonie. W książce nie brakuje również zarysu historycznego turnieju. 

„Wprawdzie powoli, ale jednak Wimbledon się zmienia.”

Lektura rozpoczyna się od rankingu, czyli subiektywnego wyboru 25 meczów rozegranych na kortach Wimbledonu, których świadkiem był Artur Rolak. Nie są to jednak kronikarskie opisy poszczególnych zagrań, czy też setów. Każdy z pojedynków wiąże się z wartą wspomnienia historią bądź anegdotą. Środek lektury, czyli kolejne dwa rozdziały dotyczą konkretnych tenisistów, a następnie dziennikarzy. Ta część książki była najmniej intrygująca. Co prawda można w opisach poszczególnych postaci odnaleźć godne uwagi informacje, ale bez wątpienia oczekiwałam dużo więcej historii zza kulis, „smaczków”, może także nieco kontrowersji. Tego niestety zabrakło. Jednak to, co najlepsze autor zostawił na koniec. Ostatni, najobszerniejszy rozdział to połączenie historii, faktów, wspomnień i ciekawostek. Prawdziwa wisienka na torcie opowieści o Wimbledonie.

„Jedni zachwycają się wimbledońską tradycją i przyjmują ją bezkrytycznie z całym dobrodziejstwem, inni wytykają turniejowi praktykowanie coraz trudniejszych do wytłumaczenia dziwactw.”

Artur Rolak w „Skazanym na Wimbledon” wyjaśnia skąd wzięła się tradycja całkowicie białych strojów tenisistów. Zdradza, dlaczego na Wimbledonie nie obowiązuje „jedno z podstawowych praw fizyki, które mówi, że kąt odbicia równa się kątowi padania”. Tłumaczy, dlaczego w niedzielę w połowie turnieju z reguły nie odbywają się mecze. Opowiada również, jaki kolor miały piłki zanim wprowadzono dziś tak popularną żółtą barwę oraz co przyczyniło się do tej zmiany.

Czytając tę lekturę dowiecie się, którzy tenisiści po ćwierćfinale wymienili się koszulkami, zupełnie jak piłkarze, kto grając z „dziką kartą” wygrał Wimbledon oraz co zawiera szkolenie przygotowujące dzieci do podawania piłek. Odkryjecie, z czego dokładnie zrobione są piłki, jakim testom są poddawane zanim zostaną dopuszczone do gry, a także, co dzieje się z zużytymi sztukami. Poznacie nawet tajniki wimbledońskiej trawy. 

„Mówisz: Wimbledon, myślisz: trawa […].”

Autor zamieścił w książce garść anegdot, dlatego też dowiecie się, kto zapytany o wrażenia z gry na trawie wypalił: „Trawa jest dobra, ale dla krów!”, czy też, dlaczego żona jednego tenisisty spoliczkowała sędziego! Przeczytacie, kto musiał poddać mecz, bo połamał wszystkie rakiety i nie miał, czym grać oraz kto uczył Bohdana Tomaszewskiego poprawnej wymowy nazwiska Kim Clijsters. Odkryjecie również, który tenisista sprzedał Ferrari, „bo czuł się w nim jak dureń” i przesiadł się z powrotem do Volkswagena.

Kiedy dla angielskiej publiczności Andy Murray jest Brytyjczykiem, a kiedy Szkotem? Co wieńczy puchar zwycięzcy turnieju? Kogo zwykle wymieniają dzieci od podawania piłek zapytane o najbardziej uprzejmych zawodników? Dlaczego mistrza świata Formuły 1 Lewisa Hamiltona nie wpuszczono do Loży Królewskiej, choć posiadał stosowne zaproszenie?

„Kort Centralny lubi łzy, ale muszą one mieć solidne uzasadnienie.”

Podsumowując „Skazany na Wimbledon” to połączenie historii, ciekawostek i osobistych wspomnień autora. Książka w sam raz dla każdego fana tenisa. Lektura, która umili czas oczekiwania na kolejny turniej Wielkiego Szlema.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.


Źródło zdjęcia: własne

Powiązane wpisy:
   1. Łukasz Kubot. Żyjąc marzeniami
   2. Roger Federer. Geniusz przy pracy
   3. Umysł mistrza. Autobiografia
   4. Open. Autobiografia tenisisty

poniedziałek, 16 lipca 2018

„Lektury dla kibica” – Marzenia Łukasza Kubota

Dziś lektura dla kibiców tenisa.

Rozdział 165.

Łukasz Kubot. Żyjąc marzeniami - Łukasz Kubot, Artur Rolak

Rynek książek sportowych pełen jest biografii czynnych zawodników. Dominują wśród nich historie piłkarzy, ale nie brakuje także przedstawicieli innych sportów, w tym tenisa. Jednak książki o polskich tenisistach są już prawdziwą rzadkością. Jedną z nich jest wydana na początku lipca pozycja opowiadająca o pierwszym Polaku, który wygrał Wimbledon, czyli Łukaszu Kubocie.

„Nie zawsze można iść tylko do przodu, czasami trzeba zrobić krok w tył.”

„Żyjąc marzeniami” nie jest typową biografią. Już ze wstępu dowiadujemy się, iż nie trzymamy w rękach książki przedstawiającej chronologiczne losy głównego bohatera. Autor sugeruje nawet, że można ją czytać od środa, a nawet od tyłu. Jestem tradycjonalistką, więc zaczęłam od początku.

Książka Artura Rolaka powstała we współpracy z Łukaszem Kubotem, w związku z tym znajdują się w niej wypowiedzi tenisisty. Dziennikarz nie ograniczył się jednak tylko do rozmów ze zwycięzcą Wimbledonu. Swoje opinie wyraziła rodzina Kubota, jak również Mariusz Fyrstenberg, Agnieszka Radwańska, Radosław Szymanik – kapitan reprezentacji Polski w Pucharze Davisa, czy też Jan Stoces – trener Kubota od 2010 roku. 

„Od dziecka marzyłem, żeby zagrać na Korcie Centralnym Wimbledonu.”

Książka nie jest zbyt obszerna, 230 stron mija bardzo szybko. Muszę jednak uczciwie napisać, iż spodziewałam się więcej. Przede wszystkim więcej Łukasza Kubota w książce o Łukaszu Kubocie. Nieco rozczarowujące były fragmenty wyłącznie o przebiegu kariery polskiego tenisisty. Suche wspomnienia poszczególnych meczów, rywali i rezultatów nie mogły zachwycić. Tym bardziej, że wyniki Polaka w Wielkim Szlemie, ATP Finals, na IO oraz wszystkie jego tytuły można znaleźć na końcu książki zestawione w formie przejrzystych tabel. Dodatek ten bez wątpienia był świetnym pomysłem, ale w opisowej części książki brakowało odkrycia kulisów meczów, opowiedzenia czegoś więcej niż tylko to, co kibice obserwowali na szklanych ekranach.

Na szczęście w lekturze można znaleźć fragmenty bardziej interesujące. To rozdziały o osobowości, rodzinie, czy też przyzwyczajeniach Kubota, które czyta się z dużo większą przyjemnością. Dzięki nim mamy okazję niejako bliżej „poznać” polskiego sportowca. Wciągająca była także opowieść zza oceanu, czyli wspomnienia o pobycie tenisisty w akademii w USA.

„Zapewniam jednak, że naprawdę wszystko, czego chciałem od tenisa, to być zdrowym i wejść do czołowej dziesiątki rankingu.”

Sięgając po tę książkę dowiecie się, kto porównał Polaka do Rogera Federera, z którym tenisistą Kubot wymienił się po meczu koszulkami tak jak zwykle to robią piłkarze oraz w którym momencie „nie do końca spełniony singlista definitywnie ustąpił debliście”. Odkryjecie jak Kubot trafił do akademii w USA a także, który znany piłkarz pomógł rodzicom tenisisty w organizacji tego wyjazdu.

Przeczytacie, kto nauczył Kubota tańczyć kankana, który stał się znakiem firmowym jego zwycięstw oraz dowiecie się, dlaczego na turniejach w Chinach zwykle nie osiąga sukcesów. Poznacie różnice pomiędzy Kubotem – tenisistą, a Kubotem – człowiekiem. Odkryjecie nawet, z jakiego powodu w pewnym meczu przestał siadać podczas zmian stron po nieparzystych gemach.

Łukasz Kubot tłumaczy, dlaczego wybrał tenis, opowiada, czego nauczył się od każdego z dotychczasowych partnerów deblowych, a także wspomina swój debiut dla biało-czerwonych w Pucharze Davisa. Mariusz Fyrstenberg zdradza, jakim Kubot jest partnerem w deblu, zaś jego trenerzy ujawniają, jakie ich podopieczny ma podejście do treningów.

„Na co dzień każdy z nas gra przecież wyłącznie dla siebie, a tylko w Pucharze Davisa czy na igrzyskach olimpijskich reprezentuje swój kraj.”

„Żyjąc marzeniami” to książka, po którą sięgną polscy kibice tenisa spragnieni biografii swoich rodaków. Nie unikną jednak uczucia niedosytu. Mnie nadal ono towarzyszy, dlatego też mam nadzieję, iż po ostatecznym odłożeniu rakiety Łukasz Kubot zdecyduje się bardziej szczegółowo opowiedzieć swoją historię. Czekam z niecierpliwością.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.


Źródła zdjęć: własne

Powiązane wpisy:
1. Roger Federer. Geniusz przy pracy
2. Umysł mistrza. Autobiografia
3. Open. Autobiografia tenisisty
4. Serwuj, aby wygrać

poniedziałek, 16 września 2013

Australian Fanatics a Davis Cup po Polsku

Na co dzień jak większość kibiców śledzę poszczególne rozgrywki sportowe sprzed ekranu telewizora. Jednak nie jestem wyłącznie „kibicem kanapowym”, wręcz przeciwnie! Jeśli mam możliwość to biorę udział w wydarzeniach sportowych czynnie w roli widza na trybunach. W swoim życiu byłam już na meczach piłki nożnej, zarówno podczas Euro 2012, jak i niedawnego spotkania Polski z Lichtensteinem, podczas którego miało miejsce pożegnanie Jerzego Dudka. Obserwowałam z trybun treningi reprezentacji Włoch, Holandii i Brazylii. Śledziłam zmagania kolarzy w Tour de Pologne. Kibicowałam naszym siatkarzom w starciach z Brazylią w ramach Ligi Światowej, a polskim szczypiornistom w meczu eliminacji MŚ przeciwko Litwie. Teraz do tej listy mogę już dopisać kolejny punkt, a mianowicie: tenis, gdyż byłam w Warszawie na Torwarze na meczach Pucharu Davisa.

Było to niewątpliwie historyczne wydarzenie, gdyż reprezentacja Polski tak blisko Grupy Światowej Pucharu Davisa nigdy nie była. Dla kibiców nie lada gratką była możliwość zobaczenia najlepszych polskich tenisistów - Jerzego Janowicza, (choć nie grał z powodu kontuzji to był obecny na meczach), Łukasza Kubota, Michała Przysiężnego oraz deblistów Mariusza Fyrstenberga i Marcina Matkowskiego. Dla mnie jednak (wybaczcie brak patriotyzmu) głównym bohaterem, dla którego wybrałam się do stolicy był Lleyton Hewitt.

Australijczyk jest jednym z moich ulubionych tenisistów. Darzę go dużą sympatią, więc gdy tylko dotarła do mnie informacja, że to właśnie Australia będzie rywalem Polski w decydującym pojedynku o awans do Grupy Światowej Pucharu Davisa, a mecze odbędą się w naszym kraju z dużą niecierpliwością czekałam najpierw na sprzedaż biletów, a później na rozpoczęcie turnieju. Takiej okazji nie mogłam po prostu przegapić. Niecodziennie ma się przecież szansę zobaczyć na własne oczy gwiazdę światowego tenisa, byłego lidera rankingu ATP, triumfatora turniejów wielkoszlemowych.

Niestety organizatorzy nie przewidzieli sesji autografowej z reprezentantami Australii, a te z udziałem naszych zawodników były zbyt krótkie, więc wszystkim chętnym kibicom podpisów nie udało się zdobyć. Jednak dla mnie już sama obecność tenisistów w hali, a w szczególności Hewitta była niezwykłym wydarzeniem. Mogłam podziwiać Lleytona w akcji, zobaczyłam jego zwycięski mecz i usłyszałam słynne „Come on!” na które tak czekałam. I choć żałuję, że Hewitt nie zagrał także w meczu deblowym, jak pierwotnie zakładano, to bez wahania mogę stwierdzić, że warto było do Warszawy pojechać.

O samych meczach nie będę Wam opowiadać, gdyż każdy zainteresowany mógł śledzić je w telewizji. Warto natomiast wspomnieć o kibicach. Mówi się, że australijscy kibice tenisa są najlepsi na świecie. Po tym, co zobaczyłam na Torwarze nie pozostaje mi nic innego jak tylko zgodzić się z tym stwierdzeniem. Gdy fani Hewitta i spółki ubrani w żółto-zielone barwy, z umalowanymi twarzami, perukami i z flagami zaczynali dopingować swoją reprezentację chciało się tylko zamilknąć i słuchać. Patrzyłam na nich z ogromnym zafascynowaniem. Gama ich przyśpiewek była imponująca (niestety ich akcent nie pozwolił na rozszyfrowanie wszystkich z nich), a ich dobór czasowy wręcz idealny. Oprócz znanych „Let's go Aussie, let's go!” i „Come on Lleyton, come on!”, na stołecznym Torwarze można było usłyszeć słowa piosenek: po udanym zagraniu „Uuuu I like it”, przy znacznym prowadzeniu Australii w danym gemie, gdy polscy tenisiści wygrali pierwszą piłkę sarkastyczne „Don't hurt me, no more”, zaś gdy w deblu przegrywali w setach 1-2 Australian Fanatics nie mieli wątpliwości, że to nie koniec emocji głośno krzycząc, co chwila „Five sets!”. Co tu dużo mówić, ci kibice zasłużyli na miano najlepszych na świecie.

Z kolei my Polacy musimy się jeszcze dużo od nich nauczyć. Niektórzy nasi kibice przelali „kulturę” z boisk piłkarskich na kort tenisowy. Widać było, że pierwszy raz w życiu nie tylko na żywo oglądają rozgrywki tenisa. Krzykiem przeszkadzali zawodnikom serwować, co było przyczyną wielokrotnego upominania przez sędziego głównego. Nie wszystkie okrzyki były także „godne” tych rozgrywek. Również organizatorzy się nie popisali. Ich poczynania krótko skitował jeden z australijskich przedstawicieli: „Pierwszy raz w życiu widzę, żeby serwowano popcorn na turnieju tenisowym”.

Mimo tych kilku nieporozumień mile wspominam udział w meczach Pucharu Davisa. Jednocześnie mam nadzieję, że nie był to ostatni turniej tenisowy, który miałam okazję śledzić z wysokości trybun.

Na koniec mogę Wam zdradzić jeszcze pewną ciekawostkę. Otóż Australijczycy przez pierwsze dni jedli posiłki z australijskiej kuchni, ale później ich menu było złożone z polskich potraw. Sam kucharz zdradził mi, że nasza rodzime potrawy im zasmakowały. :)

Źródło zdjęć: własne

AUTOR: RealAnia

niedziela, 7 lipca 2013

Historyczny Wimbledon (po raz drugi)

Andy Murray został pierwszym od 77 lat Brytyjczykiem, który wygrał na zielonych kortach Wimbledonu. Szkot pokonał w trzech setach lidera światowego rankingu Novaka Djokovica (6-4, 7-5, 6-4).

Źródło: dailymail.co.uk
Finał Wimbledonu zapowiadał się niezwykle ciekawie. Dwie czołowe rakiety świata zawsze zwiastują wielkie emocje. Jednak po tym, co zobaczyliśmy na korcie, mogę powiedzieć, że spodziewałam się więcej. Oczekiwałam bardziej zaciętego pojedynku, ale Murray nie dał większych szans Serbowi. Niesiony przez londyńską publiczność dochodził praktycznie do każdej piłki, rzadko się mylił i w pełni zasłużenie zdobył upragniony tytuł. Przed rokiem nie dał rady w finale Rogerowi Federerowi, dziś był niepokonany.

Zawiódł Djokovic, który nie do końca był sobą. Serb rozegrał niesamowite spotkanie w półfinale, gdzie po niespełna pięciu godzinach gry i morderczej walce pokonał Juana Martína del Potro. Na finał niestety nie starczyło mu już sił. Zagrał kilka efektownych akcji, obronił trzy z rzędu piłki mistrzowskie, jednak na Szkota było to zdecydowanie za mało.

Tegoroczny Wimbledon był historyczny nie tylko dla gospodarzy, ale również dla nas - Polaków. Po raz pierwszy w półfinale wielkoszlemowego turnieju zagrał nasz rodak - Jerzy Janowicz, po raz pierwszy w ćwierćfinale spotkało się dwóch Polaków - Łukasz Kubot i Jerzy Janowicz. O finał walczyła zarówno Agnieszka Radwańska, jak i „Dżej Dżej”. Były to piękne chwile polskiego tenisa.

Miejmy nadzieję, że na kolejne wielkie dokonania naszych tenisistów nie będziemy musieli czekać tak długo jak Brytyjczycy na swój triumf.

AUTOR: RealAnia