Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Igrzyska olimpijskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Igrzyska olimpijskie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 lutego 2022

„Lektury dla kibica” – Upadek Mattiego Nykänena

Dziś tematycznie w związku z trwającymi igrzyskami olimpijskimi.

Rozdział 251.

Matti Nykänen. Życie to bal – Jussi Niemi, Marko Lempinen

W Pekinie odbywają się XXIV Zimowe Igrzyska Olimpijskie. Jedną z konkurencji budzącą największe zainteresowanie są skoki narciarskie. Wielu zawodników zapisało się w historii tej dyscypliny, ale tylko jeden człowiek zdobył trzy złote medale olimpijskie w trakcie jednych igrzysk. Dokonał tego Matti Nykänen w 1988 roku w Calgary. 

Jaką drogę przeszedł Fin zanim osiągnął największy sukces w swojej karierze? Jak później potoczyło się jego życie? Dlaczego częściej opisywano jego upadki niż sukcesy? Odpowiedzi przynosi książka pt. „Matti Nykänen. Życie to bal”.

 „Matti nie traktował skoków jak życia – to po prostu było jego życie.”

„Matti Nykänen. Życie to bal” to biografia fińskiego skoczka narciarskiego opisująca jego dzieciństwo, początki przygody ze skokami, przebieg kariery najpierw sportowej, a potem muzycznej oraz życie prywatne, aż po ostatnie godziny jego życia.

Matti Nykänen był sportowcem, więc jego biografię zaliczymy do literatury sportowej, ale tak naprawdę sport w tej książce jest tylko tłem. Zdecydowanie więcej miejsca zajmuje opis życia prywatnego Nykänena, a te było nie tylko skomplikowane, ale i pełne wybryków i upadków. Dorastanie z nieznanym w tamtych czasach ADHD, uzależnienie od alkoholu i leków, problemy z kobietami, agresją i przemocą oraz prawem.

 „Miał twardy charakter zwycięzcy, ale diabeł z butelki okazał się strasznie trudnym przeciwnikiem.”

Autorzy lektury przeprowadzili mnóstwo wywiadów z osobami towarzyszącymi na przestrzeni lat Mattiemu Nykänenowi, aby jak najlepiej odtworzyć jego życie. Podjęli także próbę nakreślenia obrazu psychologicznego skoczka.

Muszę uczciwie przyznać, że przed lekturą postać Nykänena była dla mnie całkowicie nieznana, dlatego też z dużą ciekawością sięgnęłam po tę książkę. I nie żałuję poświęconego czasu, choć „Życie to bal” to bardzo przygnębiająca i przytłaczająca książka, momentami wręcz depresyjna. Mówiąc krótko to właściwie szczegółowa relacja z upadku Nykänena. Historia ku przestrodze.

„Umysł Mattiego był piękny i wyniósł go do sławy, ale potem okazał się jego przekleństwem.”

Sięgając po tę pozycję dowiecie się, kto podarował przyszłemu mistrzowi olimpijskiemu pierwsze narty, na czym polegała tajemnica jego dobrych skoków oraz który techniczny element skoków wyróżniał go na tle pozostałych zawodników.

Odkryjecie, w jakich warunkach atmosferycznych Nykänen został mistrzem świata w Oslo w 1982 roku, dlaczego oddał taksówkarzowi jeden ze swoich kombinezonów, a także jak radził sobie z presją.

„Był Matti i był Nykänen, dwie całkowicie różne od siebie postacie, ciągle się ścierające, walczące o to, która z nich jest mocniejsza.”

Przeczytacie jak początkowo sędziowie oceniali skoki Nykänena stylem V, który jak się okazało zrewolucjonizował całą dyscyplinę, czy też, w jaki sposób opinia publiczna dowiedziała się, że skoczek jest alkoholikiem.

Dowiecie się, kto wymyślił, aby z byłego skoczka narciarskiego zrobić piosenkarza, za co Nykänen został skazany na ponad dwa lata więzienia, jak również, która z kolei żona Nykänena występowała aż 15(!) razy o rozwód. Poznacie nawet historię o tym jak zaopatrzony w arsenał broni Szwed chciał przejąć kolekcję medali skoczka twierdząc, że jest właścicielem trofeów.

„Narty były dla niego jak przyjaciele, o których trzeba niesamowicie się troszczyć.”

„Matti Nykänen. Życie to bal” to książka dedykowana fanom skoków narciarskich, pragnącym poznać szczegóły życia jednego z najlepszych zawodników tej dyscypliny, a także wszystkim miłośnikom biografii, niekoniecznie tych sportowych.

„Matti Nykänen zabijał sam siebie wolno, ale skutecznie.”

 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.

Książkę kupicie w księgarni labotiga.pl


Źródło zdjęcia: własne

 

 Powiązane wpisy:

     1. Thomas Morgenstern. Moja walka o każdymetr

     2. Sven Hannawald. Triumf. Upadek. Powrót dożycia

     3. Wojciech Fortuna. Skok do piekła

wtorek, 23 listopada 2021

„Lektury dla kibica” – Dziennikarz z pasją

Dziś będzie nietypowo. Książka sportowa, ale nie o życiu sportowca, a komentatora.

Rozdział 247.

Włodzimierz Szaranowicz. Życie z pasją – Włodzimierz Szaranowicz, Marta Szaranowicz-Kusz

Nieodłącznym elementem transmisji sportowych jest głos komentatora. Te najbardziej charakterystyczne, towarzyszące nam przez lata, zwłaszcza w czasie największych wydarzeń sportowych każdy kibic potrafi rozpoznać od razu, chciałoby się powiedzieć „po jednej nutce”. Jednym z takich głosów jest ten należący do Włodzimierza Szaranowicza, który po zakończeniu kariery dziennikarskiej postanowił jeszcze raz przemówić, tym razem za pośrednictwem słowa pisanego.

„Komentator to zawód, w którym na żywo jesteś twórcą”

„Włodzimierz Szaranowicz. Życie z pasją” to wywiad-rzeka, a właściwie rozmowa ojca z córką, w czasie, której mamy okazję poznać od kulis życie prywatne, a przede wszystkim zawodowe jednego z najbardziej znanych polskich komentatorów sportowych.

Włodzimierz Szaranowicz opowiada o czarnogórskich korzeniach, historii rodziny Šaranoviców, dzieciństwie i dorastaniu w powojennej Warszawie, a następnie przebiegu całej swojej dziennikarskiej kariery, związanych z nią wszelkich wyjazdach i imprezach sportowych, a także chorobie, z którą się obecnie zmaga.

 „Siedząc przed mikrofonem, trzeba widzowi coś z siebie oddać – to musi być kawałek prawdziwego ciebie.”

Książka jest świetnie napisana, pięknie wydana, fantastycznie się ją czyta. Każda chwila z nią spędzona to czysta przyjemność. Wszystkie przedstawione historie są doprawdy intrygujące. Począwszy od wątków z życia osobistego Włodzimierza Szaranowicza, przez początki sportowych transmisji w Polsce, na kulisach imprez sportowych kończąc.

Ciężko szukać mankamentów, a jeszcze trudniej wybrać, co w tej książce jest najlepsze. Oprócz historii z igrzysk olimpijskich i pozostałych wydarzeń sportowych, jako najciekawsze wskazałabym wspomnienia dotyczące początków telewizji. Te ostatnie mogą wprawić młodzież w niemałe zdziwienie. Jakby tego było mało fantastyczne anegdoty i historie zza kulis zostały ubogacone mnóstwem unikatowych zdjęć, a nawet drzewem genealogicznym rodziny Szaranowiczów.

„Jeśli komentator wnosi emocje i dobry warsztat, zaczyna być częścią widowiska.”

Sięgając po tę książkę prześledzicie przebieg kariery Włodzimierza Szaranowicza. Dziennikarz wspomina jak trafił do radia, zdradza, jaki był Bohdan Tomaszewski i czego się od niego nauczył, a także wyjaśnia, dlaczego po kilku latach zdecydował się na przejście do telewizji. Opowiada o początkach telewizji, panujących układach, niekompetencji i braku etyki swoich współpracowników.

Tłumaczy, co zawsze trzymało go na dystans od futbolu, komentowanie, której dyscypliny uważa za największe dziennikarskie wyzwanie, a także, dlaczego na lekkoatletycznym mitingu w Zurychu przeżył śmierć zawodową. Ujawnia również jak w latach osiemdziesiątych szefowie polskiej telewizji zareagowali na pomysł transmisji NBA, jak wyglądały przygotowania do komentowania meczów NBA w czasach bez dostępu do Internetu oraz jak powstało słynne hasło „Hej, hej, tu NBA”.

„Ja na lekkoatletyce nigdy nie byłem w pracy, lecz w pięknym ogrodzie pełnym wyjątkowych okazów roślin i rzadkich kwiatów.”

Włodzimierz Szaranowicz sypie anegdotami jak z rękawa. Dowiecie się, kto w sekrecie sprzedał Szwedom jego wywiad, za co kupił sobie fiata 125p. Przeczytacie jak wyglądał Kijów skąd startował Wyścig Pokoju kilkanaście dni po wybuchu reaktora w Czarnobylu. Poznacie kulisy ostatniego rajdu Paryż-Dakar, a nawet odkryjecie, podczas którego konkursu skoków narciarskich drugą serię komentował wraz z… premierem.

Dowiecie się, jakim drinkiem raczył się w towarzystwie Usaina Bolta oraz na której sportowej imprezie plan relacji był tak intensywny, że z Dariuszem Szpakowskim wspomagali się espresso z koniakiem. Odkryjecie również, którzy dwaj piłkarze, jako jedyni z całej reprezentacji byli na tyle trzeźwi po przylocie z MŚ’74, że dało się z nimi przeprowadzić wywiad.

 „Na szczęście igrzyska olimpijskie mają potencjał ocalenia wielu dyscyplin od zapomnienia.”

Jedne z najlepszych opowieści stanowią wspomnienia i historie z igrzysk olimpijskich, w końcu Włodzimierz Szaranowicz był na 19 z nich. Czytając tę książkę dowiecie się, dlaczego został skreślony z ekipy dziennikarskiej na igrzyska w Los Angeles, pod jakim względem zimowe IO w Sarajewie w 1984 roku były katastrofą, czy też, dlaczego mecze koszykówki w Barcelonie rozgrywane były w nocy. Odkryjecie gdzie w Katalonii Włodzimierz Szaranowicz spotkał zamaskowanego Charlesa Barkleya, jak Grecy zareagowali na wybranie Atlanty na miasto-gospodarza na stulecie igrzysk oraz gdzie na obiekty olimpijskie wchodziło się na skan soczewki oka.

Podczas których IO większość mieszkańców dostała nakaz opuszczenia miasta na czas zawodów? Gdzie była najlepsza atmosfera? Który lekkoatleta negocjował kontrakt całą noc a potem ze zmęczenia nie zaliczył żadnej wysokości w olimpijskim konkursie skoku wzwyż? Gdzie bezpieczeństwa i porządku pilnowało 150 tysięcy funkcjonariuszy, a gdzie panował całkowity brak kontroli i pełnia zaufania?

„Rzadko w życiu się bałem, siadając do mikrofonu.”

„Włodzimierz Szaranowicz. Życie z pasją” to książka o pasji, napisana z pasją. Niespełna 400-stronnicowa, pełna osobistych wspomnień, podróż przez życie legendarnego komentatora. Jedna z lepszych książek, jakie ukazały się na naszym rynku literatury sportowej. Mocny kandydat do Sportowej Książki Roku. Tę lekturę po prostu trzeba przeczytać.

„Mikrofon mnie pociągał.”

 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.

Książkę kupicie w księgarni labotiga.pl



Źródło zdjęcia: własne

niedziela, 8 marca 2020

„Lektury dla kibica” – Pierwsza dama polskiego sportu

Dziś lekkoatletyka.

Rozdział 215.

Prześcignąć swój czas. Kariera Ireny Szewińskiej od kulis – Maciej Petruczenko

Popularne powiedzenie mówi ilu ludzi, tyle opinii. Kibicom również nie jest ono obce. Od zawsze istnieją spory na temat, tego, kto był/jest najlepszym sportowcem w danej dyscyplinie. Cristiano Ronaldo czy Messi? Michael Jordan, a może Kobe Bryant? Roger Federer czy Novak Djoković? Jednak w jednym przypadku wszyscy są zgodni. Najwybitniejszą polską lekkoatletką była Irena Szewińska. Siedmiokrotna medalistka igrzysk olimpijskich, dziesięciokrotna medalistka mistrzostw Europy, w 1974 uznana za najlepszą sportsmenką na świecie. Historię pierwszej damy polskiego sportu spisał dziennikarz „Przeglądu Sportowego” Maciej Petruczenko w książce pt. „Prześcignąć swój czas. Kariera Ireny Szewińskiej od kulis”

„Swoim niepowtarzalnym długim krokiem przemierzyła kilka lekkoatletycznych epok.”

Początek książki to rodowód Ireny Szewińskiej, a przede wszystkim życiorys jej ojca, napisany własnoręcznie przez… niego samego. W książce został on załączony w oryginale, bez jakichkolwiek poprawek. Bez wątpienia to niezwykle ciekawy aspekt lektury. Jednak zaraz potem następuje niejako „powtórka z rozrywki”, czyli bardzo szczegółowy portret ojca Ireny Szewińskiej napisany przez jego córkę z drugiego małżeństwa. Dopiero po tym dosyć długim wprowadzeniu autor lektury rozpoczyna właściwą opowieść, czyli przedstawia biografię Ireny Szewińskiej skupiając się głównie na jej sportowym życiu, nie pomijając jednak wątków osobistych.

Po opisie przebiegu kariery lekkoatletki, a następnie podjętej przez nią działalności po zakończeniu przygody z bieganiem na dalszych kartach książki znajduje się artykuł autora napisany po akceptacji Ireny Szewińskiej, jako członkini MKOl-u, czy też podsumowanie 90-lecia Przeglądu Sportowego przygotowane w 2011 roku przez bohaterkę książki. Jeden z ostatnich rozdziałów to wypowiedzi polskich lekkoatletów o Irenie Szewińskiej. Swoją opinią podzielił się m.in. mistrz olimpijski w skoku wzwyż Jacek Wszoła. Ponadto w książce znajdziecie również zestawienie startów polskiej biegaczki oraz ustanowionych przez nią rekordów wraz z komentarzami.

„[…] występy w lekkoatletycznej reprezentacji Polski traktowałam, jako wielki zaszczyt.”

Główną narrację lektury prowadzi Maciej Petruczenko, dzieląc się przy tym z czytelnikami także swoimi wspomnieniami związanymi z Ireną Szewińską. Część historii opowiada sama Irena Szewińska, a także jej mąż, przyjaciółki, sportowcy, czy też trenerzy. Na kartach książki znajduje się nawet zapis rozmowy z mamą sportsmenki przeprowadzonej w 1976 roku.

Sporym atutem omawianej pozycji jest znaczna ilość unikatowych fotografii, w zdecydowanej większości autorstwa męża Ireny Szewińskiej. Innym pozytywem jest bez wątpienia przedstawienie losów najlepszej polskiej olimpijki na tle ważnych wydarzeń historycznych. Czytając książkę nie sposób także nie zauważyć, iż autor nie tylko doskonale zna przebieg kariery Ireny Szewińskiej, ale także ją samą. Łączącą ich przyjaźń pozwoliła mu być częścią wielu opisywanych wydarzeń. Z drugiej strony momentami brakowało dystansu, obraz głównej bohaterki jest całkowicie bezkrytyczny, wręcz krystaliczny. 

„O rekordzie świata w ogóle nie myślałam, interesowało mnie wyłącznie wygranie biegu.”

Omawiając tę książkę nie można jednak pominąć jej słabszych stron, a tych niestety nie brakuje. Początek lektury jest dosyć chaotyczny, występują powtórzenia oraz zaburzona chronologia. W opisie pierwszych lat kariery sportowej postać Ireny Szewińskiej wręcz gubi się w natłoku informacji o pozostałych lekkoatletach. Największym mankamentem jest zaś dosyć monotonna treść. Tak po prawdzie „Prześcignąć swój czas. Kariera Ireny Szewińskiej od kulis” to w znacznej mierze opis kolejnych biegów, mityngów, mistrzostw i olimpiad. Mnóstwo miast, dat, startów, dystansów i uzyskanych rezultatów. W pewnym momencie wszystko zaczyna się zlewać i po prostu nużyć. Niestety tytułowe kulisy stanowią zaledwie ułamek przedstawionych treści. 

„Od pierwszego sportowego kroku Irena stała się wielką nadzieją polskiej lekkoatletyki.”

Sięgając po tę pozycję dowiecie się, która dyscyplina była pierwszą specjalnością Ireny Szewińskiej, gdzie miała swój pierwszy biegowy sprawdzian, czy też, dlaczego w sztafecie wolała biegać na ostatniej zmianie. Przeczytacie, z kim tworzyła słynny duet K-K oraz dlaczego się rozpadł, który rok był tym najlepszym w całej karierze Ireny Szewińskiej, jak również, co było dla niej ważniejsze – ustanowienie rekordu czy zdobycie medalu. Odkryjecie, który bieg doprowadził do wprowadzenia badań płci w sporcie, gdzie po raz pierwszy je przeprowadzono oraz jak wyglądała ta upokarzająca procedura.

„Siedem olimpijskich medali nie spadło jej z nieba.”

Mąż Ireny Szewińskiej ujawnił, jaką dietę stosowała najlepsza polska lekkoatletka w czasie swojej sportowej kariery a także wspomina jak małżonka wracała do formy i na bieżnię po urodzeniu pierwszego dziecka. Starszy syn wyznał, kiedy w pełni zrozumiał, że jego mama jest kimś, z kogo Polska może być dumna, zaś młodszy potomek państwa Szewińskich zdradził, kiedy przekonał się, że mimo odziedziczonych genów wcale nie musi być sportowcem.

„Wydawało mi się, że płynę po bieżni, a rywalki po prostu stoją.”

Podsumowując „Prześcignąć swój czas. Kariera Ireny Szewińskiej od kulis” nie jest książką wybitną, ale wystarczająco dobrą, aby zwłaszcza młodsze pokolenie mogło poznać przebieg kariery najwybitniejszej polskiej lekkoatletki. 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Sportowej Książce Roku.



Źródło zdjęcia: własne

sobota, 28 grudnia 2019

„Lektury dla kibica” – Autobiografia polskiego motylka

Dziś autobiografia jednej z najbardziej utytułowanych polskich sportsmenek.

Rozdział 209.

Otylia. Moja historia – Otylia Jędrzejczak, Paweł Hochstim, Paweł Skraba

Otylia Jędrzejczak zakończyła sportową karierę ponad pięć lat temu, mimo to nadal jest pierwszą osobą, którą polski fan sportu przywołuje myśląc o pływaniu. To trzykrotna medalistka olimpijska, wielokrotna medalistka mistrzostw świata i Europy, trzykrotna rekordzistka świata, a także najlepszy polski sportowiec w latach 2004, 2005 i 2006 w Plebiscycie Przeglądu Sportowego. Patrząc jedynie na listę sportowych osiągnięć polskiej pływaczki można by rzec, iż jej życie to pasmo sukcesów. Jednak 1 października 2005 roku życie Otylii naznaczyła tragedia, wypadek samochodowy, w którym zginął jej ukochany brat Szymon.

W jaki sposób Otylia Jędrzejczak z Kochłowic dotarła na olimpijskie podium? Ile musiała poświęcić, aby stanąć na szczycie? Jak udało jej się powrócić do życia i sportu po tragicznym wypadku? Jak obecnie wygląda jej życie? Jeśli chcecie poznać odpowiedzi na wymienione pytania, a tym samym bliżej poznać historię polskiej pływaczki koniecznie sięgnijcie po jej autobiografię. 

„Nic gorszego niż na tamtej drodze spotkać mnie już nie mogło.”

„Moja historia” to nie tylko autobiografia Otylii Jędrzejczak, ale także rozliczenie z przeszłością oraz zamknięcie pewnego etapu w jej życiu. To szczera, momentami bardzo osobista lektura. Otylia dzieli się z czytelnikiem nie tylko swoją historią, najwspanialszymi chwilami, jak i najgorszymi, ale także wierszami, listami czy też fragmentami dziennika. Ponadto pomiędzy główną narracją znajdują się liczne fotografie oraz wypowiedzi osób związanych z Otylią – rodziców, przyjaciół, trenera, psycholog, innych sportowców, a nawet byłego narzeczonego. Oni również opowiadają część historii pływaczki. Co więcej „Moja historia” to spora dawka motywacyjna, gdyż Otylia ukazuje, jak wiele można osiągnąć dzięki ciężkiej pracy. 

„Przez wiele lat pływanie było całym moim życiem.”

W przeciwieństwie do większości autobiografii historia Otylii Jędrzejczak nie została przedstawiona chronologicznie. Książkę podzielono na siedem rozdziałów. W każdym z nich Otylia opisuje pewną część swojego życia. Niestety nie wszystkie są równie wciągające. Jędrzejczak skupiła się w znacznej mierze na ludziach, przez co o samym pływaniu w porównaniu do całości opisywanych treści jest zdecydowanie za mało, jak na książkę sportsmenki. Oczywiście przeczytacie o pływackich początkach Otylii, konflikcie z wieloletnim trenerem, czy też igrzyskach olimpijskich. Jednak chciałoby się więcej, dużo więcej sportu. Tak naprawdę oprócz olimpiad żadna inna wielka impreza nie została bliżej opisana. Szkoda. Dlatego też po lekturze pozostaje niedosyt.  

Co się tyczy bardziej osobistych kwestii autobiografii Otylii, to fragmentów o dzieciństwie, rodzicach, czy bracie Szymonie nie mogło zabraknąć. I nie zabrakło. Natomiast rozdział o miłościach Otylii, czyli jej byłych chłopakach, obecnym partnerze oraz dzieciach jest stanowczo zbyt rozbudowany. I stanowi najsłabszy punkt omawianej lektury. Mimo wymienionych mankamentów autobiografia polskiej pływaczki to książka, którą bez wątpienia warto przeczytać.

„W basenie wielokrotnie dawałam upust emocjom, wykrzykiwałam pod wodą to, co we nie siedziało.”

Czytając tę książkę dowiecie się, dlaczego Otylia w ogóle zaczęła w dzieciństwie pływać, o czym myślała podczas długich treningów, czy też ile kilometrów przepływała rocznie. Odkryjecie, dlaczego otrzymała pseudonim Mutombo, w jaki sposób szybko zrzucała wagę przed ważnymi startami, jak również, dlaczego nie zamierza uczyć pływać własne dzieci.

Otylia Jędrzejczak w swojej książce opowiada o początkach życia sportowego w Pałacu Młodzieży w Katowicach, a także latach spędzonych w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Krakowie. Przeczytacie historie o fałszywym alarmie bombowym w szkole oraz chodzeniu po parapecie za oknem na czwartym piętrze. Dowiecie się też, dlaczego dyrektor krakowskiego SMS-u nie chciał jej przepuścić do następnej klasy, choć oceny zapewniały jej promocję. 

Prócz tego przeczytacie, w jaki sposób Jędrzejczak próbowała się pocieszyć po braku awansu do finału w swoim pierwszym w życiu olimpijskim starcie. Dowiecie się, co zabrała na pamiątkę ze wszystkich igrzysk, z wyjątkiem tych z Londynu, a także gdzie znajdują się jej olimpijskie medale. Pływaczka zdradza, co było dla niej największą motywacją przed IO w Pekinie oraz jakie relacje łączą ją z polskim sztangistą Szymonem Kołeckim. 

„[…] codzienne życie zawodowego sportowca to nie uśmiechy na podium, medale, wielkie pieniądze z kontraktów reklamowych, tylko pasmo udręk i niedogodności przetykane chwilami euforii.”

Jednym z najbardziej osobistych i trudnych rozdziałów lektury, jest ten dotyczący brata pływaczki. Otylia opowiada o Szymonie, wspólnych dzieciństwie i dorastaniu, wreszcie feralnym dniu i wypadku, w którym stracił życie. Wspomina przebieg zdarzeń, ostanie słowa brata, życie po tragedii. Dzieli się również listami, które napisała do Szymona, po jego śmierci. Wyznaje ponadto, co powstrzymało ją od urzeczywistnienia myśli samobójczych. 

Sporo miejsca poświęca również wieloletniemu trenerowi Pawłowi Słomińskiemu. Przedstawia kulisy ich współpracy. Wspomina dobre, jak i bolesne momenty. Ujawnia jak trener zachował się po jej tragicznym w skutkach wypadku samochodowym. Zdradza, w jaki sposób przez lata nią manipulował. W końcu rozpamiętuje, co trener powiedział przed jej najważniejszym startem na olimpiadzie w Pekinie. 

„Gdy wierzyłam w treningi potrafiłam być nie człowiekiem, ale maszyną.”

„Moja historia” to lektura dla fanów pływania, jak i sportu w ogóle, a także dla miłośników wszelkich biografii. To opowieść o niełatwym życiu sportowca, pokonywaniu własnych słabości i radzeniu sobie z życiowymi dramatami. Pozycja niepozbawiona wad, ale bez wątpienia godna polecenia.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.

Źródło zdjęcia: własne

Powiązane wpisy:
   1. Autobiografia - Michael Phelps
   2. Bez granic - Michael Phelps

piątek, 26 kwietnia 2019

„Lektury dla kibica” – Świat Petera Sagana

Książka dla miłośników kolarstwa.

Rozdział 191.

Peter Sagan. Mój świat – Peter Sagan

Książki aktywnych sportowców już dawno przestały kogokolwiek dziwić. Jedną z najnowszych takich lektur jest autobiografia Petera Sagana, słowackiego kolarza szosowego, wydana przez krakowskie Wydawnictwo Sine Qua Non.

„Serce podchodziło mi do gardła, niemal czułem smak krwi.”

Podobnie jak ma to miejsce w wielu książkach sportowców, lektura rozpoczyna się od ważnego wydarzenia z życia głównego bohatera. W tym przypadku Peter Sagan w prologu wspomina morderczy wyścig, który zakończył zdobyciem tytułu mistrza świata po raz trzeci z rzędu. Czyli wyczyn, którego nikt oprócz Słowaka nie osiągnął w całej historii kolarstwa szosowego. Do tych zdarzeń wraca ponownie w epilogu, spinając klamrą całą książkę.

Główna część lektury została natomiast podzielona na trzy części – Richmond, Doha i Bergen – czyli miasta kolejnych edycji mistrzostw świata w kolarstwie szosowym, w których Słowak zwyciężał. Wspomnienia tych wyścigów uzupełnione zostały innymi sportowymi wydarzenia z danego okresu. Sagan nie pomija przy tym wątków z życia prywatnego. Niestety poza trzema latami – rokiem 2015, 2016 i 2017 – stosunkowo niewiele dowiadujemy się o wcześniejszym przebiegu kariery Petera Sagana.

„Nigdy nie zostanę Fabianem Cancellarą, ale chcę jeździć właśnie tak jak on.”

Tytuł „Mój świat” jest bardzo adekwatny do autobiografii kolarza. Słowak rzeczywiście zaprasza do swojego świata, co więcej praktycznie nie wykracza poza niego (czy to dobrze, czy jednak źle, każdy oceni sam po lekturze). Opowiada o nim w sposób wyluzowany, z humorem oraz dystansem. To przyjemnie napisana lektura, bardzo szybko, a co ważniejsze dobrze się czyta. Książka ma również interesujący sposób narracji. Sagan wielokrotnie zwraca się bezpośrednio do czytelnika, prowadząc z nim niejako dialog.

„Peter, ty debilu! Doganiają cię! Doganiają cię!”

W książce Sagana znajdziecie ciekawe anegdoty i zabawne historie z jego życia, sporo dowiecie się także na temat samych wyścigów, a nawet innych kolarzy. Odkryjecie, który wyścig Fabian Cancellara nazwał „Bożym Narodzeniem w Belgii”, na czym polega „klątwa tęczowej koszulki” oraz podczas którego wyścigu pogoda odgrywa największą rolę. 

Przeczytacie, dlaczego gdy Peter wygrał swój pierwszy w karierze etap Tour de France wykonał na mecie… taniec kurczaka, czy też, kto wytatuował sobie na plecach jego podobiznę. Dowiecie się jak wygląda typowy słowacki kibic, czym różnią się wyścigi obecnie od tych z XX wieku, a także, w jakich okolicznościach Peter wybił sobie dwie jedynki (nie, nie na rowerze).

„Nogi jednoznacznie dawały mi do zrozumienia, że sprint nie wchodzi w grę.”

Kolarz w swojej książce odpowiada na pytanie, które słyszał najczęściej w swojej karierze, czyli „czy jesteś sprinterem?”, opisuje cechy stylu jazdy, które łączą go z Michałem Kwiatkowskim. Mówi, dlaczego nie lubi sprintu po rozprowadzeniu przez partnerów oraz wyjaśnia, dlaczego dogonienie uciekinierów krótko przed metą nie ma nic wspólnego z pechem śmiałków.

Opisuje swoje strategie rozegrania sprinterskiego finiszu w zależności od panujących warunków. Szczerze wyznaje czy sława faktycznie uderzyła mu do głowy, a pieniądze zmieniły. Tłumaczy, dlaczego przeszedł do małego zespołu BORA-hangsgrohe zamiast zasilić jednego z gigantów kolarstwa. Wreszcie przedstawia członków swojego zespołu, czyli Team Peter, do którego należy Sylwester Szmyd.

„Jakoś tak się utarło, że gdy trzeba ruszać w pościg, wszyscy oglądają się na mnie. Poważnie?!”

Słowak opowiada również o swoim udziale w igrzyskach olimpijskich. Dowiecie się jak wyglądała wioska olimpijska w Londynie oraz dlaczego Sagan niezbyt chętnie chciałby tę imprezę powtórzyć. Peter wyjaśnia, dlaczego w Rio postanowił wziąć udział w konkurencji kolarstwa górskiego a nie w wyścigu szosowym. Następnie przyznaje, czy po czasie żałuje tej decyzji i patrząc z dzisiejszej perspektywy zmieniłby zdanie.

Miłośników kolarstwa zainteresuje z pewnością także wątek Tour de France z 2017 roku. Sagan opowiada swoją wersję wydarzeń sprintu, podczas którego trafił łokciem Marka Cavendisha powodując jego upadek i groźną kontuzję, za co został zdyskwalifikowany z dalszego udziału w Wielkiej Pętli. Konfrontuje się z oskarżeniami o celowe działanie na szkodę rywala oraz zdradza, co zadecydowało, że w końcu wziął się w garść i przestał rozpamiętywać tę kraksę.

„Czasem nie pozostaje nic innego, jak potrząsnąć głową z niedowierzaniem i bić brawo.”

„Peter Sagan. Mój świat” to lektura, po którą powinni sięgnąć fani Słowaka, jak i kolarstwa szosowego. Autobiografia jednej z wiodących postaci tego sportu będzie dla nich przyjemną i lekką rozrywką pomiędzy kolejnymi transmisjami z kolarskich wyścigów.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.


Źródło zdjęcia: własne

Powiązane wpisy:

   1. Wyścig tajemnic - Tyler Hamilton, Daniel Coyle
   2. Tour de France. Etapy, które przeszły do historii – Richard Moore
   3. Giro d’Italia. Historia najpiękniejszego wyścigu kolarskiego świata - Colin O'Brien
   4. Oszustwo niedoskonałe. Jak zdemaskowałem Lance'a Armstronga? - David Walsh
   5. Wyścig kłamstw. Upadek Lance'a Armstronga
   6. Eddy Merckx Kanibal - Daniel Friebe

sobota, 15 września 2018

„Lektury dla kibica” – Bolt Błyskawica

Bez zbędnego wstępu błyskawicznie przechodzimy do recenzji.

Rozdział 169.

Usain Bolt. Szybszy niż błyskawica. Autobiografia – Usain Bolt

Usain Bolt to ikona lekkiej atletyki XXI wieku. Rywalizacja na bieżni najszybszego człowieka na Ziemi przyciągała tysiące ludzi na stadiony i miliony przed telewizory. Od czasu, kiedy Jamajczyk zakończył sportową karierę sprinterskie biegi wywołują we mnie dużo mniej emocji. Każde mistrzostwa, mityng oraz przyszłe igrzyska olimpijskie wywoływać będą wspomnienia i tęsknotę za uśmiechniętym Jamajczykiem. 

Bolt był bez wątpienia moim ulubionym zagranicznym lekkoatletą dlatego też z wielką przyjemnością sięgnęłam po jego autobiografię pt. ,,Szybszy niż błyskawica”. Nikłe znaczenie miał fakt, iż lektura ukazała się w Polsce cztery lata temu, a wcześniej przeczytałam już jedną książkę autorstwa jamajskiego sprintera – „9,58 – Autobiografia najszybszego człowieka na świecie”

„Liczyło się dla mnie tylko pierwsze miejsce, drugie oznaczało porażkę – a ja nie cierpiałem przegrywać.”

„Szybszy niż błyskawica” to opowieść o drodze na szczyt Usaina Bolta. Fabuła książki opiera się przede wszystkim na życiu zawodowym Jamajczyka, choć pojawiają się w niej również wątki prywatne. Zazwyczaj taki stan rzeczy wymieniany jest, jako mankament danej biografii. W tym przypadku jednak historia sportowa Bolta jest tak pasjonująca, że w ogóle nie odczułam, że czegokolwiek jej brakuje. Lektura pozwala poznać nie tylko poszczególne etapy lekkoatletycznej kariery Usaina, ale także jego osobowość, myśli i charakter. To szczera, wciągająca i intrygująca historia. Fantastyczna lektura dla każdego miłośnika sportu!

„Biegałem, nie zważając na protesty mojego ciała.”

Autobiografia Jamajczyka, podobnie jak wiele innych sportowych książek, rozpoczyna się od „mocnego akcentu”. W przypadku Bolta był to poważny wypadek samochodowy. Usain wspomina dramatyczne wydarzenia z 2009 roku, z których cudem wyszedł praktycznie bez szwanku. Odtwarza przebieg wypadku, a także wyznaje jak wpłynął on na jego dalsze życie. Po tym wprowadzeniu Bolt cofa się do pierwszych lat swojego życia i przedstawia chronologicznie swoje losy.

„Tylko Bóg wiedział, jakim cudem ocalałem – i dlaczego.”

Sięgając po tę książkę dosyć dokładnie prześledzicie przebieg kariery Jamajczyka począwszy od szkolnych biegów aż po olimpijskie finały. Poznacie początki przygody Usaina ze sportem, dowiecie się, kto jako pierwszy dostrzegł w nim sprinterski talent, odkryjecie także, w jaki sposób ojciec wytłumaczył mu, że warto zrezygnować z gry w krykieta na rzecz biegania. 

Dowiecie się, dlaczego szkolni trenerzy zaczęli ukrywać przed Boltem czasy, jakie osiągał na treningach. Zobaczycie jak ewoluowały jego styl i technika biegania. Odkryjecie gdzie i kiedy nadano mu przydomek „Błyskawica” oraz kto był pomysłodawcą najsłynniejszej pozy wykonywanej przez Bolta po zwycięstwach. 

„Oczywiście można ze mną wygrać w jakimś okazyjnym mityngu, mało istotnych zawodach, ale nie na dużych imprezach.”

Usain odsłania kulisy poszczególnych zawodów. Szczerze wyznaje, kiedy nie przykładał się do treningów i za dużo imprezował. Zdradza, co myślał i czuł przed ważniejszymi startami. Ujawnia gdzie do zdobycia złotego krążka wystarczył jego ogromny, wrodzony talent, a gdzie musiał wykrzesać z siebie maksimum. 

Jamajczyk opowiada, w jaki sposób Tyson Gay traktował swoich największych rywali. Tłumaczy, dlaczego zaczął biegać na 100 metrów, choć jego wzrost stanowił dużą przeszkodę na tak krótkim dystansie. Zdradza, co sądził o rywalizacji z Justinem Gatlinem, który powrócił po czteroletniej dyskwalifikacji. Usain wyjawił również, który moment uważał za najgorszy w swojej karierze zawodowej.

„Na setkę startowałem dla własnej frajdy; za prawdziwy sprawdzian uważałem bieg na 200 metrów.”

Dzięki książce Bolta poznacie nastawienie Jamajczyków do lekkoatletyki. Dowiecie się jak wygląda system szkolenia przyszłych mistrzów. Poznacie kilka teorii próbujących wytłumaczyć, dlaczego tak mała wyspa na Karaibach, wydała na świat aż tylu znakomitych sprinterów. Ponadto odkryjecie jak często na Jamajce trenuje się biegi sztafetowe, w tym podawanie pałeczki, czyli elementu mogącego zaważyć na pobiciu rekordu świata.

„Rekordy traktowałem jak wisienkę na torcie, ale to złote medale olimpijskie były tortem.”

W swojej autobiografii Bolt wprowadza czytelnika do lekkoatletycznego świata, zaprasza na mordercze treningi, zabiera na olimpijską bieżnię. Ukazując jak, na co dzień wyglądało jego życie uświadamia kibicom, co tak naprawdę kryje się za niespełna dziesięcioma sekundami mistrzowskiego biegu. Warto poznać tę niezwykłą historię. Historię opowiadającą, w jaki sposób utalentowany chłopiec z małej wyspy został królem światowych bieżni.

„[…] musiałem znosić ból niemal cały czas, codziennie,, bez przerwy.”

Źródło zdjęcia: własne

Powiązane wpisy:
1. 9,58 – Autobiografia najszybszego człowieka na świecie

sobota, 22 kwietnia 2017

„Lektury dla kibica” – NHL z perspektywy Wayne’a Gretzky’ego

Tego jeszcze tutaj nie było! Proszę państwa debiut! ;) Hokej na lodzie!

Rozdział 127.

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL - Wayne Gretzky, Kirstie McLellan Day

Jeśli zapytacie przypadkową osobę, kogo najbardziej utożsamia z hokejem na lodzie z dużym prawdopodobieństwem wskaże postać Wayne'a Gretzky'ego. Kanadyjczyk to niewątpliwie największa legenda światowego hokeja, powszechnie uznawany za najwybitniejszego zawodnika tej dyscypliny. Jego numer „99” został zastrzeżony nie tylko w klubach, w których grał, ale w całej lidze! Jest jedynym hokeistą w historii, który dostąpił takiego zaszczytu. W związku z powyższym nie można znaleźć lepszego przewodnika w podróży po świecie hokeja niż Wayne Gretzky. Tę fascynującą podróż możecie odbyć za pośrednictwem książki „Opowieści z tafli NHL”.
„Dla mnie hokej jest jedną z najistotniejszych rzeczy.”

Lektura nie jest autobiografią hokeisty wszech czasów, choć taka pozycja z pewnością również cieszyłaby się wielkim zainteresowaniem. Wayne Gretzky opowiada nie tyle o sobie, ale o sporcie, który jest całym jego życiem. Przybliża 99. letnią historię NHL, zarówno epizody z dalekiej przeszłości, jak i współczesne wydarzenia. Ukazuje jak na przestrzeni lat zmieniała się sama gra oraz liga. Wspomina ważne postaci hokeja, swoich idoli, rywali i kolegów. Czytając tę lekturę nikt nie ma szans na nudę, gdyż książka jest pełna anegdot, ciekawostek i intrygujących historii. To również kopalnia opowieści zza kulis wielkiego hokeja.

„Prawda jest taka, że wielkość nie ma odbicia w statystykach. Wielkość widać w opowieściach.”

Sięgając po „Opowieści z tafli NHL” dowiecie się, która drużyna NHL jest jedyną, która istniała przed samą ligą, które miasto „zyskało sławę, jako Miasto Hokeja” oraz który zawodnik, gdy się rozpędzał, jechał tak szybko, że jego numer na plecach się potrajał. Odkryjecie, którzy hokeiści tworzyli formację ogłoszoną najniebezpieczniejszą linią wszech czasów, a także, który trener w swoim debiutanckim roku doprowadził drużynę Chicago do Pucharu Stanleya, choć wcześniej zajmował się baseballem.

Gretzky wyjaśnia skąd wzięto nazwę drużyny Chicago – Black Hawks (Czarne Jastrzębie). Wspomina okoliczności, w których kilkakrotnie w historii gubiono największe trofeum w hokeju – Puchar Stanleya. Przedstawia także zawodnika, który uderzał krążek tak mocno, że szybował on z prędkością ponad 190 km/h.

„[…] choć hokej zawsze będzie sportem zespołowym, indywidualny geniusz może poderwać ludzi z siedzeń.”

W książce nie brakuje również przerażających i smutnych historii. Gretzky wspomina brutalne zagrania, które doprowadziły do poważnych kontuzji hokeistów, a także zakończyły niejedną karierę. Wstrząsy mózgu, połamane kości, a nawet rozdwojony język to tylko nieliczne z wielu urazów powstałych na lodowisku. Innym obrażeniem jest utrata uzębienia. W ramach tego ostatniego przypadku Wayne przytacza historię bramkarza Glenna Halla, który rozegrał w NHL ponad tysiąc spotkań, w większości bez maski.

„Próbowałem się bić kilka razy, ale bójki z moim udziałem były raczej zabawne.”

Sport to nie tylko ludzie, ale także niezapomniane wydarzenia. Dlatego też Kanadyjczyk opowiada o jednym z najważniejszych epizodów w historii amerykańskiego sportu – cudzie w Lake Placid, czyli wygranych igrzyskach olimpijskich w 1980 roku przez drużynę USA, złożoną wyłącznie z amatorów. Dowiecie się, dlaczego większość ludzi zobaczyło spotkanie z ZSRR (drużyną uznawaną za najlepszą na świecie) trzy godziny po fakcie, choć transmisja telewizyjna była zaplanowana o czasie. Odkryjecie nawet, jakie przemówienia przed decydującymi meczami o medalach wygłosił trener USA.

„Byli twardzi, wredni i chcieli wygrać tak samo, albo i bardziej, niż my.”

Legendarny hokeista opowiada również, co nieco o sobie i swojej karierze. Wspomina swój pierwszy mecz w NHL i zdradza czy rzeczywistość okazała się spełnieniem jego dziecięcych marzeń. Ujawnia, w jakim celu zakładał łyżwy a potem wchodził w nich do gorącej kąpieli oraz kto był jedynym zawodnikiem, którego się bał. Dowiecie się także, w jaki sposób nieprzepisowe wygięcie kija stanęło na drodze drużynie Gretzky’ego do zdobycia Pucharu Stanleya.

„Żeby zdobyć Puchar Stanleya, każdy gracz w drużynie musi zostawić na lodzie serce.”

Którą halę nazywano „Starą Czerwoną Budą”? Czy zawodnikom grającym w NHL, w której nie brakuje bójek, przyznaje się nagrodę fair play? Co, oprócz gola i asysty, zalicza się do „hat tricka Gordiego Howe’a”? Kto, chcąc uzyskać przewagę w negocjacjach „groził, że zamiast grać, zrobi sobie rok przerwy, żeby malować stodołę”, (której notabene nie posiadał)?

„Nie ma w hokeju większego komplementu niż wtedy, gdy ktoś mówi, że nienawidzi grać przeciwko tobie, ale chciałby cię mieć w swojej drużynie.”

Nazwisko Wayne'a Gretzky'ego powinno być wystarczającym argumentem do przeczytania tej książki. Ja mogę dodać tylko tyle, że jeśli sięgnięcie po „Opowieści z tafli NHL” to z pewnością nie będziecie zawiedzeni! ;)

 „Bez pasji nie można mówić o meczu hokeja.”


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.


Źródło zdjęcia: własne

AUTOR: RealAnia

czwartek, 2 czerwca 2016

Rio! Rio! Rio!

Jest! Jest i ona! A co? - zapytacie. Jak to, co? KWALIFIKACJA OLIMPIJSKA! Faktem stało się to, co sen z powiek spędzało kibicom siatkarskim w Polsce od początku roku… Ale cokolwiek to było zniknęło, gdyż… JEDZIEMY NA IGRZYSKA! Konkretnie siatkarze jadą:)

Turniej w Japonii opisałabym, jako karkołomny. Każdy kolejny mecz siał terror w sercach kibiców! Nawet Bartosz Kurek w jednym z wywiadów stwierdził, że mecze Polaków są mocniejszym bodźcem niż poranna kawa. Trudno nie przyznać mu racji!

Ja, co prawda mecze z Japonią Chinami i Wenezuelą oglądałam tylko w postaci liczb na wyświetlaczu telefonu, jednak jestem w stanie sobie wyobrazić, co działo się na boisku.

Pomijając te chwile stresu byłam spokojna o awans. Polacy zwyczajnie na to zasłużyli. Mogę być posądzona o nieskromność, o idealizacją naszych siatkarzy, jednak nie sposób zaprzeczyć, że naszym Orłom kwalifikacja się zwyczajnie należała! Jak mogłoby zabraknąć Mistrzów Świata na Olimpiadzie?! Jak po męczarniach w Pucharze Świata i kwalifikacjach Europejskich mogliby do Rio nie polecieć?! Nie było takiej możliwości:) I choć droga do Rio była wyboista i kręta (Polacy w kwalifikacjach od września 2015 roku rozegrali 21 meczów, z czego 18 z nich wygrali)... udało się!

Forma Polaków nieco…faluje, ale z meczu na mecz wygląda to coraz lepiej! Nie chcę uchodzić tutaj za wybitnego specjalistę w tej dziedzinie, ale po wyczerpującym sezonie i krótkim okresie przygotowawczym, cudów nie można się spodziewać. Poprzeczka w postaci biletów do Brazylii została osiągnięta. O stylu ich zdobycia nie ma, co dyskutować.. Cel uświęca środki i zamyka usta sceptykom. Cokolwiek było… liczy się tylko RIO!:)


Źródło zdjęcia: FIVB

AUTOR: Iskra

wtorek, 16 czerwca 2015

„Lektury dla kibica” - Bieg po życie

Dziś niezwykła historia niezwykłego człowieka.

Rozdział 73.

Bieg po życie - Lopez Lomong, Mark Tabb

Przyznam szczerze, że przed lekturą książki nie miałam pojęcia, kim jest Lopez Lomong. Wystarczył jednak rzut oka na okładkę, krótka zapowiedź treści oraz słowa „Z piekła Sudanu na olimpijskie areny” bym oddała się czytaniu bez reszty.

Bardzo mocny początek jest największą siłą i atutem tej książki. Historia Lopeza wciąga i bardzo porusza. Nie może być inaczej, gdy czyta się o sześcioletnim dziecku porwanym z rąk matki przez rebeliantów w trakcie wojny. Nie można pozostać obojętnym poznając historię utraconego dzieciństwa, walki o przetrwanie, ucieczki przez sawannę, wieloletniego pobytu w obozie dla uchodźców i adopcji, która dała nową rodzinę i nowe życie w Ameryce.

„Wojna jest zawsze o wiele gorsza dla biednych niż dla bogatych. Zawsze.”

Opowieść Lopeza nie tylko porusza, ale również przywraca wiarę w ludzi. Amerykańska para stała się rodzicami Lopeza, ale to nie ich miłość i życzliwość dotknęła mnie najbardziej. Szczególnie uderzyło mnie niezwykłe przywiązanie dzieci w Afryce do siebie nawzajem. Obcy chłopcy uratowali Lopezowi życie, tylko dlatego, że byli z tej samej wioski. Zabrali go ze sobą uciekając rebeliantom, choć sześciolatek mógł ich przecież spowolnić. My w Polsce często nie znamy nawet najbliższych sąsiadów, a dla Afrykańczyków jedna wioska jest synonimem jednej rodziny. Postawa tych chłopców to niezapomniana lekcja człowieczeństwa.

Sport w całej tej historii jest tylko tłem. Tu nie chodzi o wyniki, medale i triumfy. Bieganie w życiu Lopeza nigdy nie miało takiego celu. Było sposobem na wyrwanie się z rąk żołnierzy, a także ucieczką od problemów dnia codziennego. Później, kiedy przemieniło się w sport - w kategoriach, jakich rozumiemy – stało się drogą do pomocy tym, którzy mieli mniej szczęścia od niego. Lopez Lomong nie zapomniał, bowiem nigdy o tych, którzy zostali w dalekiej Afryce. To czyni jego historię jeszcze bardziej niesamowitą.

 „Stres czuje się, kiedy usiłuje się tak rozdzielić przydział żywności, aby starczył na trzydzieści dni. Stres jest wtedy, kiedy patrzy się jak przyjaciele umierają na malarię, i nie przestaje się myśleć o tym, kto będzie następny. […] Bieg, nawet mistrzostwa, nie są w stanie mnie zestresować.”

Czytając tę książkę dowiecie się, co oznacza imię Lopepe, jakim nazywali go rodzice, jak Lomong określa swoich wybawców, a także, co stało się z chłopcami, którzy uratowali mu życie. Lopez zdradzi Wam, czym było dla niego bieganie, gdy jeszcze nie wiedział, że można je traktować, jako sport, który biegacz sprawił, że zapragnął wystąpić na olimpiadzie oraz jaki cel miały biegi trzydziestokilometrowe praktykowane w obozie dla uchodźców.

Odkryjecie, dlaczego mieszkając w Afryce uważał, że w „Ameryce musi być jak w niebie”, jaki plan chciał zrealizować po dotarciu do USA i jak tłumaczył sobie biały kolor skóry Amerykanów. Przeczytacie, dlaczego w Stanach Zjednoczonych spał początkowo z włączonym światłem, dlaczego zaczął trenować bieganie, kiedy jego „złudzenia o Ameryce, jako krainie pokoju zostały zburzone” i kiedy poczuł, że Ameryka jest jego prawdziwym domem.

Dowiecie się, co oznaczało dla niego wejście do drużyny olimpijskiej, jaką nazwę nosi czwarte okrążenie biegu na 1500 metrów, która chwila była najwspanialszą w jego życiu, jak również, co słowo „jenga” znaczy w języku suahili.

 „[…] życie nauczyło mnie, że nie można nie wierzyć w niemożliwe.”

Książka Lopeza Lomonga, to historia olimpijczyka, w której sport nie odgrywa pierwszoplanowej roli. To lektura pokazująca realia życia w Afryce. Obnażająca skutki wojny dla zwykłych obywateli. Książka, która uświadamia, jak wielkimi jesteśmy szczęściarzami i bogaczami mając dach nad głową, rodzinę i jedzenie, bez doświadczenia strachu i wojny. Powinien ją przeczytać każdy, bez względu czy interesuje się sportem, czy też nie. Po lekturze historii życia Lomonga już nigdy nie spojrzycie na uchodźców wojennych w ten sam sposób, co dotychczas.

 „[…] kiedy biegłem, byłem jedyną osobą, która miała kontrolę nad moim życiem.”


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.



Źródło zdjęcia: własne

AUTOR: RealAnia

piątek, 11 kwietnia 2014

„Lektury dla kibica” - Drużyna Marzeń

Minęło sporo czasu odkąd w cyklu „Lektury dla kibica” królowała koszykówka. Poznaliśmy już historie Shaquille’a O’Neala, Dennisa Rodmana i Adama Wójcika. Dziś przyjrzymy się koszykarskiej Drużynie Marzeń, która istniała naprawdę.

Rozdział 38.

Dream Team - Jack McCallum

Potrafilibyście wymienić skład reprezentacji USA, która zdobyła w Barcelonie złoto olimpijskie? Bez sprawdzania w Internecie, tylko z pamięci? Ja w 1992 roku chodziłam do przedszkola i o koszykówce nie miałam większego pojęcia. Dlatego też bardzo przydatne były dla mnie informacje o zawodnikach i trenerze, które autor umieścił na początku książki. Dzięki nim dowiadujemy się kto, oprócz Michaela Jordana, (którego nie trudno wytypować w ciemno) znalazł się w tej drużynie.

Autor książki jest dziennikarzem, który zna NBA od podszewki. Jego opowieść jest nie tylko dokładana, ale i wiarygodna, gdyż opisuje wydarzenia, których był świadkiem. Osobiście zna wszystkich koszykarzy, towarzyszył Dream Teamowi w Barcelonie. Był na treningach, sparingach i meczach. Rozmawiał z zawodnikami zarówno podczas igrzysk, jak i po latach, gdy pisał książkę. Dzięki temu mamy „relację z pierwszej ręki”. Dodajmy – niezwykle ciekawą relację.

Właściwa opowieść o Drużynie Marzeń zaczyna się od historii człowieka, bez którego Dream Team nigdy by nie powstał. Człowieka, który wymyślił by dopuścić zawodowców do gry na olimpiadzie. I sprawił, że ten wydawałoby się nierealny pomysł został wcielony w życie. Kim był z zawodu? Trenerem? Byłym sportowcem? A może wpływowym działaczem? Odpowiedź oczywiście w książce.

Skąd wzięła się nazwa „Dream Team”? Czy nadanie tego przydomku nastąpiło po wspaniałych zwycięstwach USA w Katalonii? A może wcześniej użyto tego określenia, nie znając przyszłych losów amerykanów na igrzyskach? Przeczytacie nie tylko historię powstania nazwy, ale również dowiecie się, w jaki sposób wybierano poszczególnych graczy do drużyny. Dlaczego zrezygnowano z pomysłu powołania na olimpiadę takiej samej liczby zawodników z NBA, co graczy uniwersyteckich. Poznacie nazwiska koszykarzy, którzy nie znaleźli się na wymarzonej liście trenera, a ostatecznie pojechali oni do Barcelony. Odkryjecie powody, które zdecydowały, że Thomas Isiah nie został wybrany do Dream Teamu (dla zorientowanych w temacie: tym powodem nie był jedynie Jordan).

Historie opisane w książce dotyczą nie tylko igrzysk olimpijskich i drużyny amerykańskiej, jako całości, ale również poszczególnych zawodników oraz ich koszykarskich karier w NBA. Przeczytacie, co zrobił Jordan, który nie był specjalistą od rzutów z dystansu, gdy w meczu numer jeden Finałów NBA w 1992 roku trafił po raz szósty za trzy. Odkryjecie, kto był uważany za najlepszego nie-Jordana w NBA. Dlaczego nie można było pokonać Michaela w ping-ponga. Dowiecie się także, na czym polegała „zasada Jordana”, ile razy MJ pojawił się na okładce „Sports Illustrated” oraz co odpowiedział podczas pierwszej rozmowy, gdy zaproponowano mu udział w olimpiadzie. Który zawodnik nosił przydomek „Legenda”, kto krył się pod pseudonimem „Admirał”, a kim jest „Człowiek z Cienia”. Który z koszykarzy na jeden z treningów założył dwa lewe buty i udawał, że nic się nie stało. A kto z Drużyny Marzeń był alkoholikiem i skutecznie pokonał nałóg.

Poznacie okoliczności, w jakich w 1985 roku Larry Bird doznał kontuzji kręgosłupa, która nie dawała mu spokoju przez kolejne lata. Co Bird i Magic zaznaczali w pierwszej kolejności, co roku podczas ogłoszenia terminarza NBA. W jakim wieku Magic zaczął prowadzić swoją pierwszą firmę. Co Larry Bird robił (a dokładniej jadł), gdy był kontuzjowany. Po którym meczu Magic chodził wściekły dwa dni, (choć sam zainteresowany twierdzi, że złość trwała tylko kilka godzin). O co sędziowie pytali przed meczem Pippena, a jak zakończyła się kariera ministranta Stocktona. Przeczytacie, co ochroniarze nieśli w torbach za Magikiem i Mullinem, którzy w Barcelonie wybrali się na spacer z dziećmi. W książce znajdziecie również odpowiedź na pytanie, dlaczego gdy przed igrzyskami podczas mistrzostw Ameryki John Stockton doznał kontuzji nie powołano w jego miejsce innego zawodnika tylko pozostawiono w drużynie gracza ze złamaną nogą.

Dowiecie się, który mecz wciąż jest opisywany, jako „Mecz z Migreną”. Przeczytacie relację z „Najwspanialszego Meczu, Którego Nikt Nie Widział”. Dowiecie się, którzy zawodnicy tworzyli poszczególne drużyny oraz jakim rezultatem zakończyło się to spotkanie, które sam Michael Jordan wspomina do dziś.

Ze sportowcami zawsze wiążą się zabawne historie. I nie zabrakło ich także podczas igrzysk. Dowiecie się, co odpowiedział Malone, gdy na konferencji prasowej japoński dziennikarz, (który w ‘92 roku wiedział o koszykówce chyba mniej niż ja), zapytał „jak to jest, że niektóre rzuty są warte dwa punkty, a inne trzy”. A który amerykański gracz zapytany o pierwszego rywala Dream Teamu wypalił: „Nic, kurde, nie wiem o Angoli. Ale Angola ma problem”.

Czytając tę książkę odkryjecie również, dlaczego trener Daly postanowił, że podczas olimpiady ani razu nie poprosi o przerwę na żądanie oraz czy dotrzymał obietnicy, a także, czego zawodnicy Drużyny Marzeń nauczyli się od siebie nawzajem. Co koszykarze robili w dzień, a co w nocy w „najlepszym pokoju na świecie”, jak sobie docinali (a dokładniej, jakich obelg używali, by dogryźć kolegom z zespołu) oraz jak Michael Jordan spędził noc przed i dzień meczu o złoto. Dowiecie się, co Litwini ubrali na ceremonię medalową i dlaczego na podium zabrakło jednego zawodnika tej drużyny. Przeczytacie nawet, dlaczego Dirk Nowitzki nie został tenisistą ani piłkarzem ręcznym, tylko koszykarzem.

Książka "Dream Team" jest drugą lekturą o drużynie narodowej, którą dotychczas przeczytałam. I choć bliższe mi były „Sekrety La Roja” to czytając historię Dream Teamu żałowałam, że nie dane było mi śledzenie poczynań amerykańskiej drużyny w Barcelonie. Dlatego też dla osób, które od lat śledzą NBA, dla tych którzy oglądali jak Jordan i spółka zdobywali olimpijskie złoto książka ta będzie niezwykłą podróżą w czasie i żaden fan koszykówki nie powinien się wahać ani chwili czy ją przeczytać.

Źródło zdjęcia: własne

AUTOR: RealAnia

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Ból, żal i zgrzytanie parkietu.

Marzenia o medalu olimpijskim siatkarzy trzeba odłożyć na kolejne cztery lata. Powody wszyscy znają. Sromotna klęska z Australią i mozolna acz przegrana rozgrywka z Rosjanami przekreśliła szansę polskiej reprezentacji  na walkę o te jakże cenne, kolorowe krążki. Zapewne prezentowałyby się na szyjach naszych Panów przepięknie… Z żalu i złości po meczu ze Sborną, weszłam na tatrzańskie Czerwone Wierchy z czasem zdecydowanie krótszym niż zakładałam początkowo ( mój czas 3h, czas szacowany4h!). Pchało mnie rozczarowanie i zgryzota, ale tak właściwie… z jakiego powodu?! Ja jestem kibicem. Moim zadaniem jest wspierać, wierzyć i dopingować. Ich rolą jest walczyć, a walczyli dzielnie, choć nie dość efektywnie. Czy można mieć o to pretensje? Czy ktoś gorycz porażki odczuwa dziś mocniej niż sami siatkarze? Nie sądzę. Tylko sportowiec wie jak bardzo bolą niespełnione marzenia i stracone szanse. Dla niektórych stracone na zawsze, bowiem dla siatkarza cztery lata to bardzo długo. To czas, w którym zdarzyć się może bardzo wiele. To czas gdy pękają nerwy, kolana, barki i forma. Nie każdy z graczy(nauczyłam się nie używać słowa „zawodnicy” J) będzie miał okazję pokazać się na kolejnej Olimpiadzie. I to jest chyba najbardziej przykre w tej całej sytuacji. Pisząc ten tekst myślę o panu Krzyśku Ignaczaku, o Pawle Zagumnym, o Łukaszu Żygadle, których może zabraknąć za 4 lata. Tak naprawdę nie ma reguły. Każdego może zabraknąć. Z perspektywy kibica to tylko 1461 dni, dla sportowca to aż 48 miesięcy treningów, wyrzeczeń i starań o których nam, zwykłym śmiertelnikom wiadomo niewiele. To ból mięśni, litry przelanego potu, potężny stres i zgrzytający z wysiłku parkiet.

Jak w związku z tym można ich oceniać? Ba! Czy mamy do tego prawo? Raczej nie. Myślę, że oni sami,nasi siatkarze, ocenią się najsurowiej, bo to oni mieli piłkę na rękach, to oni byli tam na hali. Nie ja, ani nie Ty.

Oczekiwania wszystkich były duże to i rozczarowanie jest ogromne. Im większy piedestał tym boleśniejszy upadek. Smutny ze mnie prorok. W poprzednim poście spekulowałam na ten temat, a teraz stało się to faktem. Lubimy oceniać innych. Jednak zanim ktoś poczuje takową potrzebę w stosunku do naszych siatkarzy, niech się dwa razy zastanowi zanim rzuci kamień.

AUTOR: Iskra

czwartek, 2 sierpnia 2012

Kibic wierzący, nie znaczy wielbiący

Trochę o presji, trochę o nadziejach. O tym dziś dwa słowa.

Należę do  tych co nie są zbyt wylewni w osądach i nie chcą mieć oczekiwań. Jestem kibicem wierzącym, pragnącym, ale nie wymagającym. Stąd z moich ostatnich wypowiedzi wieje ilościowa skromność. Kieruje mną zasada„ milczenie jest zlotem”…  W tym przypadku dodaję sobie po cichu, w duchu „oby olimpijskim!”. Do czego zmierzam… Balonik oczekiwań wobec naszych siatkarzy (i nie tylko) narósł do rozmiarów absolutnie ogromnych! Oszałamiająco wielkich mam wrażanie. Od wygranej w Lidze Światowej  wokół naszej drużyny, zapanował absolutny siatkarski szał. Wywiady dosłownie wszędzie (od programów śniadaniowych po poważne publicystyczne), artykuły, plakaty… Cuda wianki i to na kiju! Moje pytanie brzmi… Po co to wszystko? Może spokój, cisza i brak społecznego nacisku to właśnie to czego potrzebują sportowcy by przygotować się do turnieju olimpijskiego?

Z tego medialnego hałasu wyniknęło tylko tyle, że każde potknięcie ( patrz. porażka z Bułgarią ) jest teraz odbierane jako złowieszczy początek końca przygody Siatkarzy z Olimpiadą. A przecież to tylko mecz grupowy… Moim zdaniem pierwsza porażka po tak długiej przerwie ( nie pamiętam dokładnie liczby, ale nasi wygrali kilkanaście spotkań z rzędu) dobrze naszym zrobi i kolokwialnie mówiąc „ochłodzi im głowy”. Ja absolutnie nie chcę negować radości z sukcesów Polskiej Reprezentacji. Sama też jestem szczęśliwa, dumna i wdzięczna za każdą wygraną, ale daleko mi do budowania wokół nich niebiańskiej aury. Droga do zwycięstwa na Olimpiadzie usłana różami nie jest na pewno.

Nadzieje są spore. I warto je mieć! Mamy fantastyczny, charyzmatyczny zespół. Taki z charakterem i pazurem. Nasi Panowie są zdeterminowani, zdyscyplinowani i zdolni do walki o medale. Mają umiejętności i siłę by to osiągnąć, ale trzeba pamiętać, że to sport. Tylko albo aż, ale jednak sport. Wszystko może się zdarzyć. Tym bardziej, że Igrzyska Olimpijskie to turniej specyficzny. W całej swojej unikalności, nieprzewidywalny i  zaskakujący. Zatem moim zdaniem warto mieć nadzieję i trzymać kciuki za Polską Reprezentację Siatkarzy, zamiast oczekiwać od nich pewnego medalu. Wydaje mi się, że wynikająca z polskiej mentalności chęć bycia najlepszym oraz żądza sukcesu jest tak silna, iż łatwo się nam, szarym kibicom, utożsamiać ze sportowcami i swoje marzenia przelewać na nich. Tyle, że sytuacja ta ma dwie strony… Kiedy Siatkarze zdobywają nagrody ich osiągnięcia opiewane peanami  przechodzą do historii, a oni sami wychwalani są pod niebiosa. Kiedy jednak noga im się potyka spadają wprost do sportowego rynsztoka. Taka sytuacja miała miejsce po Mistrzostwach Świata we Włoszech w2010 roku. Przykro się na to patrzy. Zwłaszcza kibicom wiernym, którzy niezachwianie trwają przy Siatkarzach.

Z tego właśnie powodu milczę ostatnimi czasy. Posądzana o pesymizm i sceptycyzm wobec naszej Reprezentacji mówię otwarcie, że boję się zapeszyć. Wierzyć to jedno, liczyć na coś, oczekiwać drugie. Ja liczę(!) na wspaniałe widowisko i na to, że nasi Siatkarze dadzą z siebie wszystko. Tego sobie życzę. A jaki będzie ostateczny wynik? Przekonamy się. Jednak wolę mieć „niespodziankę” niż się rozczarować. Dlatego kochani moi kibice… Ostudźmy swoje medalowe zapędy i dajmy sportowcom robić swoje! Przecież oni tak naprawdę - parafrazując słowa pana Marcina Możdżonka - nic nie muszą, ale mogą. Bardzo dużo mogą:)


AUTOR: Iskra

wtorek, 1 maja 2012

Igrzyska czas zacząć cz. III – A co z resztą?

Polska Reprezentacja Siatkówki Mężczyzn jedzie do Londynu. To pewny i niezaprzeczalny fakt. Przez pierwsze tygodnie, a nawet miesiące po zdobyciu kwalifikacji radość z tego wydarzenia przyćmiła troszeczkę całą resztę wydarzeń związanych z IO w Londynie. Mam namyśli pytanie zawarte w tytule, czyli „co z resztą?”. Chodzi mianowicie o naszych ewentualnych rywali.

Oczywiście powszechną wiedzą jest, że oprócz naszych Panów bezpośredni awans na Igrzyska w Pucharze Świata wywalczyli sobie Rosjanie i Brazylijczycy (przegrane mecze z tymi drużynami ciążą mi do dziś!). W Londynie powalczy też oczywiście ekipa Wielkiej Brytanii. Jest w końcu gospodarzem. A co z resztą świata? Kto, jak, gdzie i dlaczego ma szansę dostać się na Olimpiadę? O tym będzie dzisiaj.

Poszperałam, pogrzebałam i znalazłam parę informacji. Otóż pozostałe reprezentacje z całego świata mogę z dobyć „wejściówkę” na igrzyska olimpijskie poprzez odpowiednie turnieje. Takich wydarzeń jest siedem. Pięć z nich to tzw. Turnieje kontynentalne. Jak sama nazwa wskazuje, odbywają się na poszczególnych kontynentach. Mamy, zatem Turniej Europejski, Afrykański, Ameryki Północnej, Południowej i Azjatycki. Oprócz nich są jeszcze trzy Turnieje Światowe, które będą dawały szansę wszystkim tym, którzy wcześniej nie wywalczyli upragnionej kwalifikacji. No, ale zacznijmy od początku…

Turniej Afrykański już się odbył(17-21 stycznia 2012 Yaounde, Kamerun). Brało w nim udział pięć państw(reprezentacja Nigru zrezygnowała): Algieria, Ghana, Kamerun, Egipt i Tunezja. Ta ostatnia odniosła zwycięstwa we wszystkich meczach i tym samym zdobyła awans. Turniej odbywał się na zasadzie „każdy z każdym”. Drużyny rozgrywały po jednym meczu, przy czym za zwycięstwo otrzymywało się 2 punkty, a za porażkę 1punkt. Bardzo byłam ciekawa jak drużyny zostały do tego turnieju dobrane. Na pewno brano pod uwagę lokaty zdobyte w Mistrzostwach Afryki. Aczkolwiek do tego schematu nie pasuje Ghana.  Jednak dokładnych informacji na ten temat nie udało mi się ustalić.

Turniej Ameryki Północnej zostanie rozegrany już niedługo (7-12 maj 2012, Long Beach, USA). Zawody te właściwie odnoszą się do całej strefy NORCECA. Pod tym enigmatycznym skrótem mieści się tak naprawdę North, Central America and Caribbean Volleyball Confederation, czyli wszystkie państwa Ameryki Północnej, Środkowej, a także Karaiby. W tym roku w turnieju bierze udział osiem zespołów podzielonych na dwie grupy:

Grupa A: Stany Zjednoczone, Meksyk, Kostaryka oraz Trynidad i Tobago.

Grupa B. Kuba, Kanada, Portoryko i Dominikana.

Reprezentacje najpierw walczą ze sobą w grupach, a następnie przechodzą na tryb pucharowy (identyczny z systemem obowiązującym na zeszłorocznych ME). Drużyny z miejsca pierwszego w danej grupie mają zagwarantowane automatycznie miejsce w ćwierćfinałach. Natomiast ekipy, które zajęły po fazie grupowej miejsca drugie i trzecie toczą między sobą bój o wejście do kolejnej rundy. Takie małe play-offy.  Więc miejsce 2A gra z 3B, a 3A z 2B.  Reszta już standardowa. Ćwierćfinały, półfinały i finał, którego zwycięzca dostaje bilet do Londynu.

Nie byłabym sobą nie spekulując na temat wyniku. Nikogo chyba nie zaskoczę sugerując, iż finał rozegra się między USA i Kubą. Ci pierwsi to wciąż jeszcze aktualni Mistrzowie Olimpijscy. Kubańczycy z kolei zdobyli w ubiegłym roku Mistrzostwo Strefy NORCECA.  Dwie waleczne drużyny, reprezentujące naprawdę mocną siatkówkę… a gra warta jest świeczki. Liczy się czas. Szybka kwalifikacja pozostawia więcej czasu na przygotowanie się bezpośrednio na IO, a nie szukanie swojej szansy na kolejnych m morderczych turniejach.

Kolejny interesujący turniej jest „nasz” znaczy europejski. W bułgarskiej Sofii (8- 13 maja 2012) najlepsze drużyny zrzeszone w Europejskiej Konfederacji Piłki Siatkowej (CEV) powalczą o zwycięstwo i awans na upragnione igrzyska.

System, który decydowało tym, kto w tych zawodach weźmie udział był dosyć skomplikowany i nie będę go tu tłumaczyć. W każdym razie po trzech fazach (preeliminacyjnej, eliminacyjnej i prekwalifikacyjnej => wiem, brzmi to strasznie!!) wyłoniono 8 drużyn, które ostatecznie zagrają w Sofii.

Grupa A: Bułgaria, Serbia,Hiszpania, Słowenia

Grupa B : Włochy, Niemcy,Finlandia, Słowacja

Najpierw potyczki grupowe, z których wyjdą „cało” 4 drużyny. Następnie między nimi dojdzie do półfinałów (pierwsze miejsce z grupy A, z drugim grupy B oraz pierwsze B z drugim A). Zwycięzcy zmierzą się w finale, który wyłoni szczęśliwca, który dostanie bilet do Londynu.

Obstawiam finał Włochy-Bułgaria. Nadzień dzisiejszy to dla mnie najmocniejsze zespoły. Serbia bez Milijkovica nie jest już w czołówce. Niemcy mają Grozera… Po finale Plus Ligi można wnioskować, że dobrze grający atakujący to naprawdę potężna broń, ale musi mieć wsparcie! Nie lekceważyłabym też żadnej z pozostałych drużyn. Słowacja w ME była nie lada niespodzianką. Hiszpanie, Finowie i Słoweńcy też mogą namieszać. Zapowiadają się naprawdę zacięte pojedynki, (które będzie można oglądać w Polsacie Sport :P) i pewniaków nie ma.

Turniej Ameryki Południowej odbędzie się w Almirante Brown w Argentynie (11-13 maj). I to by było na tyle gdyby zaufać tylko wikipedii i oficjalnej stronie FIVB :P  Jednak ja w całej rozciągłości mojego pedantyzmu pokusiłam się o grzebanie w stronach rodem z Ameryki Południowej (dzięki Bogu, wenezuelskim telenowelom i miłości do Hiszpanii wiedziałam, że „buscar” znaczy szukaj :P). W rozgrywkach tych biorą udział 4 zespoły: Argentyna, Chile, Kolumbia i Wenezuela. Moje umiejętności językowe i zdolność logicznego myślenia są na tyle dobre, że można uznać za wiarygodne podane tutaj informacje. Mecze rozgrywane są na zasadzie „każdy z każdym” (todos contra todos :D), a drużyna z najlepszym wynikiem punktowym po wszystkich trzech meczach zdobywa kwalifikację. Myślę, że tutaj wielkiej niespodzianki nie będzie i do Londynu poleci Argentyna. Chociaż ostatnio w moim sportowym życiu nie ma nic pewnego…!!!!!

A teraz wisienka na torcie, czyli zawody ostatniej szansy!

I Turniej Interkontynentalny połączony jest z Turniejem Azjatyckim. Do rywalizacji w Tokio (1-10 czerwca) przystąpi osiem zespołów. Sześć z nich pochodzi z Azji są to : Japonia (gospodarz) oraz Iran, Chiny, Korea i Australia (cztery najlepsze drużyny kontynentu wschodniego po za Japonią; Australia oczywiście nie należy do Azji, ale z racji lokalizacji i bycia kontynento-państwem do turnieju zalicza się właśnie w tym regionie).

Do tego znajdą się jeszcze trzy zespoły spoza Azji. Wybór drużyn oparty jest o miejsce w światowej klasyfikacji. Reprezentacje z najwyższymi lokatami (bez kwalifikacji olimpijskiej oczywiście) trafią na japońskie parkiety. Jedna drużyna ma pochodzić z Europy, pozostałe dwie z Afryki lub strefy NORCECA lub Ameryki Południowej.

Pozostałe dwa turnieje Interkontynentalne będą rozgrywane równolegle w Berlinie i Rzymie (8-10 czerwca). Oprócz gospodarzy zagrają tam również: po jednej drużynie z Europy, po jednej reprezentacji z Ameryki Północnej lub Południowej lub Afryki oraz drużyna z miejsca piątego lub szóstego Mistrzostw Azji (odpowiednio Indie lub Pakistan).Dobór podobnie jak w poprzednim przykładzie zależny jest od lokaty w klasyfikacji światowej (oprócz drużyn z Azji oczywiście).

Zwycięzcy poszczególnych turniejów otrzymują kwalifikacje olimpijskie.

Podsumowując ten mój lekko przydługawy wywód: BĘDZIE SIĘ DZIAŁO! Reprezentacje będą walczyć do upadłego, bojak już wspominałam, czasu zostało niewiele. Turnieje tego typu to katorżnicze potyczki wytrzymałościowe. Liczy się to, kto utrzyma wysoki poziom zarówno sportowy, kondycyjny jak i psychiczny. Liczy się… tylko wygrana!

Do Olimpiady w Londynie zaledwie 87 dni.  Po drodze jest jeszcze Liga Światowa… Naprawdę dużo pracy dla siatkarzy!

AUTOR: Iskra

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Goodbye London

Żal było dziś patrzeć na grę biało-czerwonych. To był po prostu fatalny mecz w wykonaniu kadry Wenty. Moim zdaniem spotkanie z Hiszpanią przegraliśmy „w głowach”. Stres i brak koncentracji skutkował wielką ilością błędów, a to w rezultacie sprawiło, że wiara we własne możliwości i w sens walki opuściła nasze „Orły”. To nie była ta drużyna, którą znamy z poprzednich turniejów.

Uważam też, że awans na igrzyska przegraliśmy głównie w meczu z Serbią. To w tym spotkaniu Polacy mieli wszystko „pod kontrolą”, ale za szybko zaczęli myśleć o Londynie i w efekcie zremisowali mecz, który dałby nam awans na igrzyska.

Jeszcze niedawno trudno było sobie wyobrazić Londyn bez Polskiej kadry szczypiornistów. Dziś wiemy, że ich brak w Anglii to fakt i musimy się do niego przyzwyczaić, bowiem pogodzić się z tą sytuacją będzie bardzo trudno.

AUTOR: RealAnia

niedziela, 8 kwietnia 2012

Londyn na wyciągnięcie ręki… był… i nadal jest

„Już widziałem jak jadę do Londynu” – powiedział po meczu Mariusz Jurasik. Takie myśli z pewnością powstały nie tylko w głowie „Józka”. I tak naprawdę to właśnie przekonanie o zwycięstwie zgubiło naszych szczypiornistów w końcówce spotkania z Serbią. Igrzyska były tak, blisko, że wydawało się, że nic nam już ich nie odbierze. A jednak. Zremisowaliśmy praktycznie wygrany mecz.

Jednak jutro też jest dzień. I mecz. Z Hiszpanią. Jeśli chcemy zagrać na olimpiadzie to musimy zdobyć, co najmniej punkt. Nadal wszystko jest w rękach Polaków. Wierzę, że tej szansy tym razem nie zmarnują!

Nasi ostatni rywale awans do Londynu zapewnili sobie w meczu z Algierią, ale grają przecież przed własną publicznością, więc nie możemy liczyć, że całkowicie mecz z Polską „odpuszczą”. My musimy po prostu sami upragniony awans wywalczyć.

Do boju Polsko!

AUTOR: RealAnia